O mądrym rządzie i głupim samorządzie. Albo odwrotnie
Tak się już utarło i w publicznym dyskursie przyjęło, że Polska to kraj wymagający nieustającej naprawy. Ponieważ wszystko działa źle, wszystko trzeba zmieniać. Kolejne ustawy i regulacje mają naprawić to, co zepsute. Rządzący są rozliczani nie ze skuteczności, ale liczby zmian, które wprowadzili. Jeśli minister wypichcił nową ustawę, to dobry, jak nie - obibok pewnie i do wymiany się nadaje. Kończy się zwykle takimi kwiatkami, jak ustawa o przekształcaniu szpitali w spółki. Uchwalono ją, ogłoszono sukces, cóż z tego, skoro bałagan (by nie użyć innego słowa na "b") w służbie zdrowia jak był, tak jest.
I oto słychać o cudownym leku na całe zło, tym razem w szkołach. Aby wytrzebić kumoterstwo, nepotyzm i nieumiejętne zarządzanie w do szpiku kości zepsutych samorządach, podległy MEN Ośrodek Rozwoju Edukacji postuluje wprowadzenie obowiązku studiów menedżerskich dla dyrektorów szkół. Więcej: przydałby się zakaz dyrektorowania w szkole, w której poprzednio szef uczył, oraz ograniczenie kadencji w jednej placówce do dwóch. No to będzie rewolucja. A efekty? Pomysłodawcy będą próbowali nas omamić piękną wizją świetnie zarządzanych szkół, w których wykształceni na Sorbonie dyrektorzy będą dokładnie przyglądali się każdej złotówce, motywowali pracowników według najnowszych trendów, a nikt nie dostanie pracy dlatego, że zna burmistrza. Ale ja wyobrażam sobie inny scenariusz: jak grzyby po deszczu na pseudouczelniach wyrosną kierunki, które za opłatą zaoferują jedynie wymagany prawem papier. Znajomi burmistrzów i tak zostaną dyrektorami, nie w tej szkole, to w innej. Wszyscy będą z mozołem pracować, by nowe regulacje obejść.
To nasz paradoks: z jednej strony rząd narzuca na samorządy kolejne obowiązki, z drugiej - zupełnie im nie wierzy. Przyjmijmy więc w końcu do wiadomości fakt oczywisty: jeśli samorząd odpowiada za szkoły czy szpitale, ma prawo stanowiska dyrektorskie obsadzać własnymi ludźmi. Takie samo jak premier, który dobiera sobie ministrów i doradców. Dobierze złych ludzi, oberwie od wyborców. Burmistrz popełni błąd, mieszkańcy go rozliczą. A jeśli nie - widocznie taki stan im odpowiada bądź nie uznają jego działania za nieprawidłowe. Taką mamy kulturę społeczną.
Byli już tacy, którzy wierzyli, że można to odgórnie zmienić. Że kolejne paragrafy wystarczą, by ludziom żyło się dostatnio. Marnie skończyli, bo uwierzyli, że są mądrzejsi od społeczeństwa.
@RY1@i02/2012/009/i02.2012.009.000000200.802.jpg@RY2@
Andrzej Andrysiak, zastępca redaktora naczelnego
Andrzej Andrysiak
zastępca redaktora naczelnego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu