Obrona czy już zemsta?
Nie wolno lekceważyć sprawiedliwościowej funkcji prawa. Gdy zawodzi, obywatele biorą sprawy w swoje ręce
Gdy państwo zawodzi w wykonywaniu jednego ze swoich zadań, mianowicie zapewnienia obywatelom bezpieczeństwa, chronienia ich przed zamachami ze strony przestępców i wymierzania za przestępstwa sprawiedliwych kar, w ofiarach rodzi się pokusa, by wziąć wymierzanie sprawiedliwości w swoje ręce. Gdy tłumaczę studentom, że prawo karne pełni również funkcję sprawiedliwościową, której nie można, bez negatywnych społecznych konsekwencji, lekceważyć, posługuję się przykładem z powieści Mario Puzo "Ojciec chrzestny" i z opartego na niej filmu Francisa F. Coppoli. Pierwsza scena obrazu przedstawia rozmowę przedsiębiorcy pogrzebowego o nazwisku Buonasera z niejakim Vito Corleone, szefem jednego z gangów sycylijskiej mafii w USA w latach 40. XX wieku, znakomicie granym przez Marlona Brando.
Na marginesie chciałbym zauważyć, że moim zdaniem produkcja Coppoli należy do dzieł w pewnym sensie niebezpiecznych. Mam na myśli to, że jest to film znakomicie zrobiony, można nawet powiedzieć - wybitny, który na pewno ma już swoje miejsce w historii kina. Sam oglądałem go kilka razy. Ale właśnie w wybitnym charakterze tego filmu tkwi pułapka na widza. Bo w pewnym momencie przyłapujemy się na trochę zawstydzającej refleksji, że cały ten gangsterski światek wydaje się nam sympatyczny i, tak trochę niepostrzeżenie, śledząc dalszą akcję, chcemy, aby rodzina Corleone odnosiła sukcesy w krwawych potyczkach z innymi gangami. Krótko mówiąc, z moralnego punktu widzenia ponosimy kompletną porażkę, stając myślowo po stronie ludzi, którzy dopuszczają się morderstw, wymuszają haracze i wyprowadzają w pole albo korumpują policję i sądy. No cóż, to właśnie potęga sztuki przez duże "S".
Ale wróćmy do głównego wątku. Ów signore Buonasera miał córkę, która umawiała się na randki z chłopakiem z dobrej anglosaskiej rodziny, studentem college’u, jak się jednak później okazało, łajdakiem. Buonasera zgadzał się na te spotkania, może nawet trochę czuł się zaszczycony. Niestety pewnego razu chłopak przyszedł na spotkanie z kolegą, z którym razem (jak to mówią prawnicy, "działając wspólnie i w porozumieniu") nakłaniał dziewczynę do picia whisky, a następnie usiłował zgwałcić. Nie udało im się (obroniła swój honor, jak podkreślał z dumą Buonasera), ale bijąc dziewczynę, złamali jej szczękę i generalnie poważnie zeszpecili. Sprawa znalazła swój finał w sądzie, gdzie zrozpaczony ojciec spodziewał się wymierzenia sprawcom sprawiedliwości - tak jak on i zapewne wielu innych ludzi, którzy o sprawie słyszeli, sobie tę sprawiedliwość wyobrażał. Innymi słowy liczył na to, że kaci jego córki pójdą na kilka lat do więzienia. W osłupienie wprawiło go to, że zostali wprawdzie skazani na karę pozbawienia wolności, ale, jak to się określa w żargonie przestępczym, w zawiasach.
Buonasera uznał, że państwo, którego był lojalnym obywatelem, oszukało go. Z filmu i z powieści nie wynika dokładnie, czy sędzia wymierzający brutalnym przestępcom karę z warunkowym zawieszeniem jej wykonania uważał, że nie jest celowe wsadzanie do więzienia młodych ludzi o dotychczas dobrej opinii, czy też został skorumpowany przez "porządnych" rodziców "porządnych" chłopców. Tak czy inaczej, praworządny dotąd obywatel udał się po sprawiedliwość do gangstera. Ten zaś najpierw dobrotliwie skarcił go za to, że wierzył w państwowy wymiar sprawiedliwości i starannie unikał kontaktów z mafiosami, bo nie chciał mieć kłopotów, następnie obiecał, że sprawiedliwości stanie się zadość. W filmie wątek ten nie jest doprowadzony do końca, ale ci, którzy przeczytali powieść Mario Puzo, wiedzą, że Vito Corleone dotrzymał słowa. Jego "żołnierze" pobili niedoszłych gwałcicieli tak, że podobnie jak córka Buonasery już nigdy nie byli tak przystojni jak przedtem.
Historia nieszczęsnego ojca pobitej córki przypomniała mi się, gdy czytałem w zagranicznej prasie i w internecie o zdarzeniu, które miało miejsce we wrześniu tego roku w Nicei, i które rozpaliło opinię publiczną we Francji. Miało ono przebieg następujący. Na sklep jubilerski niejakiego Stephana Turka napadło dwóch uzbrojonych młodych mężczyzn, zmuszając właściciela do otwarcia sejfu i wydania pieniędzy oraz kosztowności. Gdy uciekali z łupem, usiłując jak najszybciej się oddalić na skuterze, jubiler strzelił w ich kierunku z nielegalnie posiadanej broni, zabijając jednego z nich. Jak później ustalono, zastrzelony, nazwiskiem Anthony Asli miał 19 lat, ale zdążył już być 14 razy skazany, w tym również za rozboje, a niedługo przed napadem wyszedł z więzienia, w którym odsiadywał karę za kradzież. Jubiler twierdzi, że strzelił dwa razy, celując w skuter, by uniemożliwić przestępcom ucieczkę. Dodał też, że zanim strzelił, jeden z rabusiów odwrócił się, wymierzając w jego kierunku przedmiot, który wyglądał jak pistolet maszynowy. Jak było naprawdę, trzeba ustalić w prowadzonym śledztwie. W każdym razie prokuratura postawiła jubilerowi zarzut umyślnego zabójstwa, nie przyjmując jego tłumaczenia, że działał w obronie koniecznej. Jak widać, kluczowe w tej sprawie będzie ustalenie, czy Stephan Turk chciał tylko obronić swoje mienie przez unieruchomienie skutera, czy też, kierując się chęcią zemsty, chciał zabić jednego z napastników. Ewentualne ustalenie, że strzelał do skutera, daje mu pewne szanse na przyjęcie, że działał w obronie koniecznej. W takich przypadkach polscy komentatorzy przepisów o obronie koniecznej podkreślają, że zamach na mienie jeszcze trwa. Inaczej byłoby, gdyby sprawcy porzucili łup i chcieli tylko uciec.
Czy można bronić swojego mienia, używając w tym celu broni palnej? Polscy autorzy twierdzą, że nie ma w takim przypadku obrony koniecznej, jeżeli kradzione mienie jest niewielkiej wartości, i ilustrują to przykładem staruszka siedzącego w wózku inwalidzkim na wychodzącym na sad tarasie domu i broniącego kradzionych przez dzieci jabłek przez zranienie jednego z nich w nogę strzałem z broni palnej. Nie jest to uważane za legalną obronę, ponieważ jest ona konieczna tylko w sensie technicznym, ale nie w sensie społecznym.
To jednak łatwy przykład. W historii jubilera z Nicei nie chodziło jednak o jabłka. W Polsce mógłby on powoływać się na prawo do podejmowania działań obronnych w sposób współmierny do niebezpieczeństwa zamachu. Kłopot może oczywiście wynikać z jego własnych wyjaśnień, bo jak słusznie stwierdza w artykule na ten temat Theodore Dalrymple ("The Wall Street Journal" z 20-22 października 2013 r.), jeżeli Stephan Turk rzeczywiście wierzył, że rabusie mierzą do niego z broni automatycznej, byłoby głupie z jego strony strzelać w innym celu niż po to, żeby zabić.
A strzelanie do złodzieja uciekającego z łupem z zamiarem zabicia go to już zupełnie inna sprawa. Wielu prawników uważa, że zabrania tego art. 2 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności z 1950 r., chroniący prawo każdego człowieka do życia. Stwierdza się w nim m.in., że: "pozbawienie życia nie będzie uznane za sprzeczne z tym artykułem, jeżeli nastąpi w wyniku bezwzględnie koniecznego użycia siły w obronie jakiejkolwiek osoby przed bezprawną przemocą (... )".
Jak wspomniałem, opinia publiczna we Francji się podzieliła. Właściciele sklepów jubilerskich apelują o surowsze karanie sprawców coraz częstszych brutalnych napadów i oskarżają państwo o niedostateczną ochronę obywateli. Minister sprawiedliwości i prezydent podkreślają, że samosąd nie może zastępować działania organów państwowych, a w internecie przeważają wypowiedzi typu "O jednego bandziora mniej".
Sądzę, że skończy się to łagodnym, ale jednak ukaraniem jubilera, żeby podkreślić niedopuszczalność przejmowania wymierzania sprawiedliwości w swoje ręce. Politycy na pewno dużo będą mówić o konieczności zintensyfikowania walki z przestępczością, a internauci pozostaną przy swoim zdaniu.
Film Francisa F. Coppoli jest w pewnym sensie niebezpieczny. Bo widz mimowolnie zaczyna trzymać kciuki za dalsze sukcesy rodziny Corleone
@RY1@i02/2013/217/i02.2013.217.070000600.806.jpg@RY2@
fot. everett/east news
@RY1@i02/2013/217/i02.2013.217.070000600.807.jpg@RY2@
prof. Lech Gardocki pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach 1998-2010
prof. Lech Gardocki
pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach 1998-2010
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu