Prokurator szuka niewinności
Nie ma nic gorszego niż sytuacja, gdy obywatel dochodzi swoich praw, i to skutecznie. Każdy przedstawiciel władzy musi się przed takimi roszczeniowymi postawami bronić. Weźmy subsydiarne akty oskarżenia. Piętnaście lat temu ustawodawca w chwili słabości przyznał ofiarom przestępstw prawo handryczenia się w sądzie ze sprawcą, nawet jeśli prokurator uznał, że nie ma to sensu. Pokrzywdzony dostał narzędzie, dzięki któremu może doprowadzić do skazania również w sprawach, w których oskarżycielowi publicznemu nie chciało się kiwnąć palcem.
Pół biedy, jak taki pieniacz w sądzie sromotnie przegra. Bieda pełna jest, gdy wygra i doprowadzi sprawcę za kratki. W prokuraturze zapali się czerwone światełko: czyżby obywatel wiedział coś, o czym nie wiedział prokurator? I zaczyna się korowód: kto nie wniósł aktu oskarżenia w sprawie, w której sprawca był winien, dlaczego tego nie zrobił i co mu za to grozi. Same nieprzyjemności.
Postawieni pod ścianą prokuratorzy nie mogą biernie czekać, aż ktoś im wytknie nieudolność. Potrafią się bronić i zapewne będą to robić. Najprostsza metoda: nie dopuścić do skazania. Przyłączyć się do postępowania tylko po to, by wskazywać dowody niewinności oskarżonego. Broniąc jego, bronią przecież siebie samych.
Niemożliwe? A jednak zupełnie prawdziwe. Tak teraz - zgodnie z wytycznymi Andrzeja Seremeta - mogą działać prokuratorzy. Oczywiście nie będzie automatyzmu - obiecują. Ale przecież zawsze lepiej dmuchać na zimne, niż dać się oblać wrzątkiem, prawda?
@RY1@i02/2013/003/i02.2013.003.00000020a.802.jpg@RY2@
Barbara Kasprzycka, kierownik działu prawo
Barbara Kasprzycka
kierownik działu prawo
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu