Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Niewdzięczna sprawa wdzięczności

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Nie da się ukryć, że nadchodzą święta. Choćby człowiek twarz chował w czeluściach kaptura i wzrok odwracał od wystaw zdobnych w choinki, udawał, że nie widzi dywanowego ataku bombek na miasto i sponsorowanych zwisów międzylampianych na Nowym Świecie, to i tak w końcu gdzieś go dopadnie jakiś Mikołaj w centrum handlowym i powie, na przykład, "ho, ho, ho". Albo "Promocja za zestaw garnków, minus pięć procent plus pokrywka gratis". I wtedy człowiek musi przyznać: no dobrze. Rozumiem. Przyjąłem. Będą święta.

Lwia część ludzi oczywiście nie ma z tym większego problemu. Ba, niektórzy nawet świąt wypatrują, czekają, aż sklepy zmienią nerwowe wrzaski Katy Perry na Mariah Carey w żywe oczy kłamiącą, że "All I Want for Christmas Is You" (i  bentleya, i perfumy, pełna lista prezentów jest na biurku). Ja tymczasem przemykam ulicami niczym Szpieg z krainy Deszczowców, chodzę podwórkami, omijam sklepy, odwracam twarz od kalendarzy adwentowych. Bo święta, jakkolwiek by człowiek był na to wszystko odporny, to czas dziwnych emocji: szczęścia, tęsknoty, wkurzenia na rodzinę, współczucia, miłości i przebaczenia. Nadchodzą fale radości, powracają wyparte traumy, łamią się opłatki, dochodzi do przychoinkowych rękoczynów. Trudne są i te ładne emocje, i te brzydkie. Ale najgorsze, najgorsze z tego wszystkiego jest uczucie wdzięczności. To właśnie od wdzięczności uciekam, udaję, że jej nie ma, zażywam na nią tabletki. Nie ma bowiem na tym świecie nic gorszego (oczywiście oprócz głodu, masakry, infekcji kasztanowców itp., itd.) niż wdzięczność.

Nie mam tu na myśli wdzięczności epizodycznej, chwilowej emocji, reakcji na czyjąś grzeczność, przysługę lub podarunek, zwrotu długu za pomocą emocji. Nie chodzi mi o to, co mamy na myśli, gdy mówimy w tramwaju: "Byłabym wdzięczna, gdyby zechciał pan zejść z mojej stopy" albo po rozpakowaniu prezentu: "Tak, jestem ci wdzięczny za ten szlafrok / skarpety / krawat / koronkowe gacie - to takie niespodziewane! Oryginalne! Jakże miło!". Chodzi mi o  wdzięczność w wymiarze ogólnym, wdzięczność jako nastawienie do rzeczywistości, jako nastrój, który w podstępny sposób nagle zabarwia naszą sytuację - i nagle nie jesteśmy już rozczarowani pracą, zdenerwowani dziećmi, nieprzyjemni dla partnerów, nieusatysfakcjonowani zakupioną rzodkiewką; nagle jawi się przed naszymi oczyma całkiem wysoka jakość tego wszystkiego i zaczynamy patrzeć na to, co nas otacza, okiem przychylnym, akceptującym, kochającym. Jesteśmy właśnie wówczas, moi drodzy, wdzięczni ogólnie. Wdzięczni losowi, siłom wyższym, opatrznościom różnorakim - za to, że nas wyposażyły w wyżej wspomniane dzieci, partnerów, przyjaciół, pracę i przedmioty użytkowe. Gdzie się nie rozejrzymy, tam widzimy wartość. Zdolność do takiej wdzięczności jest cnotą. Wdzięczni są ci ludzie, którzy potrafią dostrzec, jakimi są szczęśliwcami, zamiast narzekać, szukać dziury w całym, potrafią docenić to, co mają. Zamiast rozpaczać z powodu pierdółek, widzą pozytywy swojego życia, patrzą na morze, góry czy na inne takie cuda i cieszą się swoim szczęściem. Często przypadłość taka psychiczna przytrafia się nam w  święta. I ja właśnie do takich wdzięcznych od święta należę.

Dlaczego jednak uciekać? Ba. Wdzięczność może i wygląda dobrze na pierwszy rzut oka, ale ma też ciemną stronę mocy, czarne podbrzusze, wzbudzający lęk rewers. Weźmy na przykład mojego sześcioletniego syna. Nie sprząta po sobie, jak zamiata, to pod kanapę, koszulę ubrał na lewą stronę, ciołek jeden, dwie lewe ręce ma czy co. Człowiek się wkurza przepisowo i pozostaje zdrowy psychicznie, marząc o bardziej skoordynowanym potomstwie. Ale niech człowieka tylko wdzięczność ogólna dopadnie w świetle choinkowym i zaczyna się: co tam, że koszula, ważne, że zdrowy. Bo mógłby przecież chory być. Mógłby mieć na przykład następujące choroby (tu umysł służy przygotowaną chyba zawczasu wyczerpującą listą możliwych niedyspozycji, włącznie z dość nieprawdopodobnymi, bo przecież mógł sobie wylać na twarz garniec oleju, ugrzęznąć w bagnie, bawić się bronią - ale skąd u nas w  domu broń? - i się postrzelić). Jakże jestem więc nagle wdzięczna, że jest i że zdrowy, ale ta wdzięczność jest okupiona świadomością tragedii nawiedzających alternatywne wszechświaty w tej właśnie chwili. Żebym mogła być wdzięczna, muszę współczuć ich ofiarom.

Prawdziwa wdzięczność rodzi się z pamięci, że jest się niedobitkiem złej fortuny, przypadkiem ocalałym z jednej z tysiąca zagład, które codziennie szykuje dla nas świat. Prawdziwa wdzięczność jest chwilowym triumfem stoicyzmu nad świadomością kruchości naszego obecnie względnie sensownego żywota. We wdzięczności rozpoznajemy, że rzeczy zwyczajne, które bierzemy za zwykłe składniki otoczenia, są w rzeczywistości zupełnie nieuzasadnionymi podarkami nieprzewidywalnego bóstwa. A kiedy mówią nam, żebyśmy byli wdzięczni za to, co mamy, to mówią tak, bo mają dobre źródła i wiedzą, że moglibyśmy nie mieć nic.

Dlatego, moi drodzy, unikajmy bombek oraz kolęd, bośmy jak te psy Pawłowa wychowane na reklamach o  rodzinie i od razu się wzruszamy. A od wzruszeń prosta droga do wdzięczności. A potem już z górki, rozpoczyna się eksploracja potencjalnych nieszczęść, słabo osłodzona radością z faktu, że się jeszcze nie zdarzyły. Zamiast tego prośmy, za Herbertem, o mało duszy, mało sumienia, lekką głowę i o krok taneczny. I wtedy może jakoś przetrwamy te święta.

@RY1@i02/2014/248/i02.2014.248.00000140a.802.jpg@RY2@

Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Karolina Lewestam

etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.