Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Dziurawy system kontrolowania żywności

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Zataczająca coraz szersze kręgi afera końska pokazała, że unijny system ostrzegania o niebezpiecznej żywności jest nieszczelny. Skutecznie działa tylko wtedy, gdy wszystkie ogniwa w łańcuchu produkcji i dystrybucji artykułów spożywczych postępują uczciwie. Tak jak polski producent wafelków, który sam wykrył trutkę na szczury w kupionym przez siebie mleku i natychmiast powiadomił o tym sanepid, a ten z kolei RASFF (Rapid Alert System for Food and Feed, czyli unijny system ostrzegania o niebezpiecznej żywności). Kiedy już sygnał trafi do systemu, ten działa błyskawicznie. Artykuły mogące zawierać niebezpieczny składnik wycofywane są natychmiast ze wszystkich krajów Wspólnoty. Przypomnijmy jednak, że służby niemieckie o niebezpiecznym zatruciu szczepem bakterii Escherichia coli w ubiegłym roku powiadomili system dopiero wtedy, gdy było już 214 potwierdzonych przypadków zatrucia, w tym trzy śmiertelne.

Żeby system bezpieczeństwa mógł zadziałać, ktoś go musi zaalarmować. Nie wystarczy sieć doskonale wyposażonych laboratoriów, zdolnych wykryć każde niebezpieczeństwo. Trzeba jeszcze spełnić dwa warunki. Po pierwsze, zdrowie konsumentów musi być wartością nadrzędną. Po drugie, producentów z własnego kraju trzeba traktować tak samo jak innych. Wszystkie afery, które w ostatnich latach wybuchły w Unii, dowodzą, że oba te warunki nie są spełnione. Dla RASFF najważniejsze okazują się pieniądze, zwłaszcza rodzimych producentów. Dlatego do systemu najszybciej i najchętniej trafiają przypadki wykryte w żywności z innego kraju.

Wykrywanie niebezpiecznych składników w artykułach spożywczych staje się formą walki konkurencyjnej między poszczególnymi członkami Unii, dobrym sposobem na zdezawuowanie konkurentów, nadmiernie rozpychających się na wspólnym rynku. To dlatego media irlandzkie, angielskie, niemieckie, czeskie czy słowackie jednogłośnie zagrzmiały, że konina udająca wołowinę na pewno pochodzi z Polski. Tymczasem dowodów na to ciągle brakuje, choć wiadomo już na pewno, że w naszym kraju proceder koni udających krowy także kwitł. Wiemy, że i my zjedliśmy wyroby wołowe z domieszką koniny, ale pytanie, skąd ona się w nich wzięła, ciągle pozostaje bez odpowiedzi.

Proceder kwitł na bardzo wielką skalę w całej Europie, być może od dawna. Jak było to możliwe? Koniny nie znaleziono w wołowinie, bo nikt jej tam nie szukał! W świetnie wyposażonych unijnych laboratoriach badających żywność nikt do tej pory nie sprawdzał DNA. A tylko w ten sposób w zmielonym mięsie można odróżnić jeden rodzaj surowca od drugiego. Dopiero po wybuchu afery Komisja Europejska każe w ten sposób badać próbki. Możemy się więc spodziewać następnych afer, na przykład kurczaków udających cielęta. Czyli zastępowania surowca droższego tańszym. W jednym i w drugim przypadku fałszerstwo nie odbija się negatywnie na zdrowiu konsumentów, tylko na ich kieszeni. Płacą bowiem za droższy gatunek mięsa, a dostają tańszy. Im bardziej przetworzony jest surowiec (a więc w klopsikach, hamburgerach itp.), tym fałszerstwo trudniejsze do wykrycia. RASFF na tego typu przekręty okazał się nieprzygotowany. Nie przewidział ich.

Teoretycznie cały system ostrzegania o niebezpiecznej żywności został tak skonstruowany, żeby błyskawicznie można było prześledzić całą drogę od obory czy chlewu na stół konsumenta. To dlatego każda unijna krowa i koń mają paszporty, w których notuje się nawet to, czym były leczone. Po kodzie kreskowym powinno się łatwo dotrzeć do miejsca, w którym powstało zagrożenie. Dlaczego więc, choć afera końska trwa już od kilku tygodni, ciągle nie wiemy, skąd pochodzi trefna konina? Bo założenie, że wszystkie ogniwa produkcji żywności postępują uczciwie, okazało się nieprawdziwe. W masowym przekręcie udział wzięły firmy, najprawdopodobniej hurtownie mięsa i pośrednicy handlowi, którzy uczciwi nie byli. Mało tego, Europolowi tak trudno dotrzeć po nitce do kłębka, ponieważ te nitki się rwą. W łańcuchu byli bowiem pośrednicy - słupy. Już ich nie ma, zniknęli. Nie wiadomo więc, od kogo tę koninę kupili. Nawet jeśli częściowo od dostawców z naszego kraju, czego wykluczyć nie można, to nie ci dostawcy na tym zarobili. Wystarczy prześledzić dane, po ile firmy polskie sprzedają koninę. Rozpychają się na unijnym rynku głównie dlatego, że są konkurencyjne cenowo. Być może nieświadomie stworzyły okazję do przekrętu, ale nie one mają do niego prawa autorskie.

Mimo to wielu unijnych producentów żywności, którym doskwiera na rynku polska konkurencja, chętnie przy tej okazji chciałoby się jej pozbyć.

@RY1@i02/2013/047/i02.2013.047.00000050b.802.jpg@RY2@

Joanna Solska publicystka ekonomiczna, tygodnik "Polityka"

Joanna Solska

publicystka ekonomiczna, tygodnik "Polityka"

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.