Nierówność możliwości
Czy możliwa jest do zrealizowania równość możliwości, skoro nierówności są obecnie w Ameryce tak duże? - zastanawia się szefowa Fed Janet Yellen przywoływana przez Andrzeja Krajewskiego w tekście "Wrażliwi milionerzy" (poprzedni numer Magazynu DGP). O co naprawdę nam chodzi, kiedy mówimy o równości możliwości?
Co najmniej od czasu "Demokracji w Ameryce" Alexisa de Tocqueville’a liberałowie rozmaitych odmian - a potem także państwo opiekuńcze i liczni politycy - pełni dobrej woli uznali, że Tocqueville wskazał drogę wyjścia. Że można rozwiązać problem nierówności, zmierzając nie tyle do równości, ile do równości możliwości, jaką opisywał Francuz na przykładzie społeczeństwa amerykańskiego. Innymi słowy, równość możliwości polega na tym, że na starcie wszyscy są w identycznej sytuacji. Nierówność, jaka później nieuchronnie powstanie, będzie wówczas sprawiedliwa, a wobec tego żaden obywatel nie będzie mógł na nią narzekać.
Idea równości możliwości przedostała się do języka polityki i bardzo często słyszymy, jak politycy - zwłaszcza centrowi i coraz częściej lewicowi - używają tego pomysłu dla uspokojenia swoich sumień, a przede wszystkim dla celów propagandowych i wyborczych. Nie tylko politycy, także instytucje społeczeństwa obywatelskiego uzasadniają słusznie przydzielaną pomoc (na przykład kandydatom na studia z biednych rodzin czy ze słabszych gospodarczo regionów) właśnie możliwością doprowadzenia do równego startu. Przed II wojną światową pomagał najczęściej ksiądz lub pan, teraz są wyspecjalizowane organizacje społeczeństwa obywatelskiego, a także stypendia kościelne i samorządowe. Problem zatem nie w działaniach w tym kierunku, lecz w nadziei, że w ten sposób rozwiąże się - chociażby odrobinę - problem nierówności. Nie rozwiąże się i wyjaśniam dlaczego.
Pamięć różnicuje
W drugiej połowie XX wieku, jeszcze zanim neoliberalizm zdominował dyskurs publiczny i narzucił wizję społeczeństwa, najwybitniejszym filozoficznym przedstawicielem idei równości możliwości był John Rawls. Jednak teoria Rawlsa - wedle której tylko ogląd świata z pierwotnej pozycji, przy założeniu istnienia zasłony niewiedzy, czyli taki, jakbyśmy nic nie wiedzieli o sobie i innych, i z tego zdezynfekowanego miejsca oglądali świat - nie mogła doprowadzić, jak chciał jej autor i tysiące jego kontynuatorów i zwolenników, do sprawiedliwości i równości. Nie mogła, ponieważ osiągnięcie punktu, z którego start jest identyczny, jest praktycznie niemożliwe. Czy raczej byłoby możliwe, gdyby nie uwzględniać zewnętrznych okoliczności, które nas określają, takich jak rodzina, środowisko i - nade wszystko - pamięć. Pamięć zawsze różnicuje. Jej działanie bywa rozmaite, ale bez niej nie możemy żyć, a naznaczeni pamięcią, świadomie czy tylko nieświadomie przenoszoną przez pokolenia, jesteśmy nierówni.
Ponadto idea równości możliwości wynika z abstrakcyjnej wizji społeczeństwa. W gruncie rzeczy, gdyby miała w ogóle zastosowanie, dotyczyłaby jedynie jednostek, a w żadnym przypadku wspólnot. Z tego względu idea równych możliwości pozostaje w sprzeczności z demokracją, a zwiększa zagrożenie radykalnym indywidualizmem. W ten sposób przy okazji zostaje zniwelowana uroda świata, w którym ludzie są bardzo odmienni i dążą do odmiennych celów. O kim bowiem myślimy, kiedy mówimy o równości możliwości? Wyobrażamy sobie jednostkę, która z powodu nierówności materialnej, z racji zamieszkania na głębokiej prowincji czy na wsi, której rodzice nie czytają książek i nie przekazują jej tego obyczaju, która chodzi do kiepskiej szkoły i która wreszcie nie ma większych ambicji, by zmienić warunki życia i stać się kimś innym. Wszystko to - w naszej ckliwej wizji świata - wydaje się nam skandaliczne. Cóż jednak proponujemy? Adaptację do rzeczywistości przez awans materialny? Czy też wykreowanie człowieka, który porzuca swój świat, bo w nowym odnajduje prawdziwy sens życia?
Wyścig jednostek
Najczęściej w ogóle nie zastanawiamy się nad konsekwencjami ewentualnie zrealizowanej równości możliwości. Gdyby lepiej to sobie wyobrazić, równe możliwości byłyby tym samym co równy start. Zachęcamy więc ludzi, a nawet proponujemy rozmaite instytucjonalne formy rozwiązania tego problemu, do stanięcia do wyścigu, w którym - jak to w wyścigu - równe jest jedynie to, że start wszystkich zawodników odbywa się równocześnie. Potem umywamy ręce i nie interesuje nas ani trochę, że praktycznie oznacza to nieustającą walkę z innymi. Walkę, w której już nie równość możliwości się liczy, lecz rozmaite inne talenty, wszystkie polegające na jednej z odmian agresji.
Czy jesteśmy przygotowani na to, żeby przez całe życie grać fair i - na przykład - w tym wyścigu nie pomagać naszym dzieciom, bliskim, znajomym? Czy nie będziemy uczyli dzieci prywatnie języków? Czy nie pomożemy im finansowo w czasie studiów czy pisania doktoratu? Czy nie kupimy - jeżeli nas na to stać - mieszkania w większym mieście, a najlepiej w Warszawie? Bo jeżeli tak postąpimy, natychmiast idea równych możliwości legnie w gruzach. Czy działając w biznesie, nie będziemy zawierali porozumień z jednymi, porozumień, których celem głównym lub ubocznym będzie usunięcie konkurencji? Czy to jest stosowanie zasady równych możliwości?
Widzimy zatem, że we wszystkich tych sytuacjach równe możliwości miałyby polegać na równych możliwościach materialnych. Innymi słowy, w momencie startu życiowego wszyscy powinni posiadać odpowiednie bony, które potem będą mogli realizować w rozmaitych okolicznościach - na studia, na mieszkanie, na przyjemności. Bo skoro równe możliwości, to nieuchronnie równy dostęp do przyjemności. Czy politycy i publicyści, którzy mówią o równych możliwościach, naprawdę mają na tyle wyobraźni, by dostrzec wszystkie te konsekwencje swojej krasomówczej szlachetności?
Solidarność to współpraca
Tocqueville miał powody, by podziwiać elementy równości możliwości w ówczesnej (początek lat 30. XIX wieku) Ameryce, gdzie bardzo wiele powstawało od nowa. W Europie było to i jest nierealne, co więcej, postulat równości szans jest szkodliwy. Jest tak, bo gdyby nawet można go było zrealizować, zrodziłoby się społeczeństwo złożone z jednostek pozbawionych jakichkolwiek racji do życia wspólnego, wyjąwszy wspólny interes materialny. Postulat ten oznaczałby przecież tylko w ostatecznym rachunku równy rozdział w zakresie materialnym, co oznaczałoby, że wracamy do mechanicznego pojmowania równości. Jeszcze inaczej mówiąc, równość możliwości nie tylko nie ma nic wspólnego z solidarnością społeczną, ale może stanowić jej zaprzeczenie czy też ją uniemożliwić. Solidarność społeczna bowiem nie polega na równości, ale na współpracy i na tym, że nikt nie zostaje sam. Taka solidarność jest tylko daleką kuzynką równości. Oczywiście zawsze dążenie do równości materialnej jest korzystne, ale solidarność oznacza współczucie w dosłownym sensie. Solidarność nie ma nic wspólnego z równością możliwości, lecz z naszym poziomem wrażliwości na innych ludzi, na ich potrzeby, na ich obecność.
Dodajmy, że nawet sformułowanie bardziej miękkie, czyli idea stopniowego wyrównywania możliwości, nie jest dobre. Pomysł ten, jak wiele idei politycznych i filozoficznych, wynika z lekceważenia rzeczywistej ludzkiej różnorodności. W dobie niebywałego wzrostu różnorodności zupełnie nie wiadomo, jak i według jakich zasad ludzie mieliby równe możliwości, aby robić to, na co tylko mają ochotę. Skąd bowiem mielibyśmy dokładnie wiedzieć, czego chcą? I czy wolność wyboru drogi życiowej miałaby mieć charakter dostatecznego argumentu na rzecz równości możliwości? Nie ma zatem innego wyjścia jak, porzucając poziom ideologii i liberalnych koncepcji zmierzających do zagłuszenia wyrzutów sumienia, poprzestać na pomaganiu tym, którym uda się pomóc, którzy chcą tej pomocy i na nią zapracują.
Więcej szkody niż pożytku
Idea równości możliwości byłaby bowiem nie tylko abstrakcyjna, ale również radykalnie antydemokratyczna na skutek silnego wsparcia udzielanego przez atomistyczny indywidualizm. Można nawet posunąć się dalej, że równość możliwości czy raczej solidarność w zakresie wzajemnego wspierania się pod wszystkimi względami to cecha ideału demokratycznego. Cecha niestety obecnie, z kilku wspomnianych powodów, całkowicie zapomniana. Nie ucieknie się więc w demokracji przed problemem nierówności i braku solidarności, stosując liberalny dogmatyzm współczesnego neoliberalizmu. To oczywiście nie liberałowie są tutaj winni, lecz polityzacja filozofii liberalnej, która prowadzi do prób zapomnienia o tym, że równość to równość, a nie cokolwiek innego. To nie wizja "dobrego życia" ani przedsiębiorczości, ani państwa - nocnego stróża. Dążenia do równości jako elementu demokracji nie da się zastąpić pojęciowymi sztuczkami i manipulacją ideami w istocie pustymi lub - co gorzej - kłamliwymi.
Jest jeszcze jeden czynnik, który prowadzi do dramatycznego problemu nierówności możliwości, ale możliwości rozumianych jako talenty, czyli nierówności, które nie zależą ani od wsparcia z zewnątrz, ani dzięki niemu nie ulegną zniwelowaniu. Czy kiedy mówimy o równości możliwości, uwzględniamy fakt, że ludzie nie tylko są różni, ale niektórzy z nich bardziej, a inni mniej utalentowani? I że nic na to nie można poradzić? Tylko utopijni socjaliści sądzili, że w przyszłym wspaniałym świecie wszyscy będą dysponowali wszystkimi talentami. Wiemy, że tak nie jest i nie będzie. Jeżeli postulujemy równość możliwości, to jak sobie poradzimy z tym aspektem nierówności?
Widzimy więc coraz lepiej, że postulat równości możliwości należy do znanej grupy eleganckich formuł, które nie mają żadnego zastosowania i są pozbawione treści. Inne takie formuły to "dobro wspólne" czy "prawdziwa demokracja". Są powtarzane często z dobrą wiarą, ale bez zrozumienia. W istocie służą jedynie odsunięciu dotkliwych problemów, a nie ich rozwiązaniu. Czasem zaś, na skutek pewnej dozy hipokryzji, bardziej szkodzą, niż pomagają. Jeżeli nie potrafimy przyzwoicie poradzić sobie z nierównością, to nie mówmy, że wprowadzimy zamiast tego równość możliwości i nie udawajmy, że to sprawę rozwiąże.
Najczęściej w ogóle nie zastanawiamy się nad konsekwencjami ewentualnie zrealizowanej równości możliwości. Gdyby lepiej to sobie wyobrazić, równe możliwości byłyby tym samym co równy start. Zachęcamy więc ludzi do stanięcia do wyścigu, w którym - jak to w wyścigu - równe jest jedynie to, że start wszystkich zawodników odbywa się równocześnie. Potem umywamy ręce i nie interesuje nas ani trochę, że praktycznie oznacza to nieustającą walkę z innymi
@RY1@i02/2014/241/i02.2014.241.000001400.802.jpg@RY2@
Marcin Król filozof, historyk idei
Marcin Król
filozof, historyk idei
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu