Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Wieleż lat czekać trzeba, nim się przedmiot ś wieży ja k fi g a ucukruje

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 27 minut

"- Nie ma wyraźnych reguł.

- Ze sto lat.

- To mało!

- Tysiąc, parę tysięcy."

Ten dialog z Mickiewiczowskich "Dziadów" przypomniał mi się, gdy czytałam doniesienie, że po 15 latach zakończyła się sądowa epopeja filmu Henryka Dederki "Witajcie w życiu" o metodach działania i ideologii korporacji Amway

Przypomnę: dystrybucja filmu została wstrzymana w trybie zabezpieczenia powództwa firmy, która dotknięta filmową wizją i zawartą w niej krytyką, domagała się ochrony swego społecznego imageu. Po kilkunastu latach Amway główny proces przegrał, zabezpieczenie upadło, film można rozpowszechniać, ale po usunięciu zeń fragmentu zawierającego nieprawdziwą informację o faktach, dotyczącą podziału zysków firmy. Reżyser stwierdził, że wycięcie spornego fragmentu nie jest problemem, ale nie krył rozczarowania, że dojście do tego rezultatu zajęło tyle czasu i wysiłku. W międzyczasie Trybunał Konstytucyjny zdążył nieco (K 13/07) przytemperować przepis pozwalający na tę "bezterminową prewencyjną cenzurę w trybie zabezpieczenia". Komentarze prasowe po wyroku zasadniczym były jeszcze bardziej nieprzychylne. Roman Pawłowski w "GW" (19 grudnia 2012) podkreśla, że wyrok niekorzystny dla Amwaya nie otwiera drogi na ekrany (bo film trzeba przemontować), że "mimo że Amway przegrał ostatni proces, to w istocie wygrał całą bitwę o ochronę swego wizerunku. Amerykańska korporacja za pomocą polskich sądów pokazała, że znajduje się poza wszelką krytyką. Zakaz odniósł skutek: ktokolwiek odważyłby się dzisiaj nakręcić podobny, krytyczny film o jej działalności, naraziłby się na takie problemy jak Dederko. Chętnych nie widać", "Jedynym osiągnięciem wczorajszego wyroku jest przyznanie, że Henryk Dederko miał prawo nakręcić film taki, jaki nakręcił: artystyczny, ostry, zderzający autentyczne materiały propagandowe Amwaya ze scenami fikcyjnymi, komentującymi akcję, jak obraz szczurów biegnących po taśmie. Aby tego dowieść, trzeba było aż 15 lat i opinii biegłego filmoznawcy, tak jakby sąd nie miał własnego rozeznania i nie wiedział, na czym polega gwarantowana przez konstytucję wolność słowa i twórczości artystycznej".

Też uważam, że tych 15 lat to trochę długo, ale wcale nie podzielam poglądu R. Pawłowskiego, że "Amway wygrał całą bitwę". Przeciwnie. Sąd w Warszawie późno, bo późno, ale wreszcie przetestował przepisy o ochronie dóbr osobistych i ustalił (oby!) standard rozwiązywania konfliktu (nieuchronnego, występującego zawsze i wszędzie) między wolnością artystyczną a ochroną wizerunku (dobrego imienia) firmy. Sąd powiada: nie wolno przeinaczać faktów (i dlatego istniejące w tym względzie przekłamanie nie może się znaleźć w filmie), wolno krytykować, oceniać, używać wszelkich środków artystycznego wyrazu właściwych dla filmu. I to jest wniosek prawidłowy. Cieszy, że sąd wyraźnie ten standard, obecny w ustalonym orzecznictwie na tle Europejskiej Konwencji o Ochronie Podstawowych Wolności i Praw, w końcu zaakceptował. I dlatego nie podzielam poglądu, że obecnie podobna sprawa by się ciągnęła przez lat 15 i że "ktokolwiek odważyłby się dzisiaj nakręcić podobny, krytyczny film, naraziłby się na takie problemy jak Dederko". Oczywiście nie można wykluczyć, że jakaś inna korporacja czy firma, zwłaszcza stosująca wątpliwe etycznie czy wzbudzajace niepokój metody handlowe, mijająca się z prawdą w publicznych enuncjacjach - nie zechce także spróbować drogi Amwaya. Aby zniechęcić artystów i krytyków, aby zamrozić krytykę i wyciągać profity z wymuszonego milczenia. Sama jako autorka zetknęłam się z sytuacją, gdy usiłowano mi wyperswadować użycie jako negatywnego przykładu o manipulacji dokonanej przez pewien bank. Ponieważ kategorycznie odmówiłam wykreślenia przykładu (pochodzącego z zacytowanych doniesień prasowych) - zrezygnowano z mego udziału jako autora w dziele zbiorowym. Wydawnictwo - jak się okazało - korzystało z finansowego wsparcia banku, który podawałam jako przykład. Takie historie zdarzały się i zdarzać będą. Problem w tym, że sądy już (!) mają narzędzie, aby móc konflikt chronionych wartości rozwiązać w zgodzie z praktyką demokratycznych państw prawa. Trwało, bo trwało. Ale doczekaliśmy się stwierdzenia sądu, że "reżyser jest do krytyki uprawniony, miał prawo pokazać nowe, niepokojące, zjawisko społeczne, ma też prawo do prowokacji, by dotrzeć do prawdy". Że "środki artystyczne zostały zastosowane prawidłowo, że film broni prawa do wolności wypowiedzi, do swobody twórczej". Że "w interesie nas wszystkich było ujawnienie niebezpieczeństw i manipulacji, jakie dostrzegł Dederko" (cytaty za B. Wróblewskim, "GW" z tego samego dnia).

Testowanie przepisów, zwłaszcza w polskich warunkach - to odrębny problem. Nasze sądy charakteryzuje zamiłowanie do ograniczania się jedynie do wykładni językowej, do odrzucania (nawet gdy strony o to wnioskują) potrzeby równoczesnego dokonania interpretacji spornych przepisów wykładnią systemową, z użyciem argumentów z ratio legis - i późniejszego porównania wyników, aby wybrać ten efekt interpretacji, który najbardziej udatnie (bo proporcjonalnie) godzi interesy pozostające w konflikcie, zapewniając poszanowanie hierarchii wartości wyrażonej w konstytucji i w Konwencji o podstawowych wolnościach i prawach człowieka. Przy takim nastawieniu sądy chcą traktować przepisy jak tablicę logarytmiczną, dającą gotową odpowiedź na pytanie poprzez proste przyłożenie liniału w poziomie i pionie: na przecięciu ma znaleźć się wynik. Tymczasem poszukiwanie normy proporcjonalnie wyważającej wagę naruszonych dóbr jest zajęciem żmudnym, twórczym, wymagającym wiedzy nie tylko z zakresu prawa cywilnego czy karnego, ale także konstytucyjnego, znajomości dogmatyki praw człowieka, wiedzy o prawie unijnym. Wykładnia, interpretacja dokonywana w taki sposób nie jest - niestety - ani dostatecznie zakorzeniona, ani doceniana.

Ba, czasem wręcz kwestionuje się samą jej potrzebę. Ostatecznie sądy mogą wydawać orzeczenia "słabe", nietrafiające do przekonania, bo kiepsko argumentowane, z nieproporcjonalnym wyważeniem interesów - a przecież ciągle mieszczące się jeszcze w kanonie "zastosowania konkretnego przepisu". Bo orzekając w imieniu Rzeczypospolitej, sądy zawsze pozostają "trzecią władzą, a ich rozstrzygnięcia mają walor argumentu siły, choć oczywiście byłyby lepiej, aby przemawiały także siłą argumentu.

"Testowanie przepisów" to nic innego, jak poszukiwanie przez same sądy drogi do wzbogacenia własnego warsztatu interpretacyjnego i nauczenia się radzenia sobie w akceptowalny prawniczo i aksjologicznie sposób z nowymi zjawiskami i konfliktami. Testowanie musi trwać, bo to nic innego, jak nauka eksperymentalna. Tylko czy aż 15 lat, gdy standard rozwiązywania konfliktów na linii dobra osobiste - krytyka (lub wolność artystyczna) w Europie jest już ustalony od dawna. Od dawna też wiadomo, że interes egoistyczny, za którym kryje się bynajmniej niepiękna aksjologia, chętnie do celów potyczek prawniczych używa legal harassement. Sądy powinny jednak umieć nie dać się na to nabrać. Dlatego muszą ćwiczyć, testować. Dotyczy to nie tylko sądów powszechnych, ale i np. Trybunału Konstytucyjnego, który z tego rodzaju zadaniem bywa konfrontowany na co dzień. Taki testing wymaga dopływu spraw interesujących z punktu widzenia konstytucyjnych możliwości interpretacyjnych, kryjących się za kontrolowanymi przepisami. Bynajmniej nie wszyscy uprawnieni do inicjowania kontroli trybunału ten właśnie aspekt mają na względzie. Może tak jest w wypadku Prokuratora Generalnego, może Rzecznika Praw Obywatelskich. Tyle że jeśli trybunał zrekonstruuje otrzymany wniosek, to może się zdarzyć, że będzie sprawdzał konstytucyjność tylko przez ocenę z częścią wzorców konstytucyjnych (tych, gdzie efekt kontroli przemawia za konstytucyjnością - np. wyrok K 4/10 z 16 października 2012 r.) i wtedy nici z zamierzonego przez wnioskodawcę testingu. Albo w tym punkcie sprawę się umorzy, nie przeprowadzając merytorycznej oceny (np. dlatego że TK uzna, że RPO nie powinien wskazywać innych aspektów możliwej kontroli, niż to wynika ze sprawy, do której przystąpił - tak w sprawie SK 18/10 z 11 października 2012 r.). W tych wypadkach dokonanie kontroli konstytucyjności daje wprawdzie rozstrzygnięcie wniesionej sprawy, ale nie przesądza o konstytucyjności przepisów zaskarżonych, lecz nie sprawdzonych z uwagi na zakresy umorzenia lub dokonaną rekonstrukcję wniosku.

Testowanie jest czymś innym niż tylko "rozpatrzeniem sprawy" czy "zastosowaniem przepisu". To zaangażowanie się w hard case i próba rozwiązania trudności czy rozwiania wątpliwości.

To oczywiście wymaga wiedzy. I tu historyjka. Dla grupy sędziów zorganizowano kurs praw człowieka i orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Jedno ze szkoleń było poświęcone orzecznictwu Strasburga w kwestiach LGBT (elegancki skrót odnoszący się do kwestii homoseksualizmu, transpłciowości i w ogóle innych u nas w pewnym sensie "niewymownych"). Istnienie takiego orzecznictwa jest faktem, wynika z niego wiele różnych problemów, często ciekawych konstrukcyjnie. Oczywiście jak każde orzecznictwo bywa ono i trafne, i krytykowane. Tylko że część naszych kursantów dowiedziawszy się o temacie - zaprotestowała i wyszła z sali. Nikt ich nie zatrzymywał. Gdyby to był mój wykład, o jakimkolwiek delikatnym temacie, to powiedziałabym tak: "Jesteście sędziami i wasze wyroki będą wiążące, niezależnie od tego co i dlaczego w nich orzekniecie. To sprawa waszej wiedzy, sumienia, aksjologii. Ale musicie wiedzieć i robić to świadomie. Proszę więc wrócić na miejsce i wysłuchać wykładu. Choćby po to, by świadomie z niego nieskorzystać". Co także jest testingiem.

W sprawie Amwaya nabieranie wiedzy przez sąd trwało piętnaście lat.

Sąd wreszcie przetestował przepisy o ochronie dóbr osobistych i ustalił (oby!) standard rozwiązywania konfliktu między wolnością artystyczną a ochroną wizerunku firmy

@RY1@i02/2013/001/i02.2013.001.07000060a.804.jpg@RY2@

RADOSŁAW JÓŹWIAK/AGENCJA GAZETA

@RY1@i02/2013/001/i02.2013.001.07000060a.805.jpg@RY2@

Prof. Ewa Łętowska, rzecznik praw obywatelskich w latach 1987-1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999-2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002-2011

Prof. Ewa Łętowska,

 rzecznik praw obywatelskich w latach 1987-1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999-2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002-2011

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.