Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Zew antyproduktów

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Czytałam kiedyś takie opowiadanie science fiction, w którym jakiś pan w jakiejś wiosce na jakiejś planecie, być może w scenerii apokaliptyczno-industrialnej, a być może futurystyczno-wiejskiej (więcej szczegółów nie pamiętam, za wszystkie szczerze żałuję, jeśli ktoś przypadkiem wie, co to za opowiadanie, to niech się ujawni i pisze natychmiast na adres DGP), sprzedawał dzieciom drukowane figurki 3D. Interes szedł fantastycznie, dzieciaki kupowały, aż furczało, zwłaszcza że dostępnych było wiele różnych modeli i każdy chciał uzbierać całą kolekcję. Pewnego dnia jednak rzeczony pan dostał trefny materiał do druku - materiał ten w zasadzie nie różnił się niczym od poprzedniego, poza tym, że dezintegrował się po kilku dniach i przedmiot nagle znikał (puf!). Co rozsądniejsi znajomi wieszczyli mu upadek biznesu, ale on się tym nie przejął i dalej figurki radośnie sprzedawał, bynajmniej nie kryjąc tego defektu przed klientelą. I oto biznes, zamiast upaść, wzniósł się na nieznane wcześniej wyżyny; każdy dzieciak z okolicy nagle chciał uzbierać jak najwięcej figurek, zanim reszta posiadanej kolekcji rozpryśnie się na samotne atomy.

Ot, taka sobie historia, ale psychologicznie prawdopodobna. Gdybym wiedziała, że przedmiot się rozpadnie, nie tyle zrezygnowałabym z kupna, ile kupowałabym w szybszym tempie. Zresztą robimy tak wszyscy - nikt już nie chce ubrań na lata, wszyscy chcą zestawy ubrań na sezon. Fajniej mieć buty, którym odpadnie podeszwa po roku, niż takie, które dała nam w spadku prababcia, a znoszą dopiero nasze wnuki. Boże chroń nas przed telefonem, który działać będzie lat dziesięć - ominęłoby nas wówczas kulturowe doświadczenie stania w kolejkach po nowe iPhony; broń też przed tapetą, której nie porysują dzieci i która się nigdy nie naderwie, trzymając nas na wieki w dekoracyjno-estetycznej niewoli. Aldous Huxley, gdy tworzył "Nowy wspaniały świat", przypilnował, by jego obywatele wyrzucali ubrania w momencie, w którym obluzowała się pierwsza nić - stworzenie literackiego snu o lekkości bytu pustego konsumerysty wymaga założenia o szybkim obrocie produktowym. Nowy wspanialszy świat byłby może światem, w którym torba na zakupy robi od razu za wór na śmieci - poproszę tego misia i tę lalkę, jedną ręką płacę, a drugą wrzucam pluszowych nieszczęśników do worka, który zaraz wyrzucam do specjalnie przygotowanego w tym celu kontenera przy samym wyjściu z galerii handlowej.

Jest bowiem coś w samej procedurze kupna, co da się wyabstrahować od jej treści, czyli od nabywanego produktu - samo ukłucie emocji, kiedy namierzamy cel, lekka adrenalina przy decyzji, poczucie sprawstwa, gdy wsuwamy kartę w terminal. W czasach nadpodaży, gdy trudno się cieszyć czymś, co ma milion klonów, akcent przesuwa się z produktów na te właśnie drobne uniesienia. Podobnej abstrakcji emocji doświadczałam niegdyś, robiąc zdjęcia aparatem na film - ponieważ nie mogłam od razu zobaczyć efektu moich fotoreporterskich starań (film trzeba wyjąć, wywołać itp., itd.), radość z fotografii przestała być radością z udanego zdjęcia, a zaczęła być czystą uciechą z wciskania migawki. Kupowanie jest coraz częściej jak naciskanie migawki bez zakładania kliszy - fajnie, że można to zrobić, a co z tego wyniknie, to już inna sprawa. To oczywiście tzw. problem pierwszego świata - tylko względny dobrobyt może z sukcesem przenieść akcent z produktu na akt kupna (ten, kto naprawdę potrzebuje ciepłego swetra, nie ma najmniejszej ochoty od niego abstrahować). Ale daj człowiekowi ciut więcej, niż potrzebuje, a ten zacznie kupować dezintegrujące się figurynki. Jesteśmy wszyscy jak dzieci w parku: podnosimy jednego kasztana, biegniemy za kolejnym, potem za następnym. A w końcu zdajemy sobie sprawę, że mamy zbyt mocno wypchane kieszenie - więc wyrzucamy kasztany do kosza, ale za drzewem brązowią się już kolejne i też jakoś nie możemy im odpuścić... Pozostaje przekląć ewolucję, która dała nam instynkt zbieracza, a poskąpiła rozsądku.

Kiedy tak myślę o automatyzmie, z jakim kupujemy przedmioty, przypomina mi się projekt, jaki zobaczyłam kiedyś na Kickstarterze. Niejaki Elliot Spelman dał sobie za zadanie wyprodukowanie najbardziej niepotrzebnych, wydumanych produktów - "antyproduktów" - jakie był w stanie wymyśleć. Przedsięwzięcie nazywało się "The RoShamBusiness" i oferowało takie cacka, jak np. kostka wycięta z drzewa, które upadło w lesie tak, że nikt go nie usłyszał, lub nożyce zrobione z papieru i kamienia. "To produkty - głosi strona na Kickstarterze - które sprawią, że kupiec poda w wątpliwość sensowność kupowania czegokolwiek".

To ciekawe, pomyślałam sobie. A potem, zupełnie znienacka, skrajna bezużyteczność tych przedmiotów zaczęła mnie pociągać. Musiałam zatrzasnąć komputer, żeby niczego nie zamówić.

@RY1@i02/2014/236/i02.2014.236.000002500.802.jpg@RY2@

Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Karolina Lewestam

etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.