Mieszkańcy walczą o swoje miasto
Wkrótce w Warszawie referendum w sprawie odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. Już widać jednak, że rytualne spory polityczne i tym razem przesłonią sedno problemu. Czyli że polskie miasta są rządzone źle i anachronicznie. Dlaczego? Bo prawie bez oglądania się na interesy ich mieszkańców
Nie zamierzam tu roztrząsać, co ewentualne odwołanie Hanny Gronkiewicz-Waltz może oznaczać dla ładu politycznego w Polsce. Czy wzmocni to Jarosława Kaczyńskiego? A może raczej zmobilizuje rozprężonych ostatnio zwolenników PO? To dla mnie sprawy zupełnie poboczne. Nie interesują mnie też rozważania, czy inwestycje prowadzone za jej prezydentury były trafne, czy doprowadziły do marnowania środków. Nawet sama prezydent Warszawy interesuje mnie średnio. Co najwyżej jako osoba, która w czasie swoich siedmioletnich rządów ani trochę nie zajęła się problemem, o którym chcę tu napisać. Prawdopodobnie nawet nie zdaje sobie sprawy z jego istnienia (co zresztą wystawia jej jako politykowi świadectwo raczej słabe).
To będzie tekst o współdecydowaniu obywateli o tym, jak ich miasto, dzielnica czy kwartał ulic powinny wyglądać. Czyli o czymś, co w praktyce... nie istnieje. Oczywiście zadowoleni z siebie samorządowcy i urzędnicy będą nas godzinami przekonywać, że przecież żyjemy w państwie prawa. I każdy, kto ma szczerą ochotę, może się włączyć w proces współtworzenia miejskiej przestrzeni. Przecież są gwarantujące to przepisy (głównie ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym z 2003 r., niedawno znowelizowana). Jeśli zaś komuś tego mało, to droga wolna. Niech zostanie radnym, wtedy będzie miał jeszcze więcej do powiedzenia. Tyle że jest to tłumaczenie pokrętne i fałszywe. W rzeczywistości bowiem współdecydowanie u nas po prostu nie działa. Przez co duże ośrodki (zwłaszcza Warszawa) rozwijają się źle. Powstaje przestrzeń miejska, nad którą od lat załamują ręce urbaniści. A my, mieszkańcy, nawet już tego nie zauważamy. Przyzwyczailiśmy się do chaosu. Tak jak człowiek przyzwyczaja się do stojącego w powietrzu uporczywego brzydkiego zapachu.
Czasem jednak uderza to w nas jakby mocniej. Najgorsze zaś, że może dotknąć naprawdę każdego. Proszę sobie wyobrazić, że pewnego dnia dowiadują się państwo, iż na zielonym skwerze tuż za waszym oknem ma powstać ośmiokondygnacyjny (sporo wyższy od tego, w którym mieszkacie) budynek mieszkalno-usługowy. Nie ma się co łudzić: jakość waszego życia ulegnie znacznemu pogorszeniu. Będzie hałaśliwiej, ciaśniej, brzydziej i ciemniej. Co robicie w tej sytuacji? Stawiam, że większość po pierwszej fali oburzenia machnie ręką. I trudno się dziwić. Kto w natłoku codziennych obowiązków ma jeszcze czas, żeby się dowiadywać, co w takiej sytuacji zrobić. Będą oczywiście i tacy, którzy podejmą walkę. Jest to bój długi i nierówny. I wcale nie jest pewne, że będzie to historia z happy endem.
Prywatna wojna obronna
Jedną z tych, którzy ruszyli na wojnę o swoje miasto, jest Jolanta Piecuch. Ponad 15 lat temu, kiedy budowała swój dom jednorodzinny, urząd gminy Włochy przysłał jej decyzję o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu dla sąsiedniej działki, dopuszczając pierwszy wtedy we Włochach dom wielko-gabarytowy. Stojący w otoczeniu domów jednorodzinnych. Wszystkie cztery sąsiadujące z tą działką rodziny złożyły zgodnie z pouczeniem odwołania. Urzędniczki zamiast przesłać je do instancji odwoławczej, schowały pisma do szuflady, a decyzję opatrzyły stemplem prawomocności. Potem ta decyzja została uchylona przez Naczelny Sąd Administracyjny, a pozwolenie na budowę unieważnione. Inwestor w siedem miesięcy zdążył jednak doprowadzić budowę do czwartego piętra. Jeszcze przed unieważnieniem pozwolenia budowa została zatrzymana z powodu odstępstw od tego pozwolenia. - Wkrótce okazało się, że we Włochach jest więcej podobnych przypadków złego sąsiedztwa. Mieszkańcy zorganizowali spotkanie z radnymi, którzy zlekceważyli obecnych na nim 200 mieszkańców, a rada gminy zbagatelizowała złożone wtedy przez mieszkańców 20 postulatów dotyczących różnych samorządowych spraw, które ich bolały (wśród nich chaos przestrzenny) - mówi nam Piecuch. Oburzeni mieszkańcy powołali do życia Stowarzyszenie Sąsiedzkie Włochy, a Piecuch została jego szefową. Stowarzyszenie między innymi pomaga mieszkańcom odwołać się od krzywdzących ich decyzji o warunkach zabudowy i dostarcza wszystkim mieszkańcom informacje o sporządzanych dla dzielnicy planach zagospodarowania przestrzennego. Piecuch wierzy, że jej doświadczenie pomogło niektórym mieszkańcom Włoch znaleźć się w zagmatwanych procedurach administracyjnych i podjąć obronę swoich praw w starciu z urzędnikami nadmiernie przychylnymi agresywnym deweloperom.
Ona sama swoją prywatną wojnę obronną prowadzi równolegle. - W międzyczasie urzędnicy usiłowali wydać decyzje o warunkach zabudowy legalizujące te roboty. Teraz starają się zalegalizować je w tworzonym planie zagospodarowania przestrzennego. I tłumaczą prasie, że całemu zamieszaniu winni są odwołujący się sąsiedzi - dodaje. Jej zdaniem to skandal, żeby urzędnicy obciążali mieszkańców konsekwencjami przestępstw urzędniczych swoich kolegów i legalizowali samowolę (a ta dotyczy części wykonanych w jej sąsiedztwie robót).
Gdyby jej stowarzyszenie nie patrzyło miastu na ręce, to już dawno zbudowane w latach 20. klimatyczne Miasto Ogród Włochy pokryłoby się niepasującymi do reszty bloczkami.
Podobne doświadczenia ma Karol Langie z Praskiego Stowarzyszenia Mieszkańców "Michałów". Jest architektem i swoje umiejętności chciał wykorzystać do tego, by warszawska Szmulowizna była miejscem trochę milszym do życia. Prawobrzeżna Warszawa jest pocięta drogami tranzytowymi, które ją mordują. Jest za głośno, ludzie nie chcą wychodzić na ulicę, a w konsekwencji zamiera życie. Padają handel, gastronomia i usługi. Aby poprawić sytuację, członkowie stowarzyszenia zaproponowali miastu rewitalizację leżącego tam zabytkowego budynku. I włączenia go do wspólnej przestrzeni miejskiej. Szybko okazało się jednak, że to niemożliwe. Bo dokładnie w tym miejscu ma przebiegać... nowa planowana trasa wlotowa do miasta. Czyli Trasa Świętokrzyska. - Zaangażowaliśmy się więc w monitorowanie tego procesu. I całe szczęście. Bo wyszło na jaw, że projekt trasy jest anachroniczny i w ogóle nie bierze pod uwagę interesów mieszkańców. Twórcy tego planu uznali, że najlepszym sposobem jest po prostu przeprowadzenie samochodów przez miasto. Zupełnie bez oglądania się na skutki dla okolicy. To sztandarowy przykład warszawskiej antyurbanistyki - mówi nam Langie. Nawet nie to najbardziej rozsierdziło mieszkańców Szmulowizny. Dużo bardziej boli ich to, że oni sobie prawo do współ-decydowania o tak ważnym dla ich życia projekcie musieli wychodzić i wyprosić. - Społeczny udział w planowaniu miasta powinien przecież polegać na dogadywaniu tego, co jest planowane z zainteresowanymi mieszkańcami. Przecież to oni będą musieli z tą nową trasą żyć na co dzień - zauważa Langie. Tymczasem w Warszawie ta - wydawałoby się oczywista - zasada nie działa. Dziś, jeżeli ktoś chce wiedzieć, co jest planowane w jego dzielnicy, to musi być zawodowcem z urzędniczym lub urbanistycznym stażem. Albo mieć bardzo dużo wolnego czasu. Wiedzieć, gdzie znaleźć odpowiednie dokumenty, z kim porozmawiać i o co zapytać. - W praktyce wygląda to więc tak, że do tych dokumentów czasem ktoś trafia. Wtedy plany zaczynają krążyć wśród organizacji społecznych. Okazuje się, że za dwa tygodnie będą podejmowane jakieś kluczowe decyzje. Zaczyna się pisanie listów i petycji. Trudno w takich warunkach mówić o skutecznym przygotowaniu przez mieszkańców merytorycznych argumentów potrzebnych w starciu z urzędową machiną - dodaje Langie. Opowiada też następującą historię. Kiedy miasto zgodziło się wreszcie na spotkanie z twórcą projektu, padło pytanie, dlaczego trasa idzie przez sam środek jedynego w okolicy parku. Projektant na to, że tak musi być, bo inaczej się nie da. - Udało się go nawet złapać na niewiedzy albo kłamstwie. Pokazałem mu na mapie, że promień skrętu jest znacząco większy niż podana przez niego odległość. W konsekwencji projekt skorygowano - wspomina Langie. Gdyby nie był architektem i urbanistą, nikt nie zwróciłby na to uwagi. I trasa poszłaby przez sam środek terenów zielonych.
W Warszawie się nie rozmawia
Może mieszkańcy tacy jak Piecuch czy Langie przesadzają? Widzą tylko interes swój lub swojej dzielnicy. Nie potrafią spojrzeć szerzej. Na dobro wspólne oraz rozwój miasta. - To argument, którym ratusz od lat próbuje zamknąć nam usta. Z mieszkańcami trzeba zaś po prostu umieć rozmawiać i używać racjonalnych argumentów. Brakuje właściwej komunikacji społecznej w planowaniu przestrzennym. To nie nasza wina, że mamy wrażenie, że zamiast dbać o ład przestrzenny i chronić interesy mieszkańców, urząd forsuje interesy zewnętrznych inwestorów. I to takich, którzy w tej przestrzeni miejskiej wcale nie będą mieszkać. Zrealizują tam wyłącznie swoje interesy komercyjne, zostawiając nowych mieszkańców i nas w brzydszym, gorzej funkcjonującym mieście - dowodzi szefowa Stowarzyszenia Sąsiedzkie Włochy.
O tym, że takie problemy nie są tylko jednostkowymi wypaczeniami, mówią również czołowi polscy urbaniści. Jednym z nich jest Grzegorz Buczek. W przeszłości pierwszy burmistrz Ochoty i wieloletni członek władz Stowarzyszenia Architektów Polskich oraz Towarzystwa Urbanistów Polskich. - Pod względem partycypacji obywateli w sprawach miasta Warszawa odstaje nie tylko od cywilizowanego świata. Tu jest nawet gorzej niż w wielu innych dużych polskich ośrodkach - mówi nam Buczek. Nie wygląda to oczywiście tak, że ktoś wprost łamie prawo. Czyli w tym wypadku zapisy ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, które zresztą w opinii ekspertów są dość dla mieszkańców życzliwe. Bo ustawodawca przewidział w niej wiele możliwości włączania się w procesy urbanistyczne. I dlatego każdy może składać wnioski i uwagi do miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Jest tylko jeden problem. - Władze Warszawy robią bardzo niewiele, żeby te przewidziane prawem narzędzia rozpropagować wśród ludności. Odwrotnie, zazwyczaj opierają się tylko na tym niezbędnym minimum określonym przepisami. I nic ponadto - dodaje Buczek. A brak informacji to dopiero początek długiej listy zarzutów, które podnoszą mieszkańcy. Żalą się też, że gdy do dyskusji o projekcie jakiegoś planu wreszcie dochodzi, to zwykle o niedogodnej porze (gdy większość ludzi jest jeszcze w pracy), daleko od miejsc, których plan dotyczy (najczęściej w biurach magistratu w Pałacu Kultury). Całości towarzyszy też często nieczytelna dla laików prezentacja wygłaszana w hermetycznym języku, zrozumiałym tylko dla fachowców i urzędników. Rzeczy niby drobne, ale na pewno niezachęcające do udziału w dyskusji o mieście i jego przyszłości określanej planami przestrzennymi.
Tymczasem można przecież inaczej. Dlaczego nie można wprowadzić obligatoryjnego przepisu o informowaniu mieszkańców listownie o ważnych konsultacjach? W końcu, gdy wiosną Hanna Gronkiewicz-Waltz się przestraszyła, że kryzys śmieciowy pomoże przeciwnikom wysadzić ją z siodła, ratusz rozesłał do wszystkich warszawskich domów list z przeprosinami pani prezydent. I jakoś się dało. Jolanta Piecuch i czonkowie jej Stowarzyszenia Sąsiedzkie Włochy mieli jeszcze inny pomysł. - Czy nie można do ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym wpisać obowiązku spotkania z mieszkańcami terenu na bardzo wczesnym etapie tworzenia jakiegoś miejskiego projektu? Tak, żeby ludzie mieli szansę czegoś się dowiedzieć. I przygotować argumenty, które pozwolą im na serio uczestniczyć w procesie planistycznym - zastanawia się. Co ciekawe, w takich miastach jak Poznań czy Kraków podobne praktyki już są stosowane. I to bez specjalnych dodatkowych przepisów. - Wiele razy indagowałem władze Warszawy, dlaczego nie mogą robić podobnie. Zazwyczaj zasłaniano się brakiem formalnych podstaw do wydatkowania środków na taki cel. Mówiono mi wprost, że jeśli zaczną wydawać na takie edukowanie obywateli, to regionalna izba obrachunkowa może te wydatki zakwestionować. Ale przecież w Krakowie czy Poznaniu takie działania są prowadzone i tamtejsze regionalne izby obrachunkowe jakoś nie mają nic przeciwko - przekonuje Buczek.
Nawet gdy do dyskusji mieszkańców nad projektem planu wreszcie dochodzi, wcale lepiej nie jest. Może nawet gorzej. - Z racji mojego zawodu uczestniczyłem w bardzo wielu takich spotkaniach. I niestety, moje wrażenia nie są najlepsze - mówi nam Grzegorz Buczek. Przede wszystkim dlatego, że sama dyskusja publiczna jest bardzo słabym narzędziem wpływania obywateli na ustalenia planu dotyczące miasta. - Z dyskusji bezpośrednio nie wynika nic. Zwykle kończą się dosyć rutynowym pouczeniem ze strony władz, że trzeba składać pisemne uwagi. W rezultacie powstaje często ogólne wrażenie, że uwag do projektu planu wnosić nie warto, bo i tak są z reguły odrzucane - ocenia Grzegorz Buczek. Dokładnych statystyk nie ma. Z tą oceną zgadzają się jednak wszyscy nasi rozmówcy. A to już bezpośredni zarzut pod adresem prezydent Warszawy. To na jej biurko trafiają uwagi do planu. Zdaniem zainteresowanych uwagi zwykłych mieszkańców są odrzucane niemal z automatu. Jako niemerytoryczne i partykularne. Jedyną szansą, by ktoś się nad nimi pochylił, jest pilnowanie sprawy i pojawienie się na odpowiednim posiedzeniu Rady Warszawy, która zatwierdza decyzje pani prezydent w sprawie uwag. Wygląda to najczęściej tak: Radni patrzą na dyrektora Biura Architektury i Planowania Przestrzennego. Jeśli on im mówi, żeby zatwierdzić, to zatwierdzają. No chyba że na posiedzeniu pojawi się ktoś gotów tych uwag bronić. Tylko wtedy można cokolwiek zmienić. Choć i na to szanse są niewielkie.
Od decydowania są władze
Dlaczego tak się dzieje? Przecież w warszawskim ratuszu nie pracują ludzie przypadkowi. Jest tam wielu urbanistów i architektów rozumiejących, że miasto powinno się budować dla mieszkańców, a nie ponad ich głowami. Zdaniem naszych rozmówców przyczyn jest kilka. - Mam wrażenie, że w mieście architekci i urbaniści są odsuwani od podejmowania decyzji. Zazwyczaj dowiadujemy się, że decyzję podjął jednoosobowo wiceprezydent. Często wbrew oficjalnemu stanowisku złożonej z fachowców komisji urbanistyczno-architektonicznej - mówi Karol Langie. Nie pomaga również logika działania szybkiego i operacyjnego, według której od lat działają polskie miasta (głównie wydając środki unijne). Nie ma czasu na konsultacje społeczne. Ani nawet na zmiany. I oczywiście twórcy planu (czyli prywatne biura projektowe) takich konsultacji nie lubią. Ewentualne poprawki wymagałyby bowiem od nich dodatkowych nakładów pracy (bez dodatkowych gratyfikacji finansowych). Więc z ich perspektywy takie ucieranie kompromisu to niepotrzebne zawracanie głowy.
Urbanista Grzegorz Buczek uważa jednak, że problem jest jeszcze głębszy. - W Polsce od 20 lat opinia publiczna jest zdecydowanie po stronie inwestorów. Miejskie procedury planistyczne są przedstawiane jako bariery, które należałoby zmniejszyć. Żeby było łatwiej inwestować i budować. I to niestety uderza rykoszetem w obywateli. Bo przecież konsultacje społeczne przedłużają sprawę. A inwestor będzie się potem żalił, że zły urząd znów nie dał mu rozwinąć skrzydeł - mówi Buczek. Zwykle nie pamięta się o tym, że bardziej bolesne mogą być dla niego protesty mieszkańców na placu budowy prowadzonej na podstawie planu, który ignoruje interesy lokalnej wspólnoty.
Wielkim problemem jest również to, że zazwyczaj starcie inwestora ze wspólnotami sąsiedzkimi jest pojedynkiem porównywalnym z meczem piłkarskim Niemiec z San Marino. Z jednej strony mamy zawodowców, z drugiej kompletnych amatorów. Na dodatek w naszej rzeczywistości sędzia gwiżdże pod silniejszego. Trochę z respektu, a trochę ze strachu. - Urzędnicy mówią często tak: procedura planistyczna trwała długo, wydaliśmy deweloperowi decyzję o warunkach zabudowy i on teraz chce, żeby ta decyzja była uwzględniona w planie, chociaż jeszcze nie zdobył pozwolenia na budowę. Więc my musimy to zrobić, bo inaczej nas zaskarży. I będziemy musieli mu płacić - cytuje Buczek.
Czy to się kiedykolwiek zmieni? Samo z siebie pewnie nie. Bo w kraju takim jak Polska, gdzie opinia publiczna ekscytuje się tylko powierzchownymi personaliami, tak trudny do uchwycenia problem jak brak udziału mieszkańców w budowaniu ich własnego miasta jest od lat pomijany. Jeśli jest już opisywany, to tylko poprzez pojedyncze przypadki urzędniczej złej woli lub niekompetencji. Tymczasem ma on charakter strukturalny. I dlatego powinien być również argumentem w dyskusji o przyszłości Warszawy. I o tym, czy są widoki, że rządząca stolicą od siedmiu lat Hanna Gronkiewicz-Waltz go dostrzeże i postara się coś z nim zrobić. Patrząc na dotychczasowy dorobek pani prezydent, takich szans moim zdaniem nie ma.
Starcie inwestora ze wspólnotami sąsiedzkimi jest pojedynkiem porównywalnym z meczem piłkarskim Niemiec z San Marino. Z jednej strony mamy zawodowców, z drugiej kompletnych amatorów. Na dodatek sędzia gwiżdże pod silniejszego. Trochę z respektu, a trochę ze strachu
@RY1@i02/2013/188/i02.2013.188.000000400.804.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/188/i02.2013.188.000000400.805.jpg@RY2@
adam stępień/agencja gazeta
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu