Pracownik obsługi jak urzędnik - w sobotę ma wolne
Nie ma sensu zatrudniać w urzędach tak wiele osób zajmujących stanowiska pomocnicze i obsługowe. Lepiej i taniej skorzystać z firmy zewnętrznej, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na brakujący etat urzędniczy.
W Ministerstwie Obrony Narodowej pracuje szesnastu rzemieślników wykwalifikowanych, pięciu stolarzy, pięciu malarzy, dwóch ślusarzy, jeden elektryk, jeden konserwator maszyn stolarskich, pięciu robotników gospodarczych. To tylko jeden w wielu przykładów, że w urzędach chętnie na etaty zatrudniają poza sprzątaczkami, kierowcami i sekretarkami również robotników mniej lub bardziej wykwalifikowanych. DGP opisywał całym ten proceder w ubiegłym tygodniu ("Urzędy nie oszczędzają na własnej obsłudze", nr 231). Nasz materiał obrazuje, jak urzędom trudno obyć się bez pracowników obsługi. Likwidacja gospodarstw pomocniczych w 2010 roku nie była do końca skuteczna, bo część pracowników przeszło na etaty do urzędów.
Szefowie instytucji publicznych tłumaczą się, że takie osoby również są potrzebne. Podobnie jest w samorządach. Tam też trzymają na etatach elektryka, który w miesiącu wymieni co najwyżej kilka żarówek. Wójt będzie wtedy wskazywał, że przecież jest tak duże bezrobocie, a on ma zwalniać pracowników z gminy, którzy jednocześnie są jej mieszkańcami.
Nie mogę tego jednak zrozumieć przy okazji innych wydarzeń, które również miały miejsce w ubiegłym tygodniu. W jednym z warszawskich samorządowych przedszkoli postanowiono wymienić pompy zasilające centralne ogrzewanie (nie była to awaria). Ta wymiana wiązała się jednak ze spawaniem gazowym, które doprowadziło do dużego zadymienia pomieszczenia. Większość rodziców nie protestowała, bo była przekonana, że to zwykła nagła sprawa. Robotnicy przyznali się, że to rutynowa planowa wymiana pomp. A szefowa placówki dodała, że panowie nie mogą pracować w sobotę, bo pracują tak samo, jak pozostali pracownicy przedszkola.
Pojawia się zatem pytanie, po co zatrudniać na etacie tych robotników, skoro nie mogą oni przyjść do pracy w sobotę? Gdyby urzędy korzystały z tańszego outsourcingu, tego typu problemy nie miałyby miejsca. W sobotę, a nawet w niedzielę przyjechałaby firma, która bez narażania dzieci na bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia dokonałaby niezbędnych prac.
Dlatego warto w urzędach zrobić przegląd stanowisk obsługowych i podjąć decyzję o zredukowaniu części tego typu etatów. Oczywiście komfortową sytuacją jest, że jeśli zepsuje się klamka, to w tej samej minucie przychodzi konserwator, aby ją wymienić. Trzeba jednak zadać sobie pytanie, czy urząd stać na taki luksus, skoro takie osoby są dyspozycyjne tylko w godzinach pracy urzędu. Jeśli doszłoby do jakiejś awarii w niedzielę, z pewnością trzeba byłoby szybko ściągać firmę z rynku.
W działach kadr podniosą się krzyki, że firmy zewnętrze były i się nie sprawdziły. I tu również padały argumenty, że np. ekipa sprzątająca tak wyśrubowała ofertę cenową, że po przetargu sprzątaczki zmywały urząd zwykłą wodą. Ale temu też można zaradzić, przygotowując odpowiednią specyfikację przy przygotowaniu przetargu.
Kolejny argument za tym, że etaty konserwatorskie powinny być zlikwidowane, dotyczy wydatków. Bardzo często bardziej opłaca się skorzystać z usług zewnętrznych, bo jest taniej. Pora więc z tym zerwać i nie generować niepotrzebnych kosztów.
@RY1@i02/2013/235/i02.2013.235.21700020d.802.jpg@RY2@
Artur Radwan, dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Artur Radwan
dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu