Dziennik Gazeta Prawana logo

Niemcy nie niszczą sąsiadów

2 lipca 2018

Rośnie mit o "złej Północy", a już szczególnie o "złych Niemczech" - naszym sąsiedzie, który kradnie miejsca pracy innym krajom UE, zwłaszcza państwom "biednego Południa". Egzemplifikacją tej tezy są dwa artykuły: "Gdy Południe traci, Niemcy zarabiają" Michała Potockiego (10 lipca 2013 r.) oraz "Polityka niszczenia sąsiada" Rafała Wosia (12-14 lipca 2013 r.), zamieszczone na łamach Dziennika Gazety Prawnej. Jak każdy mit, ten również karmiony jest cząstkowymi, selektywnie dobieranymi informacjami oraz podlewany sosem demagogii.

Zweryfikujmy tezę o "niszczeniu sąsiadów" przez Niemcy na bazie rzetelnej analizy liczbowej, sprawdźmy, jak zmieniała się dynamika oraz struktura geograficzna niemieckiego eksportu od czasu wprowadzenia euro i czy rzeczywiście to kraje "biednego Południa" stały się przedmiotem ataku czołgów i innych niemieckich produktów.

Grzechem śmiertelnym, którym tabuny polityków, ekonomistów i dziennikarzy obciążają Niemcy, są wielkość i dynamika ich eksportu. Główna teza brzmi tak: dzięki euro, które zniwelowało siłę marki, Niemcy zalały swoimi produktami resztę krajów UE, wywołując w ten sposób u nich kryzys poprzez odbieranie im miejsc pracy i przenosząc je do Niemiec. Na dowód tej tezy przytaczane są dwa argumenty: ujemne saldo wymiany zagranicznej wielu państw UE wobec nadwyżki eksportowej Niemiec oraz wysokie bezrobocie w tych krajach wobec niskiego w Niemczech. Prawda, jak pięknie to pasuje? Ale pozornie. Teza ta i jej argumentacja są całkowicie błędne. Autorzy po prostu nie odrobili lekcji analizy bazującej na liczbach.

Niemcy nie stały się potęgą eksportową po wprowadzeniu euro. Były nią już długo wcześniej. Wprowadzenie euro oczywiście nie zaszkodziło niemieckiemu eksportowi, ale czy wpłynęło na wzrost dodatniego salda? Liczby mówią coś zupełnie przeciwnego. W ciągu ostatniej dekady (2003-2012) niemiecki eksport wzrósł o 56 proc. A jak zachował się w tym czasie niemiecki import? Przyrósł o 61 proc.

Saldo wymiany z zagranicą od dziesiątków lat było w Niemczech dodatnie. Ale właśnie w ostatniej dekadzie wyhamowało. Wprawdzie w kwotach bezwzględnych nieco przyrastało (w 2003 r. +124 mld euro, a w 2012 r. +149 mld euro), ale w ujęciu procentowym już spadło (w 2003 r. wynosiło 14 proc. eksportu, a w 2012 r. już tylko 11 proc. eksportu). To są dane o całości eksportu i importu Niemiec. Przyjrzyjmy się, jak wygląda wymiana Niemiec z UE. A wygląda jeszcze lepiej, czyli jeszcze gorzej dla zwolenników tezy o egoizmie Niemiec. Wystarczą trzy proste konstatacje. Po pierwsze - wymiana handlowa Niemiec z krajami UE była przez całą ostatnią dekadę mniej więcej zrównoważona. Po drugie - dodatnie saldo wymiany na korzyść Niemiec spadło z 3,4 proc. w 2003 r. do 1,2 proc. w 2012 r. Po trzecie - jeżeli odnosić wszystko do Niemiec, to właśnie one zdynamizowały wymianę handlową wewnątrz UE, powodując jej wzrost o blisko 40 proc. w ciągu dekady. Faktem jest jednak, że salda wymiany zagranicznej w wielu krajach są ujemne, a bezrobocie jest wysokie.

Kto spowodował ten deficyt w handlu zagranicznym i gdzie uciekły miejsca pracy? Dynamika wzrostu obrotów, a przede wszystkim eksportu Niemiec z państwami trzecimi, była dwa razy wyższa niż z krajami UE. Saldo dodatnie wymiany z resztą świata wzrosło blisko trzykrotnie. Co z tego wynika? To, że Niemcy zrównoważoną (chociaż rosnącą) wymianą z krajami UE i dynamicznie rosnącym dodatnim saldem wymiany z resztą świata tworzą miejsca pracy w pozostałych krajach Unii. Oczywiście nie po równo we wszystkich. Tworzą miejsca pracy również u siebie. Ale nie kosztem pozostałej części UE.

Wspólnota przegrywa wymianę zagraniczną na rzecz Azji i Ameryki Łacińskiej. Import z Azji wzrósł w ciągu dekady o 90 proc. (w tym z Chin o 173 proc., a z Indii o 165 proc.), a import z Ameryki Łacińskiej wzrósł o 119 proc. W tym okresie eksport Niemiec do Unii wzrósł tylko o 56 proc., przy szybciej rosnącym eksporcie pozostałych krajów UE do Niemiec. No i mamy zdefiniowanych "złodziei" miejsc pracy w Grecji, Portugalii, Hiszpanii i innych kulejących gospodarkach UE.

Co więc robić, aby ten proces zatrzymać? Na pewno to, co proponuje niemiecki ekonomista Heiner Flassbeck, były wiceminister finansów. Oskarża on Niemcy o spowodowanie nierównowagi w Unii i deficyt handlowy pozostałych krajów. Wstyd, żeby wiceminister finansów nie znał sald wymiany handlowej własnego kraju. Jako antidotum na długi krajów Południa Flassbeck proponuje podwyżki płac w Niemczech, czyli utratę konkurencyjności przez gospodarkę będącą motorem rozwoju i eksportu kontynentu. Należy postępować odwrotnie, niż radzi były minister. Należy wspierać te działania, które przywrócą konkurencyjność Europy w systemie globalnym, a nie ją osłabią.

Europa, korzystając przez okres powojenny z wielu przewag (technologicznej, kulturowej, organizacyjnej, wydajnościowej), zafundowała sobie życie na bardzo wysokim poziomie w porównaniu z innymi uczestnikami globalnego rynku. Tak naprawdę na ten wysoki poziom zasługiwała tylko część Europy, tzw. Północ. Południe załapało się na wyższą stopę życiową, wchodząc do UE, nabywając prawa przysługujące członkom tego klubu i lekceważąc obowiązki. Przeciwnicy cięć niezasłużonego poziomu życia krajów Południa nabierają wody w usta, kiedy pada pytanie, kto ma zapłacić rachunek za utrzymywanie tej ekonomicznej fikcji. Bo dobrej odpowiedzi na to pytanie po prostu nie ma.

Fałszywi obrońcy krajów Południa, którzy wmawiają wszystkim, że obywatele Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Włoch, a nawet Francji nie mogą pracować tak wydajnie jak obywatele krajów Północy, robią z mieszkańców krajów Południa zbiorowo nieudaczników. Rada dla Południa jest następująca: pozbądźcie się fałszywych przyjaciół i doradców. Przecież miliony emigrantów z Południa pracujących w krajach Północy osiągają porównywalną wydajność. Jednocześnie przesunięcia w systemie globalnym działają na korzyść mieszkańców Południa. Kraje, które teraz zalewają południe Europy tanimi produktami (głównie gospodarki azjatyckie), same odczuwają szybki wzrost kosztów wytwarzania, w tym głównie kosztów osobowych. Nawet USA zaczynają odzyskiwać miejsca pracy utracone na rzecz Azji. Dlaczego nie może robić tego Europa Południowa, której właśnie sprzyja proces redukcji kosztów wytwarzania? Trzeba tylko go wspomagać, a nie zatrzymywać.

Trzeba stwierdzić, że procesy gospodarcze zachodzące w Unii Europejskiej w ostatniej dekadzie są dla Polski korzystne. Wzrost PKB w latach 2003-2012 wyniósł 44 proc., a wzrost eksportu - o blisko 250 proc. Te wyniki lokują nas w czołówce liderów wzrostu na kontynencie. Ten sukces nie byłby osiągnięty bez współpracy z motorem eksportu europejskiego - Niemcami, z którymi mamy ponad 25 proc. wymiany handlowej. Polska nie jest zresztą wyjątkiem. Podobnie korzystają na współpracy z gospodarką niemiecką inne kraje z Europy Wschodniej.

Jeżeli już koniecznie szukać winnych utraty miejsc pracy przez kraje Południa, to należy wskazać Polskę oraz inne kraje naszego regionu. Po prostu Południe nie wytrzymuje gospodarczej konkurencji ze Wschodem. Można nawet już mówić o kształtowaniu się wręcz bloku północno-wschodniego w Unii Europejskiej (artykuł w DGP z 29 kwietnia 2013 r.), który może stać się alternatywą dla dawnego podziału zjednoczonej Europy na bogaty Zachód oraz biedny Wschód. gorski1603@gmail.com

Jeżeli szukać winnych utraty miejsc pracy przez kraje Południa, należy wskazać Polskę i inne kraje regionu. Południe nie wytrzymuje konkurencji ze Wschodem

@RY1@i02/2013/149/i02.2013.149.00000190a.803.jpg@RY2@

Jan Górski politolog, doktorant London Metropolitan University

Jan Górski

politolog, doktorant London Metropolitan University

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.