Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Zabierajcie to dziadostwo

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

mitsubishi space star

W ubiegły weekend jeździłem porsche boxsterem GTS, który tak bardzo mi się spodobał, że wyjątkowo już w niedzielę zacząłem układać w głowie scenariusz felietonu o nim. Zastanawiałem się, jak opisać ten wściekle dobry samochód, abyście już po kilku przeczytanych zdaniach byli gotowi wyciąć sobie nerkę i zastawić w lombardzie dzieci, aby tylko móc go kupić. Ale w poniedziałek oddałem boxstera i przesiadłem się do mitsubihi space stara. I zanim wyjechałem nim za szlaban salonu, byłem już pewien, że w pierwszej kolejności napiszę o nim, a z porsche zaczekam jeszcze tydzień. Po prostu może uda mi się zapobiec nieszczęściu polegającemu na tym, w ciągu tych siedmiu dni niektórym z was przyjdzie do głowy kupić japońskiego malucha.

W zasadzie mógłbym napisać krótko: najmniejsze i najtańsze mitsubishi jest najgorszym autem, jakim jeździłem w ciągu ostatnich, powiedzmy, pięciu lat. No, może siedmiu. Albo nawet dziesięciu. Dokładnie nie jestem w stanie tego określić, bo najgorsze auta, jakie prowadziłem w swojej karierze kierowcy, od dawna nie są już produkowane. A space star dopiero co pojawił się na rynku. Spójrzcie tylko na niego i szczerze powiedzcie: czy uwierzylibyście, że coś takiego zostało zaprojektowane w ubiegły poniedziałek? To tak, jakby dać wiarę temu, że Łuk Triumfalny powstał z okazji wygranej Francuzów w mistrzostwach świata w piłce nożnej w 1998 r.

Jeżeli myślicie, że pokraczny wygląd tego auta zwiastuje same złe rzeczy, jeśli chodzi o jego wykonanie i prowadzenie, to pozwólcie, że zacytuję wam fragment z oficjalnego katalogu: "Space Star przewyższa swoją klasę. Łączy to, co wydaje się trudne do pogodzenia (...) i zaskakuje bezkompromisowym podejściem do jakości". Brzmi wspaniale i obiecująco, prawda? Niestety, jestem więcej niż pewien, że ktoś w Polsce najprawdopodobniej źle przetłumaczył te zdania z japońskiego. W rzeczywistości chodziło o to, że: "Space Star plasowany jest w segmencie koszów na zakupy. Trudno pogodzić się z tym, jak fatalnie jeździ (...). Przy jego wykonaniu nie szliśmy na żadne kompromisy: po prostu zebraliśmy z okolicznych wysypisk wszystko, co mogło się przydać, i skleiliśmy z tego samochód".

Naprawdę trudno opisać, jak nieprzyjazne, twarde i tandetne jest jego wnętrze. Spotykałem już namioty i leśne szałasy, które gwarantowały więcej komfortu i lepszą izolację akustyczną. Drzwi są cienkie jak kartka papieru A4, lewarek zmiany biegów żywcem przeszczepiono z żuka, a jedynym luksusowym akcentem jest skórzana kierownica. Wyobraźcie sobie bosego Etiopczyka w podartym i upaćkanym kozim łajnem podkoszulku, który na rękach ma nowiusieńkie skórzane rękawiczki. Właśnie tak to wygląda...

Mitsubishi chwali się bogatym wyposażeniem: np. możliwością podłączenia telefonu przez USB, a nawet przez Bluetooth. Przykro mi bardzo, ale jeżeli ktoś bierze pod uwagę kupno space stara, to nie ma bladego pojęcia, czym jest USB. Możliwe, że nie wie nawet, czym jest telefon. A gdy słyszy słowo "bluetooth" sprawdza, czy mu skwarek z pierogów nie wszedł między zęby. A nawet jeżeli komuś uda się połączyć swój telefon ze space starem, to i tak nie będzie w stanie prowadzić rozmów jadąc. Żeby słyszeć rozmówcę i żeby rozmówca słyszał jego, będzie musiał się zatrzymać. Ale przecież wtedy Bluetooth nie jest potrzebny. Sami więc widzicie, że Mitsubishi zachowało się jak właściciel zagrzybionego mieszkania, który kusi potencjalnych najemców kablówką. A należałoby zacząć od pomalowania ścian, położenia wykładziny i usunięcia karaluchów z kuchni.

To jeszcze nie koniec złych informacji. Na postoju silnik space stara trzęsie się jak narkoman na odwyku. Fakt, jest dość dynamiczny, jeżeli wkręcicie go na wysokie obroty, ale w tym wypadku nie jest to zaletą. Bo w tym aucie nie ma czegoś takiego jak układ kierowniczy. Kierownicę z kołami połączono za pomocą gumki z majtek, przez co przy wyższych prędkościach wszelkie zakręty trzeba brać ze słowami "Ojcze nasz" na ustach. W mieście jest jeszcze OK, ale gdy na autostradzie rozpędziłem się do 120 km/h, poczułem, że mam mokro w spodniach, a przy przepisowych 140 km/h byłem już upaćkany jak niemowlę.

W tym miejscu możecie powiedzieć, że przesadzam. Że macie w głębokim poważaniu fatalny układ kierowniczy, głośny silnik i tandetę całości, bo przecież nie można oczekiwać cudów od taniego miejskiego auta. Mitsubishi podpisze się pod tymi słowami i użyje argumentu, który przesłało mi ostatnio e-mailem: że w USA space star (tam nazywa się mirage) został wyróżniony przez jakichś szamanów od motoryzacji za doskonałą relację jakości do ceny czy coś takiego. Ale to mniej więcej tak, jakby w konkursie na najładniejszą papeterię za stosunek jakości do ceny wyróżnić szary papier toaletowy.

Poza tym w Stanach nie mają takich aut jak citroen C1, fiat panda, hyundai i20, peugeot 301, kia rio czy skoda fabia. A wszystkie one są nieporównywalnie lepsze od space stara. Pod każdym względem. I niekiedy kosztują mniej niż on. Tak się składa, że zazwyczaj cenę auta sprawdzam dopiero po tym, jak nim pojeżdżę. Gdy dotarłem do cennika Mitsubishi, poczułem się, jakby ktoś dał mi w pysk - podstawowa wersja kosztuje 39 tys. zł, a bogatsza - 44 tys. zł. Gdyby to było 29 900 zł, być może uznałbym ten samochód za całkiem niezły, a już na pewno oferujący "good value for money". A tak jest on egzemplifikacją brzydkiego słowa "wydymać". Cała historia z nim mogła wyglądać tak: do prezesa Mitsubishi przyszedł właściciel fabryki nabiału i powiedział: "Słuchaj, mamy za dużo opakowań po kefirach. Może przerobimy je na samochód i wyślemy do Europy? Napiszemy, że to japońska niezawodna technologia i ci debile na pewno to kupią." Cóż, panowie Kefirosu i Tandetano, obawiam się, że tym razem wam się to nie uda.

@RY1@i02/2014/212/i02.2014.212.00000110a.803.jpg@RY2@

Mitsubishi Space Star

@RY1@i02/2014/212/i02.2014.212.00000110a.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

Łukasz Bąk

szef sekretariatu redakcji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.