Resort żali się jak ktoś, kto łamał prawo i przegrał proces
Minister sprawiedliwości coraz więcej swoich obowiązków przerzuca na sekretarzy i podsekretarzy stanu. Ci, nazywani wiceministrami, jednak nimi nie są. Są urzędnikami, a nie organami władzy wykonawczej. I minister nie może przekazać im uprawnień stricte władczych
Po przyjęciu uchwały składu siedmiu sędziów Sądu Najwyższego z 17 lipca 2013 r. (sygn. akt III CZP 46/13), która stwierdzała bezprawność decyzji o przenoszeniu sędziów, podjętych przez osoby inne niż minister, w dniach 9 i 10 października br. na stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości ukazały się dwa "oświadczenia Ministerstwa", komentujące uchwałę. Twierdzono w nich, że ministerstwo przyjmuje uchwałę "z uwagą i szacunkiem", następnie zaś przedstawiano szeroką argumentację mającą ją zdyskredytować. Jednak pełnię szacunku dla Sądu Najwyższego pokazał na łamach DGP podsekretarz stanu w Ministerstwie, dr hab. Michał Królikowski. Stwierdził, że Sąd Najwyższy będzie musiał wziąć odpowiedzialność przed społeczeństwem za to, co zrobił.
Doktor Królikowski może tego nie pamiętać z racji wieku, ale w Polsce były czasy, gdy sędziowie Sądu Najwyższego "odpowiadali przed społeczeństwem". Nazywały się PRL. Sędziów SN powoływano wtedy na kadencje. Tych, których wyroki nie odpowiadały władzy komunistycznej, co pięć lat się pozbywano, nie powołując po raz kolejny. Decydowała o tym Rada Państwa, ściśle stosując się do zaleceń "przedstawicieli" społeczeństwa, czyli Biura Politycznego Komitetu Centralnego PZPR. Być może takie czasy się panu podsekretarzowi stanu marzą. Mnie nie.
Ministrowie sprawiedliwości przez lata naciągali strunę cierpliwości Sądu Najwyższego, aż w końcu pękła. Oburzenie ministerstwa nie ma granic. Resort przyzwyczaił się, że każde odstępstwo od wymogów, które konstytucja i ustawy stawiają władzy wykonawczej w stosunku do sądowniczej, jest tolerowane. Minister coraz więcej swoich ustawowych obowiązków przerzucał na sekretarzy i podsekretarzy stanu. Urzędnicy ci, nazywani wiceministrami, jednak nimi nie są, bo prawo nie zna takiego stanowiska. Są urzędnikami administracji, a nie organami władzy wykonawczej. Są nimi, zgodnie z art. 10 ust. 2 konstytucji, Rada Ministrów i jej członkowie, ministrowie. Sądy zaś są organami władzy sądowniczej.
Praktyka resortu sprawiedliwości sprowadzała się do stanu, w którym uprawnienia władzy wykonawczej w stosunku do równorzędnej władzy sądowniczej wykonują urzędnicy administracji. Urzędnicy, którzy - co podkreślił obecnie Sąd Najwyższy - mają niższą rangę ustrojową od sędziów, ponieważ sędziowie są konstytucyjną władzą, a urzędnicy nie. Mogą wykonywać czynności, które zleca im minister, ale nie może on przekazać im praw stricte władczych, które ma z racji bycia członkiem Rady Ministrów. Bo w Radzie Ministrów sekretarz ani podsekretarz stanu zastąpić ministra nie mogą.
Sąd Najwyższy już się z tą praktyką zmagał. Zwykle stawiany był przed faktem dokonanym: podsekretarze stanu podpisywali dokumenty wpływające na status sędziów; sędziowie orzekali. Potem sprawa trafiała do Sądu Najwyższego, który musiał rozstrzygać, czy uprawnienia nadane sędziemu przez urzędnika są ważne. Jednocześnie miał świadomość, że jeśli będzie trzymać się dosłownie prawa, tysiące wyroków, które wydali dotknięci tymi decyzjami sędziowie, trzeba będzie uchylić. Sędziowie SN ratowali więc sytuację, stosując wykładnię funkcjonalną, niezgodną z literą przepisu, ale zgodną z domniemanym, ogólnikowym jego celem. Przykładem jest uchwała pełnego składu Sądu Najwyższego z 14 listopada 2007 r. (sygn. akt BSA I-4110-5/07), na którą obecnie tak szeroko powołują się minister sprawiedliwości i resort. W jej podejmowaniu uczestniczyło 81 sędziów, z czego aż 36 złożyło zdania odrębne. Powinno to być jasnym sygnałem, że praktyka podpisywania przez urzędników dokumentów dotyczących statusu sędziów jest wątpliwa i należy od niej odstąpić. Ministrowie uznali zaś uchwałę za przyzwolenie na całkowite przekazanie swoich uprawnień urzędnikom.
Uchwała z 2007 r. nie dotyczyła przenoszenia sędziów, lecz ich delegowania. Różnica jest olbrzymia. Delegowanie sędziego oznacza tylko czasowe nadanie mu prawa orzekania w innym sądzie. Pozostaje on sędzią macierzystego sądu, ma prawo w nim też orzekać. Na delegację musi wyrazić zgodę, może też ją cofnąć. To było główną przyczyną, dla której Sąd Najwyższy podkreślił (również obecnie), że dopuszcza podpisywanie delegacji przez podsekretarzy stanu: akt delegacji nie wkracza w status sędziego i go nie narusza.
Przeniesienie to zupełnie inna sprawa. Artykuł 180 ust. 2 konstytucji chroni sędziego przed zmianą siedziby i jest to gwarancją niezawisłości. Tymczasem sędziowie 79 sądów zniesionych przez Jarosława Gowina zostali przymusowo przeniesieni do sądów mających siedziby w innych miastach. Decyzje te wkraczały więc w materię konstytucyjną, co nie ma miejsca przy delegacjach. Sąd Najwyższy w obecnej uchwale wyraził duże wątpliwości, czy owe decyzje - od zniesienia sądów po przenoszenie sędziów - w ogóle były zgodne z konstytucją z uwagi na nadmierną, arbitralną ingerencję przedstawiciela władzy wykonawczej w strukturę władzy sądowniczej. Skrytykował też pospieszność zmian, podkreślając, że należało doręczyć sędziom decyzje z takim wyprzedzeniem, aby przed ich wejściem w życie mogły zostać rozpoznane odwołania sędziów. Jednak decyzje uznał za bezprawne dlatego tylko, że podpisały je nieuprawnione osoby (co zresztą jest jednym z zarzutów we wniesionych przez setki sędziów odwołaniach). Toteż twierdzenie ministra, że zwróci się do Sądu Najwyższego o "ujednolicenie orzecznictwa", mija się z realiami. Na temat przenoszenia sędziów do innych siedzib Sąd Najwyższy wcześniej nie orzekał, bo nie było potrzeby, więc nie mogły wystąpić rozbieżności. Minister po prostu chce, żeby Sąd Najwyższy znowu ugiął się i zmienił zdanie.
Natomiast wypowiedzi przedstawicieli resortu, w tym dr. hab. Michała Królikowskiego, przypominają żale strony, która łamała prawo i przegrała proces. Oczywiście winien jest niesprawiedliwy sąd. Co ujdzie dyletantowi, nie uchodzi jednak prawnikowi i funkcjonariuszowi resortu sprawiedliwości. Dla niego Sąd Najwyższy powinien być autorytetem, z którym się nie dyskutuje, którego orzeczenia przyjmuje się z prawdziwym szacunkiem. W każdym kraju o ugruntowanej kulturze prawnej urzędnik ministerstwa, który publicznie krytykowałby Sąd Najwyższy w taki sposób jak obecnie, następnego dnia pożegnałby się ze stanowiskiem. Bo gdy Sąd Najwyższy stwierdza naruszenia prawa, to przed społeczeństwem powinien odpowiadać nie sąd, lecz ci, którzy prawo naruszali. I to nie Sąd Najwyższy spowoduje przewlekłości postępowań i kryzys sądownictwa, lecz były minister i jego urzędnicy.
Ale tu jest Polska i jaka kultura prawna, taki szacunek dla Sądu Najwyższego.
Urzędnicy mają niższą rangę ustrojową od sędziów, ponieważ sędziowie są konstytucyjną władzą, a urzędnicy nie
@RY1@i02/2013/202/i02.2013.202.18300130b.803.jpg@RY2@
Maciej Strączyński prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich "Iustitia"
Maciej Strączyński
prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich "Iustitia"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu