Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Jawność jako lekarstwo i jako choroba demokracji

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

Rozprawa w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu, która odbędzie się 3 grudnia, przeciwko Polsce oskarżonej przez dwóch więźniów o nielegalne przetrzymywanie i torturowanie, może być - jak chce Polska - utajniona dla mediów. I od razu mamy kłopot, bo chodzi nie tylko o to, czy na terenie Polski te zdarzenia miały miejsce, ale o to, że polski rząd chciałby, by opinia publiczna wiedziała o tym możliwie najmniej. Coś jest dziwnego w tym wszystkim, bo jeżeli to nieprawda, po co utajniać? Jednak my po prostu nie wiemy, więc nie spekulujmy - zobaczymy, co powie trybunał. Natomiast sprawa ta stanowi bardzo dobrą okazję do rozważenia kwestii jawności i niejawności w demokracji.

Sprawa jawności i przejrzystości (na jedno wychodzi, chociaż niektórzy jeszcze upychają, zupełnie zbędnie, kolejny synonim, czyli transparencję) dalece nie jest tak oczywista, jak na pierwszy demokratyczny rzut oka by się zdawało. Nieco historii: to dopiero gazety i to w masowych nakładach umożliwiły jawność w demokracji. Jeszcze postanowienia w Wersalu (1919 r.) zapadały często niejawnie, bo nikt nie był przygotowany na to, że zjedzie się ponad pięciuset dziennikarzy. Nie było nawet odpowiedniej sali. Odbyły się więc tylko trzy posiedzenia z udziałem prasy i innych obserwatorów, posiedzenia mało istotne, bo w tym tłumie (brak nagłośnienia) nie dało się niczego ustalić. Mamy wprawdzie zapisy posiedzeń wielkiej trójki (Wilson, Lloyd George, Clemenceau), ale niemal wszystkie istotne decyzje zapadły w komisjach, o których pracy wiemy bardzo mało. A demokracja działała już na całego. Brak jawności wyszedł rozmowom pokojowym tylko na złe, bo tabloidy (zwłaszcza brytyjskie) musiały się domyślać i pisały niestworzone, a często bardzo głupie rzeczy, który wpływały na opinię publiczną. Uczciwa jawność na pewno była wtedy wskazana, ale jej zabrakło.

Robimy duży skok przez historię i przypominamy sobie, jak to było za czasów "Solidarności" 1980-1981. Ponieważ wówczas zebrania, zarówno na najwyższym szczeblu związku, jak i na lokalnych, nie były relacjonowane przez komunistyczne media, ludzie, członkowie, obywatele domagali się ich jawności i były powszechnie transmitowane przez głośniki na zewnątrz sali obrad. Wszyscy obawiali się manipulacji, więc tajność była nie do przyjęcia. Oczywiście, jak zawsze, jawność i nagłaśnianie powodowały, że ujawniali się domorośli krasomówcy, którzy sprawiali, że trwało to kilkanaście godzin. Jednak tak było na pewno najlepiej. Stąd pamiętam niechęć do niejawności, kiedy w 1989 r., późnym wieczorem, po obradach Okrągłego Stołu, czekaliśmy w mieszkaniu Jarka Kaczyńskiego, aż przyjedzie jego brat z Magdalenki i opowie nam, co też tam ustalano. W sumie zresztą nic nadzwyczajnego.

Tyle historii, a teraz nieco teorii. Z zasady władza demokratyczna działa jawnie i tylko wyjątkowe okoliczności mogą powodować utajnienie jej działań, obrad, rozmów. Władza demokratyczna, czyli ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza. Prawnie i formalnie, lecz także ze względu na zaufanie społeczne, wszelkie utajnienia, które nie są absolutnie konieczne, są naganne lub wręcz dosłownie karygodne. Od zasady tej w demokracji nie może być odstępstw, a wyjątkowe okoliczności wymagające niejawności powinny być również określone prawnie. Demokracja bowiem to wspólnota polityczna, w której wszyscy jesteśmy władcami, a sprawujący jakąkolwiek władzę tylko naszymi sługami. Jak można pozwolić słudze, by cokolwiek utajniał przed swoim panem? Od takiej pryncypialnej postawy nie wolno odstępować.

Jednak pryncypialność ta ma zastosowanie do decyzyjnej funkcji władzy. Decyzją może być zezwolenie na obecność tajnych więzień czy określenie, że most przez Wisłę będzie przebiegał tu lub tam albo że małżeństwa partnerskie mają takie prawa jak małżeństwa tradycyjne. Wszystkie te decyzje (różnych organów władzy) muszą być jawne, a stanowisko poszczególnych decydentów - również. Czy jednak możliwe i pożądane jest, by proces dochodzenia do tych decyzji był również całkowicie jawny?

Najpierw zastanówmy się, czy jest to możliwe, a potem - czy pożądane.

Nie jest możliwe ze względu na nieracjonalność ludzkiej natury oraz otaczającego nas świata. Proces dochodzenia do ważnych decyzji zawsze jest oparty na doświadczeniu, intuicji i wyczuciu chwili, a tego nie da się sensownie opowiedzieć słowami. Ponadto "polityka jest sztuką tego, co możliwe", jak mówił genialny Bismarck, więc można sporo przewidzieć, ale przede wszystkim trzeba mieć możliwie duże pole manewru, by w odpowiednim momencie zachować się stosownie. Ani tego momentu, ani sposobu zachowania racjonalnie przewidzieć się nie da, wiec znowu nie da się uczynić jawnym. Wreszcie w polityce, także demokratycznej, większą rolę niż sądzimy i niż zapewne byśmy chcieli, odgrywają siła i jakość charakteru, a to także są cechy niejawne, w rozumieniu - nie do uchwycenia w sposób dyskursywny.

Jawność procesu dochodzenia do decyzji bywa też niepożądana. Wyobraźmy sobie dwa przypadki. W pierwszym mamy wójta, który ma zamiar ogłosić przetarg (oczywiście jawny i zgodny z zasadami) na budowę oczyszczalni. Słyszał, że robili to dwaj jego koledzy w nieodległych gminach. Czy nie byłoby rozsądnie zapytać, jak wykazali się wykonawcy? Jeżeli jednak uczyni to jawnie, uzyska jawne odpowiedzi zgodne z wynikami ich przetargów, a nie dowie się, że trochę przekraczali terminy albo że nie wszystkie użyte materiały były zastosowane zgodnie z obietnicą. Nie dowie się o drobnych, ale istotnych sprawach i podobnie będzie, kiedy ogłosi konkurs na stanowisko dyrektora szkoły. Nie dowie się, jeśli nie zapyta poufnie, czy dana osoba jest trudna w codziennej współpracy lub czy po prostu lubi dzieci i młodzież. Żadne jawne postępowanie konkursowe takich rzeczy nie wykaże.

I od wójta do prezydenta kraju. Znamy prawne debaty na temat istnienia lub nieistnienia obowiązku ujawniania, kto prezydentowi radził w konkretnej sprawie gospodarczej, i to sprawie wielkiej wagi. Istnieją jednak różne rodzaje udzielania rady. Nie każdy ekonomista czy specjalista chce informować o swoim stanowisku przedstawionym prezydentowi, a poza tym są doradcy niejako prywatni, czyli osoby zaprzyjaźnione, których zdanie można cenić, nawet jeżeli nie są specjalistami, tylko roztropnymi ludźmi. Czy naprawdę musimy to wszystko wiedzieć. Co to pomoże demokracji jako wspólnocie politycznej? A może tylko jej zaszkodzi?

Istnieje wreszcie klasyczna sytuacja, kiedy to ujawnianie czyjejś kandydatury może spalić kandydata. Jest tak dlatego, że grona decyzyjne chcą podjąć decyzję niezależną od presji opinii publicznej, co samo w sobie nie jest niczym złym, o ile będzie to decyzja trafna.

Więc, jak się zdaje, sporo przemawia za tym, że nie zawsze jawność, jeżeli nie jest nakazana prawem, jest pożyteczna. Jednak można by spokojnie popierać przypadki uprawnionej niejawności, gdyby nie zjawisko, które można określić mianem "przyjemnej choroby politycznej poufności". Znam je dobrze, bo był to główny powód, dla którego po 1989 r. nie podjąłem się żadnej z proponowanych mi politycznych funkcji. Poczułem bowiem, że zaczyna mi sprawiać przyjemność sam fakt, że wiem o sprawach, często zupełnie drobnych lub wręcz idiotycznych, o których wie tylko kilkanaście osób. Na szczęście połapałem się, że ta przyjemność ma charakter choroby i że nie wolno jej ulegać. Niestety podejrzewam, że wiele osób albo się nie połapało, albo dobrze im z tą przyjemną chorobą.

Nie mamy nad tym władzy, poza prawem, a strzępy wydobywane czasem przez media na światło dzienne dotyczą z natury rzeczy spraw chociażby trochę sensacyjnych, natomiast naprawdę istotna jest czule pielęgnowana tajna wiedza o kwestiach naprawdę poważnych, ale trudnych do zgrabnego zaprezentowania społeczeństwu. To nie są sprawy tajne, lecz skomplikowane. Motywacje podjęcia decyzji mogą być trudne do ujawnienia, nieuchronny lobbing polityczny, wzgląd na zawsze nieuniknione przyszłe wybory i wiele innych czynników. Jeżeli politycy tak rozumieją politykę, to niejawność staje się nie tylko im właściwą chorobą, ale ciężkim schorzeniem demokracji. Słudzy bowiem stawiają się przed panem i w duchu z niego drwią.

@RY1@i02/2013/231/i02.2013.231.00000200b.802.jpg@RY2@

Marcin Król filozof, historyk idei

Marcin Król

filozof, historyk idei

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.