Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Sprawa gwiazd

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 12 minut

Podczas gdy jedni chuligani z okazji Święta Niepodległości wyrywali płyty chodnikowe na rondzie Waszyngtona, inni niszczyli rowery miejskie, a jeszcze inni rzucali czym popadnie w funkcjonariuszy policji i w Bogu ducha winnych świętujących, nieliczni przechodnie podnosili wzrok znad dymu, pożogi i lasu polskich flag, by przez chwilę popatrzeć w niebo. Tych nie zwiódł ciągnący ulicami tłum; ci nie dali się omamić ogólnym poruszeniem na mostach, skrzyżowaniach i placach Warszawy. Czuli, że prawdziwie ważne rzeczy dzieją się nie tu, na dole, ale wysoko nad nami, w absolutnej kosmicznej ciszy.

Patrzący w niebo mieli rację. Kiedy my wychodziliśmy na ulicę, żeby świętować, chuliganić lub patrzeć z dezaprobatą na świętujących albo na chuliganów, 510 mln km stąd lądownik Philae (z wyglądu skromny robot, o wielkości i urodzie przemysłowej pralki) szykował się do odejścia od swojego statku matki o imieniu Rosetta, by zejść na powierzchnię komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Niecały dzień później, po przygodach z nieudanym wystrzeleniem harpunów zakotwiczających, udało mu się przyczepić do cielska komety. To mały krok dla pralkopodobnego robota na pajęczych nogach, ale wielki krok dla ludzkości. Symbolicznie rzecz biorąc, jest to sprawa nawet większa niż lądowanie na Marsie.

Zanim bowiem nauka zbawiła nas od lęku przed niebem, to właśnie komet baliśmy się najbardziej. Były zwiastunem nieszczęść. Przerywające leniwą przewidywalność obrotów sfer niebieskich komety były w języku bogów ostrzeżeniem, że coś im się tu nie podoba - co prawda nie powiedzą nam, co konkretnie, ale uczciwie ostrzegają, że spotka nas za to kara w postaci głodu, wojny, powodzi lub narodzin dwugłowych zwierząt (brr). Od Gilgamesza po Juliusza Cezara, od starożytnych Chińczyków po wcale nie tak dawną Europę, wszyscy wierzyli, że kometa zapowiada plagi, choroby i śmierć. Zresztą nic dziwnego w tym, że ludzie się bali komet: rusza się toto inaczej niż pozostałe gwiazdy, pojawia się znienacka, leci nie wiadomo gdzie, a na dodatek jeszcze ma ogon.

Dziś wiemy, że kometa wcale dziwnie nie lata, tylko słucha się Newtona - po prostu ma dziwaczną orbitę, która pozwala jej się wypuszczać daleko, poza Układ Słoneczny i w regularnych interwałach powracać, jak mają w zwyczaju grzeczne ciała niebieskie, w pobliże Słońca. Wiemy też, że tak naprawdę nie ma ogona - gdy kometa zbliża się do źródła ciepła, dymi topiący się lód ukryty w skalnych zakamarkach jej ciała.

Zrozumieliśmy za to, że komety niosą w sobie inną tajemnicę: w ich wnętrzu ukryte są cuda z początków Układu Słonecznego; być może to jedna z nich przyniosła Ziemi wodę, a kto wie, może i pierwsze zalążki życia. Tak więc lądowanie na komecie to mocny symbol triumfu nauki nad ciemnotą, ciekawości nad lękiem. Jakby powiedziała Szczepkowska: proszę państwa, 12 listopada 2014 r. na świecie na dobre skończyło się średniowiecze.

Sukces Philae ma też wymiar bardziej historycznie lokalny. Oto 96 lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej, niecałe 70 lat po końcu drugiej i 25 lat po upadku komunizmu zjednoczona Europa abstrahuje od wewnętrznych konfliktów i wspólnie patrzy w niebo. Dokonuje niemożliwego: dopada niewielkiego kawałka oblodzonej skały z wariacką prędkością frunącej przez kosmos po to, by zdobyć nową wiedzę dla ludzkości. Operacja "kometa" trwa już bardzo długo: wymyślono ją w latach 80., zgodę wypracowano w 1993 r., Rosetta i Philae powstały w 2000 r., a oderwały się od Ziemi w 2004 r. Dotarcie do Czuriumow-Gierasimienko zajęło im 10 lat. Takiej misji nie podejmuje się, jeśli nie ma się nadziei na dłuższy okres współpracy i pokoju. Sukces Europejskiej Agencji Kosmicznej musiał trochę przybić NASA, która (między innymi ze względu na prowadzone przez USA liczne akcje militarne) desperacko walczy z cięciami budżetowymi. Wniosek z tego taki, że Europa wspólnotą i pokojem stoi.

Najważniejsze jednak w momentach takich, jak ten - lądowanie na Księżycu, przylot Curiosity na Marsa czy zejście Philae na kometę - jest jeszcze co innego, a mianowicie chwilowa szansa na zmianę perspektywy. Nagle przez jedną krótką chwilę możemy się poczuć nie ludźmi, ale Ludzkością. Zadumać się nad chorobliwie ciekawskim gatunkiem, który nie chce spocząć, dopóki są jeszcze rzeczy, których nie zobaczył i nie wyjaśnił.

Chuligan na placu Waszyngtona z petardą, członek pochodu niepodległościowego z flagą i gardzący tak jednym, jak i drugim wyzwolony hipster mogą sobie wszyscy przypomnieć kapustę z wierszyka Jana Brzechwy i pomyśleć za nią na przykład tak: "Moi drodzy, po co kłótnie, po co wasze swary głupie. Wnet i tak okaże się, że wszyscy jesteśmy nie Polakami, Niemcami, patriotami, lewakami czy prawakami, ale po prostu Ziemianami, bo wylecimy na podbój wszechświata i zobaczymy siebie z oddali jako wspólnotę... Nasze spory i różnice zdań staną się mniejsze, a nasze podobieństwa ważniejsze. Na naszej fladze będzie nasza planeta. Z Niezmierzonego Nieba Ziemia wygląda jak nasz wspólny dom".

Zbyt górnolotne? Gwiazdy zawsze mi tak robią.

@RY1@i02/2014/221/i02.2014.221.000002300.802.jpg@RY2@

Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Karolina Lewestam

etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.