Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

W czyim imieniu mówi ekonomista

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

Toczona od pół roku dyskusja w sprawie zmian w OFE obnażyła głęboki podział. Dotyczy on fundamentalnego pytania: jaki jest sens zabierania przez ekonomistów głosu w debacie publicznej?

Historycznie na tak postawione pytanie padały dwie odpowiedzi. Pierwszą dobrze ujmują słowa pruskiego uczonego Emila du Bois-Reymonda. Określił on swoją uczelnię, Uniwersytet Berliński, jako intelektualną straż domu Hohenzollernów. Sformułowanie to należy pojmować szeroko. Ekonomista, który porusza się w tej tradycji, służy nie panującej rodzinie królewskiej, lecz suwerenowi. W demokracji suwerenem jest lud (naród). Ekonomista, który mu służy, nie poucza, jedynie udziela rad.

Na reprezentanta przeciwstawnej tradycji nadaje się Henry Hazlitt. W "Ekonomii w jednej lekcji" napisał: "Sztuka ekonomii polega na tym, by patrzeć nie tylko na natychmiastowe efekty polityki, ale także na ich długookresowe skutki". Ekonomista ustawiony jest zatem przez Hazlitta w roli strażnika długookresowego interesu całej wspólnoty. Co do zasady nie wyklucza to wyrażania opinii, których większość narodu czy politycy nie podzielają.

Na gruncie polskim do rozumienia roli ekonomisty w ujęciu Hazlitta skłaniają się ekonomiści skupieni w KOBE, profesorowie Balcerowicz, Buzek i Hausner oraz wiele innych osób, które odegrały istotną rolę w transformacji. To ostatnie jest zrozumiałe, gdyż szybkie przejście od socjalizmu do gospodarki rynkowej, choć ogólnie popierane przez społeczeństwo, w wielu szczegółach dokonało się wbrew stanowisku większości. Tradycję Reymonda najlepiej reprezentuje Rada Gospodarcza przy premierze (choć nie zawsze tak bywało - vide dyskusja o podniesieniu wieku emerytalnego). Szczególnie jasno w ciągu minionego półrocza argumentowali w tym duchu jej przewodniczący Jan Krzysztof Bielecki, sekretarz Adam Jasser i najbardziej zacięty wróg filara kapitałowego - Bogusław Grabowski. Przyjrzyjmy się ich stanowisku.

Zacznijmy od byłego premiera, który w wywiadzie dla "Bloomberg Business Week" odwołuje się do podziału na klasę opiniotwórczą (ekonomistów) i klasę polityczną: "Klasa opiniotwórcza uważa, zresztą kompletnie niesłusznie, że najlepszą drogą do rozwoju Polski jest właśnie finansowanie tego modelu emerytalnego (...). Natomiast by znaleźć środki na ten cel, powinno się obciąć emerytury chłopom czy górnikom, ewentualnie zaostrzyć jeszcze świadczenia emerytalne dla służb mundurowych. Tylko problem polega na tym, że klasa polityczna nie akceptuje tych sugestii. Ale to taka polska specyfika, że ci, którzy podpowiadają, jakie powinny być wybory polityczne, nie zabiegają (o poparcie - red.) i w związku z tym nie mają demokratycznego mandatu do rządzenia".

Grabowski w wywiadzie dla "Forbesa" zarzuca ekonomistom, że: "Wchodzą oni w rolę polityków, oznajmiając na przykład, że »moglibyśmy się na to czy tamto zgodzić, gdyby rząd czy parlament zobowiązał się do tego czy tamtego«. To niebywałe i nie do pomyślenia w innych krajach, gdzie ekonomiści ze stażem w bankach centralnych, sektorze finansowym czy na stanowiskach państwowych, często nobliści, dyskutują o polityce pieniężnej czy fiskalnej, ale nie proponują, by rząd ograniczył przywileje emerytalne dla rolników wielkoobszarowych uprawiających kukurydzę".

Adam Jasser idzie w krytyce drugiej strony najdalej. W e-mailu rozesłanym do stu dziennikarzy, ekonomistów i polityków zwraca uwagę, że w 1997 r. wprowadzono jednocześnie sztywny wydatek budżetowy na poziomie 2 proc. PKB rocznie i limit długu w stosunku do PKB. Te posunięcia "miały ograniczyć pole manewru demokratycznie wybranym rządom. Miały ich zmusić do reform podyktowanych przez ekspertów, a nie kartką wyborczą. (...) Opinia, że gdyby nie te wydatki na OFE, pieniądze wydane byłyby na bzdury, to tylko spekulacja, co najwyżej ujawniająca brak szacunku i zrozumienia dla istoty demokracji, jaką budujemy".

Zwolennikom podejścia Reymonda chodzi więc o to, że działania w sferze gospodarczej muszą mieć akceptację społeczną i polityczną. Ich zdaniem Polacy nie chcą reform, których domagają się ekonomiści działający w tradycji Hazlitta. Dlatego nie należy ich przeprowadzać ani też namawiać do tego, by czynił to rząd. Takie instytucje jak obowiązkowy filar kapitałowy czy limit zadłużenia (nazwany przez Bieleckiego w 2009 r. kuriozalnym) są w gruncie rzeczy reliktem poprzedniej epoki naznaczonej pychą reformatorów. Trudno o cięższe oskarżenie w debacie publicznej niż sprzeniewierzenie się wartościom demokratycznym. Wydaje się, że nie sposób na nie dobrze odpowiedzieć - nie istnieje w demokracji inny mandat sprawowania władzy niż z woli narodu; politycy są wybrani przez społeczeństwo i powinni wsłuchiwać się w jego głos. Czy na pewno?

Obrona stanowiska stronnictwa Hazlitta polega na wskazywaniu na niedoskonałość więzi łączących polityków i wyborców. Ci ostatni mają być niedoinformowani i dlatego tylko wydaje im się, że są przeciwni określonym projektom. Z kolei politycy niekoniecznie muszą interesować się tym, czego chcą wyborcy, wyżej przedkładając grupy interesu, które finansują ich kampanie wyborcze. W takim stawianiu sprawy jest sporo racji. Jednak są to jedynie wybiegi. Nie mają one zastosowania, gdy proces demokratyczny przebiega prawidłowo - politycy reprezentują wyborców, którzy w większości szczerze uważają, że postulowane przez ekonomistów myślących w tradycji Hazlitta zmiany zaszkodzą ich interesom.

Prawdziwe intelektualne wyzwanie zwolennikom doktryny ślepego podążania za wolą narodu rzucił niedawno amerykański ekonomista Bryan Caplan. W książce "Mit racjonalnego wyborcy" pisze, że błędne koncepcje wyznawane przez większość wyborców są nie tyle efektem niewiedzy, co świadomego, choć irracjonalnego wyboru. Jak tłumaczy tę paradoksalną konstrukcję?

Typowy wyborca nosi w sobie wiele błędnych przekonań na temat tego, jak funkcjonuje gospodarka, jednak te przekonania są mu bardzo drogie. Mówiąc językiem ekonomicznym - czerpie użyteczność z żywienia tych przekonań i hołdowania im przy urnie. Realizacja polityki odpowiadającej tym przekonaniom jest szkodliwa także dla niego. Jednak nie ma on ekonomicznych motywacji, by owych przekonań się wyzbyć. Arytmetyka demokracji powoduje, że szansa na to, iż jego pojedynczy głos zmieni coś w polityce gospodarczej, jest zerowa. Tymczasem korzyść psychologiczna z zagłosowania za polityką odpowiadającą jego emocjom jest nie bez znaczenia. Dlatego racjonalnie jest wybrać hołdowanie irracjonalnym przekonaniom. Jakie to przekonania?

Caplan łączy je w cztery grupy. Pierwsza to "tendencja do systematycznego niedoceniania korzyści płynących z mechanizmu rynkowego". Opinia publiczna, kierując się nastawieniem antyrynkowym, skupia się na motywie zysku (chciwości), ignorując konkurencję, która powoduje, że motyw ten prowadzi do społecznie optymalnych rezultatów. Drugą grupę stanowi ekonomiczna ksenofobia, "tendencja do niedoceniania korzyści ekonomicznych z interakcji z obcokrajowcami". Zagranica obarczana jest winą z jednej strony za odbieranie miejsc pracy, z drugiej za transferowanie zysków z kraju. Korzyści z tańszych towarów z importu i inwestycji zagranicznych są przy tym niemal całkowicie ignorowane. Ostatnie dwie grupy przesądów ekonomicznych tworzą: priorytetowość miejsc pracy - "tendencja do niedoszacowania korzyści ekonomicznych wynikających z efektywniejszego wykorzystywania siły roboczej", oraz pesymizm ekonomiczny - "tendencja do przeceniania bieżących problemów ekonomicznych i niedoszacowania wyników gospodarczych ostatnich lat".

Na marginesie należy zaznaczyć, że choć książka Caplana zapewne nie jest w kręgach rządowych dobrze znana, praktyczne wnioski z istnienia wymienionych przesądów rządowa propaganda wyciągnęła nadzwyczaj trafnie. OFE i PTE bardzo łatwo wepchnąć w ramy co najmniej trzech z czterech grup przesądów. Fundusze emerytalne i zarządzające nimi towarzystwa kierują się zyskiem, łatwo można napiętnować ich chciwość. Większość OFE została stworzona przez podmioty zagraniczne, a zgodnie z ekonomiczną ksenofobią z zagranicy przychodzi dużo złego. Do tego dokłada się jeszcze pesymizm ekonomiczny - wyniki OFE musiały być złe, bo i w gospodarce przecież dzieje się przecież coraz gorzej.

Jeżeli diagnoza Caplana o irracjonalności wyborców jest poprawna (w cytowanej książce autor przytacza na jej rzecz wiele świadectw), to ekonomista, chcąc służyć społeczeństwu, co starają się czynić obie tradycje, nie powinien zbyt dokładnie wsłuchiwać się w jego głos. Wystarczy przyjąć do wiadomości, że wyborca zainteresowany jest maksymalizacją długookresowego dobrobytu. Szczegółowe preferencje wyborcy odnośnie środków zmierzających do tego celu należy zignorować. Środki te należy zaś czerpać z wiedzy ekonomicznej opartej na teorii i doświadczeniach historycznych.

@RY1@i02/2013/241/i02.2013.241.000002700.802.jpg@RY2@

Maciej Bitner główny ekonomista Wealth Solution

Maciej Bitner

główny ekonomista Wealth Solution

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.