Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Przypadkowe ofiary systemu

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 12 minut

Świat zmienia się tak szybko, że z pewnością choć raz w życiu każdy z nas będzie mógł się określić jako przypadkowa ofiara. Czasem w imię lepszego jutra, czasem dlatego, że po prostu tak wyszło

Wieś, która zostanie przeniesiona w inne miejsce z powodu budowy zbiornika retencyjnego. Biznes, który przestaje mieć rację bytu, bo nagle zmieniło się prawo. Ludzie, którzy tracą pracę z powodu przeniesienia dróg. W języku angielskim istnieje pojęcie "collateral damage", można je tłumaczyć jako "przypadkowe straty". Często używa się go w militarnym żargonie do określenia ofiar lub strat, które nie zostały wkalkulowane podczas planowaniu operacji. Ale takie zjawisko ma także miejsce w życiu cywilów. W wyniku niestabilnego prawa i szybkich zmian cywilizacyjnych coraz częściej życie przypadkowych osób jest wywracane do góry nogami.

Położona na Śląsku wieś Nieboczowy. Leży na terenie nadającym się na budowę zbiornika mogącego uchronić 2 mln ludzi przed powodzią. Jej mieszkańcy (ziemia wykupywana jest od kilku lat) zostaną wysiedleni. W 2007 r. na zebraniu za odtworzeniem osady na terenie wsi Syrynia opowiedziały się 93 osoby, trzy były przeciw, dwie wstrzymały się od głosu.

Nieboczowy cały czas jest zamieszkana. - W nowym miejscu budowane są dla nas domy za otrzymane rekompensaty. Do 2016 r. powinniśmy się przeprowadzić. Czego będzie żal? Wszystkiego. Ale dzięki nam tylu ludzi może się uratować, jak będzie powódź. Na nowym miejscu sąsiad będzie żył jak dawniej z sąsiadem, nawet ulice będą takie jak dawniej - opowiada nam jedna z kobiet, która we wsi żyje od 37 lat.

- Zbiornik w Raciborzu to fragment projektu ochrony przeciwpowodziowej dorzecza Odry. Będzie to polder napełniany wodą w przypadku ekstremalnego zagrożenia. Dzięki jego budowie wzrośnie bezpieczeństwo Raciborza, Opola i Wrocławia - wyjaśnia Jan Wawrzyniak z Biura Koordynacji Projektu Ochrony Przeciwpowodziowej Dorzecza Odry. - Jak wyglądały rozmowy z mieszkańcami? Na początku były obawy i nieufność, ludzie oczekiwali gwarancji, że wartość ich domów zostanie zrekompensowana i dostaną pomoc w stworzeniu możliwości mieszkania w jednym miejscu. Choć nie było łatwo, na szczęście nie musieliśmy wstrzymywać procesu inwestycyjnego - dodaje.

- Często większą uwagę przykłada się w takich przypadkach do szacowania rekompensat, a zapomina się o kosztach społecznych i psychologicznych. W szczególnej grupie ryzyka są osoby, których zasoby, takie jak: oszczędności, oparcie społeczne, zdrowie, doświadczenie związane z przeprowadzką, są ograniczone. Sa też grupy narażone na wykluczenie z powodu nieuregulowanej sytuacji prawnej związanej z tytułem własności - mówi Igor Pietkiewicz, pracownik naukowy ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Katowicach, który zawodowo zajmuje się psychologią zdrowia społeczności. - Co czują i jak sobie radzą przesiedlani, zależy od tego, jak oceniają swoją sytuację, potencjalne korzyści, a jednocześnie straty. I ekonomiczne, i takie związane z zagrożoną identyfikacją z miejscem, ludźmi. Czasem wysiedleni mogą cierpieć na zaburzenia adaptacyjne, nierzadko pojawiają się stany lękowo-depresyjne - dodaje.

W sytuacji ofiar postępu są także ci, którzy swoje biznesy oparli na tym, że znajdują się blisko ruchliwej drogi. Nikt nie policzył, ile przydrożnych barów czy warsztatów samochodowych w wyniku budowy nowych, bardzo potrzebnych dróg przestało lub przestanie istnieć. Ludzie znaleźli się nagle nie 20 metrów od sznura samochodów, ale np. 700 metrów dalej, bo akurat zjazd z drogi szybkiego ruchu przewidziano gdzieś indziej. I choć w Polsce stwierdzenie, że potrzebujemy lepszej infrastruktury drogowej, jest przez zdecydowaną większość społeczeństwa popierane, zapał dla takich inwestycji gaśnie w momencie, kiedy to my mamy się stać przypadkowymi stratami. Nie ma się co dziwić takiej postawie - trudno oczekiwać, byśmy jako zbiorowość składali się tylko z potomków Prometeusza.

Zmiany, zmiany, zmiany

O ile mieszkańcy wsi Nieboczowy mogą mieć poczucie, że zmiany w ich życiu nie są zupełnie pozbawione sensu, to już trudno, by z podobną wyrozumiałością do nowej sytuacji podchodził Jacek Maciejowski, dyrektor Centrum Edukacji Atut. Duża część działalności tej firmy to prowadzenie zajęć dodatkowych dla dzieci w przedszkolach. Tymczasem w wyniku nowej ustawy przedszkolnej, która właśnie zaczęła obowiązywać, pojawiły się wątpliwości, czy i jak firmy zewnętrzne mogą prowadzić zajęcia w przedszkolach. Chodzi m.in. o naukę języków obcych, rytmikę czy zajęcia garncarstwa. W dużym uproszczeniu: by wyrównać szanse edukacyjne dzieci, wszystkie zajęcia muszą być teraz opłacane z bud- żetu przedszkola. Czyli rodzice nie mogą się do tego dokładać, co oznacza, że rynek z dnia na dzień radykalnie się skurczy. Trudno oczekiwać, by samorządy były w stanie sfinansować takie zajęcia w podobnej skali. Na razie wszystko się jeszcze dociera, tak więc do końca nie wiadomo, jak to będzie działać.

- Jeśli interpretacje prawne potwierdzą całkowity zakaz możliwości prowadzenia takich zajęć przez firmy zewnętrzne, to dla wszystkich przedsiębiorców z branży oświatowej będzie to oznaczać konieczność zwolnień. To dotyczy co najmniej kilkunastu tysięcy ludzi w Polsce - wyjaśnia Maciejowski. - Wydaje się, że Ministerstwo Edukacji nie przewidziało skutków społecznych tych regulacji. Nie dano nam także vacatio legis, czasu, byśmy się mogli przystosować do nowej sytuacji prawnej. Z ustawodawcą jeszcze żaden przedsiębiorca nie wygrał. Na razie nie wiem, jak sobie poradzimy, ale na pewno nie składamy broni - stwierdza.

Zmian przepisów, które jednym ruchem zmieniają rynek, jest więcej. Przed podobnym problemem, czyli nagłym zakazem prowadzenia działalności, mogą stanąć wkrótce firmy, które zajmują się reklamą wielkoformatową. Z internetowej strony Bronisława Komorowskiego możemy się dowiedzieć, że "Kancelaria Prezydenta RP zaprasza wszystkich zainteresowanych do udziału w konsultacjach społecznych projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku ze wzmocnieniem narzędzi ochrony krajobrazu". Czego się z ogłoszenia nie dowiemy, to tego, że niektórzy przedstawiciele branży twierdzą, iż nowe regulacje zupełnie zlikwidują reklamę wielkoformatową. Zostaną tylko billboardy. Dla wielu przedsiębiorstw będzie to oznaczało koniec działalności. Czy mają wpływ na stanowione prawo? Mogą wziąć udział w konsultacjach. Ale branża twierdzi, że wynik konsultacji jest już z góry przesądzony.

I ty dostaniesz odłamkiem

Do takich nagłych przewrotów dochodziło zawsze. Mogły być skutkiem zmian rynkowych albo prawnych. O ile te pierwsze są spontaniczne i wynikają z postępu technologicznego czy zmiany gustów, to robiąc te drugie, powinno się zastanowić nad skutkami - mówi prof. Jacek Kochanowicz z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Warto pamiętać, że przy każdej zmianie ustawy jej częścią jest ocena skutków regulacji. Zazwyczaj jednak projektodawca nie widzi żadnych poważniejszych skutków swojego działania.

- Dziś takie przypadkowe straty są bardziej dostrzegalne. Z drugiej strony jest jednak dużo większe zabezpieczenie ze strony państwa. Kiedyś robotnik tracił pracę i nie miał co jeść. Dziś w krajach wysoko rozwiniętych może liczyć na opiekę ze strony państwa - dodaje historyk gospodarki i podaje przykłady, jak niezamierzone skutki mają czasem zmiany prawa.

Ostatni kryzys, który rozpoczął się w 2008 r. wraz z upadkiem banku Lehman Brothers, był w pewnym sensie skutkiem deregulacji, która rozpoczęła się w USA jeszcze w poprzednim stuleciu. Już w latach 30. XX w. wprowadzono w Stanach podział na banki inwestycyjne (spekulacyjne) i akcyjne (oszczędnościowe). W ramach liberalizacji gospodarczej ten rozdział zanikał, co przyczyniło się do krachu. Czy ktokolwiek przewidział "collateral damage", wprowadzając nowe regulacje prawne? Podobnie zresztą było z ustawą dotyczącą prohibicji. Amerykański ustawodawca się nie spodziewał, że pozwoli to na szeroką wodą wypłynąć takim gangsterom, jak choćby słynny Al Capone.

W ostatnich dziesięcioleciach coraz częściej John Smith czy Jan Kowalski staje przed jeszcze jednym rodzajem zmian, które może nie zaskoczą go z dnia na dzień, ale mogą już z roku na rok. Chodzi o zmiany technologiczne. Po prostu praca, którą wykonywało się jeszcze kilka lat temu, nagle jest nikomu niepotrzebna. Mówiło się już wiele o tym, że zanikają takie zawody, jak np. kaletnik, że zmniejsza się liczba punktów naprawy AGD. Zamykane są lokalne sklepiki. Osobisty dramat? Na pewno. Czy powinno się zakazać uruchamiania dyskontów? Na pewno nie - też tworzą miejsca pracy, a dzięki nim wiele osób może sobie pozwolić na towary, które jeszcze do niedawna były dostępne dla wybranych. Zawody, których żywot szybko się kończy, można wyliczać długo - drukarze offsetowi, którzy przegrywają z drukiem cyfrowym, dziennikarze tradycyjnych gazet, których nakłady od kilku lat spadają, nauczyciele, którzy nagle nie mają kogo uczyć, bo dzieci jest po prostu mniej. A jeszcze gorzej, gdy o tym, że od września nie mają pracy, dowiadują się w ostatnich dniach sierpnia (tak się ostatnio zdarzało).

Świat zmienia się tak szybko, że z pewnością choć raz w życiu każdy z nas będzie mógł się określić jako przypadkowa ofiara. Czasem w imię lepszego jutra, czasem dlatego, że po prostu tak wyszło. Jak sobie radzić z takim problemem? Na pewno w takiej sytuacji pomaga świadomość tego, że nic nie jest nam dane raz na zawsze, że pracę i miejsce zamieszkania można, a czasem jest się zmuszonym zmieniać. Bo choć media wciąż trąbią o przebranżawianiu się i wymaganej coraz większej mobilności, to łatwiej napisać, ale trudniej wykonać. Chyba warto sobie uświadomić dwie rzeczy. Takie zmiany bardzo rzadko są łatwe i przyjemne. Zazwyczaj są trudne i uciążliwe, i dopiero po jakimś czasie często (nie zawsze) się okazuje, że były na lepsze. Drugi wniosek to to, że takich przypadkowych strat nie unikniemy. Nawet jeśli się staramy, to rozwój społeczny odbywa się czyimś kosztem. Warto, byśmy jako społeczeństwo zadbali o to, by był on jak najmniejszy. A jeśli już ktoś znajdzie dostanie odłamkiem zmian, by mógł liczyć na wsparcie państwa, które zazwyczaj te zmiany w jakiś sposób inicjuje. To opłaca się nam wszystkim. Powtórzmy: poza kilkoma procentami najbogatszych członków naszej społeczności każdy z nas na pewnym etapie swojego życia może się stać "collateral damage".

@RY1@i02/2013/173/i02.2013.173.00000140a.802.jpg@RY2@

Marta Błażejowska/Agencja Gazeta

Mieszkańcy wsi Nieboczowy, którzy do 2016 r. muszą opuścić swoje domy

Maciej Miłosz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.