Nikt nam w papiery zaglądał nie będzie
A właśnie, że będzie. Urzędy publiczne muszą sobie wreszcie uświadomić, że nie są prywatną spółką, w której pan X może zarabiać tyle, ile szef, pan Y, mu zaproponuje. I nikogo to nie powinno obchodzić. Urzędnicy państwowi są opłacani z naszych obywatelskich podatków. Dlaczego więc nie zawsze możemy się dowiedzieć, jakie jest wynagrodzenie dyrektorów w ministerstwach? Albo dlaczego długo się czeka na informację o tym, jak przebiegał konkurs na państwowe stanowisko?
Podobno jest lepiej. Podobno obywatel może już uzyskać informację. Podobno ustawa, uchwalona 12 lat temu, działa. Ale dlaczego czeka się na odpowiedź na wszelkie pytania tak długo? Dlaczego wielu informacji nie ma w internecie? Przecież jest taka możliwość.
Społeczeństwo chce wiedzieć, jak działają władze. Mimo oporu urzędów publicznych przed publikowaniem różnych danych. Sprawa jawności życia publicznego, prawa do informacji nie jest jeszcze do końca rozwiązana. Może jednak dla transparentności działania władzy nie potrzeba kolejnych ustaw, tylko pełnego wykorzystania tych, które są. Zgodnie z nimi mamy prawo wiedzieć, dlaczego pan X dostał nagrodę w państwowym urzędzie. I dlaczego pani Y została w takim urzędzie naczelnikiem. Był konkurs i... Obywatel demokratycznego państwa ma prawo do takich informacji. Ale - podobnie jak do wielu innych - często dostępu nie ma.
Kamyczek trzeba też wrzucić do ogródka władz samorządowych. To one np. konsultują sprawę ewentualnego zamknięcia małych szkół, problemów związanych z melioracją, lokalnymi klubami sportowymi, pieczą zastępczą, czyli organizowaniem domów dziecka.
Czy w małych społecznościach lokalnych łatwiej o taką informację? Mieszkańcy bardziej związani są ze środowiskiem, w którym żyją. Częściej wiedzą, co się dzieje. Może mają większą kontrolę nad kuchnią urzędniczą. Komu można zaufać, kto dobrze pracuje dla gminy? Pretensje w sprawie lokalnej drogi albo kosztów komunikacji miejskiej doprowadzają do lokalnych referendów zmierzających do odwołania władz, czy to będzie prezydent wielkiego miasta, czy wójt małej gminy. I wszędzie wchodzi w grę polityka. W aglomeracjach ta wielka, na skalę kraju, a w mniejszych gminach lokalna. Bo tam też ugrupowania, nawet niekoniecznie oficjalnie związane z partiami, walczą o swoje, czyli o poparcie.
Jak śpiewano dawno temu w kabarecie Dudek: "Ni wyżyna, ni nizina, ni krzywizna, ni równina - taka gmina". Czy mała, czy duża, czy nawet wielka, każda mała ojczyzna ma swoją wartość. Jej rozwój zależy głównie od aktywności mieszkańców interesujących się kuchnią władzy, nie od polityków. Taka jest idea samorządności.
@RY1@i02/2013/176/i02.2013.176.08800010a.802.jpg@RY2@
Monika Górecka-Czuryłło zastępca redaktora prowadzącego
Monika Górecka-Czuryłło
zastępca redaktora prowadzącego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu