Ni e da się
Nie, nie, nie. Nie można, nie warto, nie da się. Ten zestaw argumentów towarzyszy nam dzisiaj niemal na co dzień. Dlaczego inni mogą, a Polacy nie
Wielu z nas pamięta słynne "Nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem". W filmowej fikcji "Bruneta wieczorową porą" ten cytat brzmi śmiesznie. Zabawny jest też opowiadany w czasie niezobowiązujących towarzyskich spotkań. Gorzej, kiedy przestaje być jedynie filmowym grepsem, a staje się rzeczywistością. Dzisiaj ma to miejsce na masową skalę. U nas po prostu się nie da. I już.
Ulubionym słowem Polaka nie jest "tak". Ulubioną postawą nie jest otwartość, życzliwość i deklarowanie pomocy. Znacznie częściej używamy "nie". Nie zgadzam się, nie chcę, nie trzeba, nie lubię. Ta antykoncyliacyjna, systemowa, głęboko zakorzeniona postawa stworzyła już zjawisko, które można nieco kolokwialnie nazywać polskim niedasieizmem. To nieprzejednanie leży u podstaw wielu innych zjawisk fundamentalnie psujących społeczny klimat w Polsce. Niedasieizm dotyczy nas w wielu wymiarach - prywatnym i służbowym, codziennym i odświętnym.
Procedura nie przewiduje
Przykładów jest wiele. Jak okiem sięgnąć, roi się od nich jak od mrówek w mrowisku. Ministerstwo Sprawiedliwości na przykład po tym, jak napompowało do granic możliwości pomysł informatyzacji sal sądowych, doszło do wniosku, że z efektów tych działań nie da się wyciągnąć konstruktywnych wniosków. Niemal 50 mln zł wydano na wyposażenia sal sądowych w sprzęt do nagrywania, po czym się okazało, że z pomysłu skrócenia postępowań sądowych trzeba będzie zrezygnować. Już niebawem w polskich sądach ponownie będziemy mieli do czynienia z tradycyjnym protokołowaniem pisemnym. - To widoczny efekt porażki e-protokołu - oceniał niedawno na łamach DGP sędzia Bartłomiej Przymusiński, prezes wielkopolskiego oddziału Stowarzyszenia Sędziów Polskich "Iustitia". Intencje były zatem szczytne, ale próba ich zmiany w rzeczywistość nas przerosła.
Tymczasem w sądownictwie niemieckim e-protokół sprawdził się zdecydowanie lepiej, chociaż kosztował nieporównanie mniej. Tamtejszy resort sprawiedliwości wyposażył sędziów w... dyktafony, aby mogli rejestrować przebieg rozprawy. Papierowe protokoły również mają znaczenie, zapis cyfrowy jednak jest zdecydowanie bardziej pomocny niż w Polsce. O jego kompleksowych kosztach lepiej nie wspominać, bo były kilkaset razy niższe od szumnie zapowiadanej polskiej inwestycji w sądownictwo. Jak widać, w Niemczech się dało, w Polsce przy nieporównywalnie wyższych nakładach - nie. Taka nasza przypadłość.
Wydawałoby się, że jest rzeczą stosunkowo prostą złożyć na poczcie oficjalne zawiadomienie, iż zgadzamy się na dostarczanie nam listów poleconych do skrzynki (autoryzując tym samym ich odbiór) bez konieczności każdorazowej wizyty na poczcie, bywa, że odległej od domu o dwa - trzy kilometry. Proste, prawda? Nie. Nie da się. Ile razy takie polecenie byśmy składali, zawsze listonosz zostawia nie przesyłkę, lecz awizo. To, czego chcieliśmy uniknąć, czyli wizyta na poczcie, jest tym samym zawsze nieuniknione. Nasz podpis na wymiętym kawałku papieru - niezbędny. Bez bumagi ani rusz.
Czasem, niestety, zdarzy się nam dostać mandat. Ostatnio dość często z fotoradaru. Straż miejska na podstawie numerów rejestracyjnych ustala nasze dane, w tym miejsce zameldowania, i przysyła nam pismo, w którym informuje, że mamy do wyboru kilka możliwości. Wyższy mandat, więcej punktów, a może, jeśli to nie my prowadziliśmy swój samochód, wskazanie winowajcy. Oczywiście pismo przychodzi listem poleconym. Załóżmy, że przyjmujemy mandat, odsyłamy straży, ale piszemy, a nawet dzwonimy po kilku dniach, aby mandat przysłano nam już listem zwykłym. Nie. Nie da się. Procedura nie przewiduje.
Niemal każdy ma telefon komórkowy. Właściciele firm również. Zwykle telefony służą im do celów firmowych, więc rachunki wpisywane są w koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Ale aby te koszty podatkowo rozliczyć, właściciele firm zwykle potrzebują papierowych faktur. Przekazują je księgowej, która najpierw wysokość opłaty odlicza od podstawy opodatkowania, potem archiwizuje fakturę na wypadek kontroli skarbowej. Przedsiębiorca zatem dzwoni do swojego operatora i prosi o przysyłanie pod wskazany adres faktur papierowych, bo nie wiedzieć czemu operator zdecydował, że faktury będzie mu wystawiał, ale elektroniczne. Nic z tego. Nie da się. Tak tego nie załatwi. Musi się pofatygować do salonu obsługi i tam osobiście złożyć odpowiednie pismo. Akceptuje to z trudem, poświęca swój czas, załatwia i czeka na taką fakturę, jaką zamówił. I co? Znowu dostaje e-dokument. Ponownie idzie do biura obsługi, gdzie dowiaduje się, że tu się tego załatwić nie da, bo obecnie takimi sprawami zajmuje się jedynie infolinia. W końcu ma dość i z papierowej faktury rezygnuje.
Od wielu lat jedynie mówi się w Polsce o potrzebie uelastycznienia prawa zamówień publicznych w taki sposób, aby urzędnicze kryterium, a zarazem fetysz - najniższa cena - nie paraliżowało przetargów publicznych. Aby nie dochodziło do dyktatu wyrównywania w dół, w efekcie czego plajtują dziesiątki firm niewytrzymujących szaleńczego tempa cenowego wyścigu. I by, obok racjonalnej ceny, kryteria wyboru wykonawcy w zamówieniach były bardziej zróżnicowane. Niech bardziej liczą się doświadczenie, potencjał kadrowy, renoma i gwarancja jakości. Niestety nie da się. Cena zawsze zasłania wszystko. A rezygnacja z jej promowania w umysłach wielu przedstawicieli administracji natychmiast zapala czerwone światło wszelkich możliwych obaw. Od korupcji poczynając, na szkodzeniu interesom państwa kończąc.
- Niedasieizm wydaje się dzisiaj jednym z głównych publicznych, masowych grzechów, który sprawia, że zmiany w Polsce idą zbyt wolno - ocenia Jarosław Makowski, szef Instytutu Obywatelskiego. - Polacy zmian nie lubią. Hasło: "Nie da się", pada zawsze, gdy urzędnik chce zachować status quo. On nie myśli, co zrobić, żeby obywatelowi pomóc czy wprowadzić dobre zmiany, ale jak zachować własne, rutynowe bezpieczeństwo - dodaje.
Zdaniem specjalistów naszą niechęć do zmian można również tłumaczyć wrodzoną awersją do stałego przyswajania wiedzy. Wydaje nam się, że nauka w pewnym wieku jest czymś infantylnym, niepasującym do naszego życia. Edukację rozumiemy jako proces, który kończy się raz na zawsze najpóźniej po studiach. - To błąd, bo świat, w którym żyjemy, wymaga od nas uczenia się stale, przez całe życie. Dodatkowo logika spod znaku: "Nie da się", ma unieważnić potrzebę elastyczności. Rzeczywistość, charakteryzująca się niepewnością i ryzykiem, tymczasem jej wymaga - tłumaczy Jarosław Makowski.
Specjalność polskiej kuchni
Niedasieizm stał się idealną formą obrony przed tym złym światem. Dla wielu z nas nie jest on dzisiaj szansą, lecz zagrożeniem. Staliśmy się pesymistami, niepewnymi jutra. Tylko 9 proc. Polaków ocenia dzisiaj swoje warunki materialne jako dobre i polepszające się. Równie mało z nas jest zadowolonych z ogólnej sytuacji kraju i działania ekipy rządowej. Tylko co 12. Polak uważa, że w nadchodzących miesiącach będzie nam się żyło lepiej. Zadowolenie z tego, że jesteśmy narodem wolnym i żyjemy w państwie demokratycznym, wyraża tymczasem jedynie 2 proc. z nas. (CBOS "Źródła złych nastrojów społecznych", czerwiec 2013 r., badanie na liczącej 1010 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski).
Obiektywne dane też nie napawają optymizmem. Polska wypada bardzo źle w rankingach jakości życia, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji osób po sześćdziesiątce (ONZ Global Age Watch). Zestawienia odwzorowujące dostęp do oświaty, wymiaru sprawiedliwości, infrastruktury i służby zdrowia (Human Capital Index) również nie pozostawiają złudzeń. ONZ umiejscowił nas na 62. miejscu na 91 państw objętych badaniem. W Unii Europejskiej nie ma krajów pod tym względem gorszych. I tu widać niedasieizm. W ocenie ekspertów Organizacji Narodów Zjednoczonych całkiem niezłego na przestrzeni lat rozwoju gospodarczego Polski nie dało się bowiem przełożyć na poprawę jakości życia ludzi starszych. Państwo nie jest w stanie zapewnić im odpowiedniej opieki medycznej. Przez to prognozy wzrostu statystycznej długości życia wcale, na przestrzeni kilkunastu lat, nie muszą się w pełni zrealizować.
W zakresie dbałości o poszczególne dziedziny życia wymienione wyżej również nie mamy powodów do dumy. Lepszy dostęp do edukacji, dróg i wymiaru sprawiedliwości mają m.in. mieszkańcy Kazachstanu. Nie może zatem szczególnie dziwić nasze mentalne specialite de la maison. Tak sceptyczni i przygaszeni nie byliśmy dawno. Sęk w tym, że to nastawienie jeszcze długo nie pozwoli nam - masowo - uważać, że się da. I koło się zamyka.
Powodów naszego marazmu i bycia na nie są setki, może tysiące. Można je mnożyć i kompilować na dowolne sposoby. Zawsze wyjdzie mozaika złożona z polskich upiorów. Jako powód główny jak bumerang wraca niski poziom kapitału społecznego, zwrot klucz, którym łatwo tłumaczymy wiele naszych obywatelskich niepowodzeń. W niemal każdej Diagnozie Społecznej, cyklicznym badaniu ogólnej kondycji Polaków, prof. Janusz Czapiński, znany psycholog społeczny, wyraźnie punktuje nasz brak zaangażowania, myśli wspólnotowej, zapału i chęci, brak energii i wzajemnego zaufania. Słowem, mamy permanentny deficyt cech, na których bazie można by budować stwierdzenie: "Tak, uda się". Nie brakuje nam za to nigdy tych złych cech, które z łatwością stają się fundamentem stwierdzeń w rodzaju: "Nie, bo nie".
- Niedasieizm to instytucjonalna inercja. Zwykle występowanie zjawisk tego typu jest przypisywane niekompetencji lub lenistwu osób, które powinny podejmować jakieś decyzje, ale ich unikają - tłumaczy Wojciech Rafałowski z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, współautor książki "Polityka i władza". - Decydenci są związani wieloma normami ustanawianymi często po to, aby ograniczyć pełną swobodę podejmowania decyzji i zapobiegać nadużyciom. Prawo nie może przewidzieć jednak wielu sytuacji, stąd brak elastyczności przy podejmowaniu decyzji lub jej opóźnianie w oczekiwaniu na sugestie przełożonych. Widać to szczególnie w administracji, przy podejmowaniu decyzji przez urzędników. Odpowiedzią na tego typu problemy jest przeważnie dalsza produkcja szczegółowych rozwiązań, co zamiast poluzować kaganiec i pozwolić na myślenie o celowości danego działania, prowadzi do jeszcze większej inercji.
Doktor Tomasz Skalski, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego i prezes Neocoachingu, przyczyn wspomnianego bezwładu dopatruje się w źródłach historycznych. W PRL mieliśmy przeświadczenie, niestety w wielu wypadkach słuszne, że realnie nie ma mamy na nic wpływu. Wprawdzie radziliśmy sobie, pokonując trudności życia codziennego objawiające się najczęściej ciągłym brakiem wszystkiego, ale w sprawach długofalowych i strategicznych byliśmy jak dzieci we mgle. Premiowano raczej nicnierobienie niż konkretne działanie nastawione na określony cel. To drugie najczęściej szybko sprawiało, że byliśmy na cenzurowanym, rzucając na nas różnego rodzaju podejrzenia i narażając na problemy.
- To przeświadczenie przylgnęło do nas mocniej, niż można było przewidywać kilkanaście lat temu. Po pierwszym euforycznym wybuchu aktywności zaraz po roku 1989 entuzjazm osłabł, bo doszliśmy do wniosku, że tylko w teorii cały świat leży u naszych stóp. A dzisiaj już wiemy, że za mocno nie warto się wychylać. Nie bardzo wierzymy też, że nasze sprawy leżą w naszych rękach, sami siebie przekonujemy, że decydują o nich jacyś "oni", jakieś tajemnicze siły - przekonuje dr Tomasz Skalski.
O ile jednak w PRL to autotłumaczenie było celne, o tyle dzisiaj jest ono jedynie naszym alibi, usprawiedliwiającym powszechne rozmemłanie. Najczęściej to uzasadnienie lenistwa, marazmu, wygodnego rozkładania rąk, tego, że zamiast coś robić, wolimy gapić się w telewizyjne głupoty. Mimo niemal 25 lat wolnej Polski nie nauczyliśmy się skutecznie rozwiązywać problemów, a jedynie zamiatać je pod dywan. Brakuje nam motywacji, by przeć do przodu i działać konstruktywnie dłużej niż przez jeden akord. Nie widzimy w tym sensu, nie wierzymy w wygraną. Wierzymy za to w spiski, układy, kolesiostwo i tajne dla nas niedostępne porozumienia. Często jedna spektakularna porażka paraliżuje nas, podcina nie tylko skrzydła, ale i nogi, na których nie umiemy już mocno stanąć. W obawie przed kolejnymi ciosami chowamy się jak ślimak do skorupy, nie trzymamy gardy, nie walczymy.
Potem poruszamy się już w prostym myślowym schemacie, że nie wszystko jesteśmy w stanie zmienić, że z pewnymi zjawiskami trzeba się po prostu pogodzić. Próbę ich modyfikacji traktujemy jak walenie głową w mur, zapominając o innym ważnym powiedzeniu: kropla drąży skałę.
Zakneblować potwora
W 1983 r. Rick Carson wydał w USA książkę "Poskramianie swojego gremlina". Mówiąc dość ogólnie, radzi w niej, jak przestać być dla siebie wrogiem. W tym celu trzeba ujarzmić wewnętrzny, destrukcyjny głos stałej krytyki. Słyszymy go przy podejmowaniu decyzji i przy działaniach. Przy zaniechaniach zwykle milczy, przez co częściej te zaniechania wybieramy. Psuje nam krew, zasiewa wątpliwości, kwestionuje myśli, kontestuje decyzje, powodując, że żadnej z ostateczną pewnością nie jesteśmy w stanie podjąć. Sprowadza psychikę na manowce. Dopóki go nie zwalczymy, nasze życie zdominuje niedasieizm. Zdaniem Carsona jedną z najskuteczniejszych metod walki jest praca nad budowaniem mądrej pewności siebie opartej jednak na merytorycznych, a nie emocjonalnych podstawach.
Katarzyna Nosowska, chyba również pod wpływem własnego gremlina, śpiewała: "Nie da się żyć, zwariuję jak nic". Łatwiej będzie zachować zmysły, skutecznie kneblując wewnętrznego potwora.
Niedasieizm to instytucjonalna inercja. Zwykle przypisywana niekompetencji lub lenistwu osób, które powinny podejmować decyzje, ale ich unikają
@RY1@i02/2013/231/i02.2013.231.00000170a.803.jpg@RY2@
Getty Images/Flash Press Media
Marcin Hadaj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu