Dziennik Gazeta Prawana logo

Przypadek prof. Chazana, czyli czy polskie państwo istnieje tylko teoretycznie?

28 czerwca 2018

Paradoksem jest, że prawo nakłada obowiązek informowania pacjentów o miejscu, w którym można przerwać ciążę, na zdeklarowanych przeciwników aborcji

Sprawa prof. Chazana okupowała czołówki gazet na równi z aferą podsłuchową. Czy obydwie historie w jakikolwiek sposób się wiążą? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie. Co może łączyć spór światopoglądowy, dotyczący kwestii sumienia i wyznawanych wartości, z bieżącą walką polityczną, w której jedna opcja zarzuca drugiej, że państwo nie funkcjonuje w należyty sposób?

Związek taki jednak jest. Ostateczne rozstrzygnięcie sprawy prof. Chazana (nie jest nim z pewnością sama dymisja profesora z zajmowanego stanowiska) pozwoli nam udzielić odpowiedzi na pytanie nasuwające się po wysłuchaniu osławionych taśm, mianowicie - czy państwo polskie istnieje tylko teoretycznie?

Kośćcem każdego nowoczesnego państwa jest system prawny. Na prawie opierają się instytucje państwowe, zobowiązane do działania w jego granicach. Przepisy powszechnie obowiązujące wiążą każdego z obywateli niezależnie od wyznawanych wartości, światopoglądu czy religii. Nawet ideowy anarchista musi uznać istnienie norm prawnych regulujących jego życie w danym państwie, gdyż przeciwstawianie się tym regułom lub co gorsza ich łamanie narazi go na zastosowanie wobec niego środków przymusu, na które tylko państwo ma zresztą monopol.

Z tym samym muszą liczyć się monarchiści, komuniści i inni obywatele, którzy ideowo odrzucają ustrój demokratyczny. Mogą głosić swoje poglądy, gdyż demokratyczne państwa prawne (a takim zgodnie z konstytucją jest Polska) dają im taką swobodę - byleby przestrzegali prawa i nie przekraczali jego granic.

Państwo polskie oparte jest zatem na zbiorze zasad i wartości. Konstytucja łączy cechy deklaracji aksjologicznej i dokumentu prawnego, co niesie ważkie konsekwencje w sytuacji, gdy grupy obywateli wchodzą w ostry spór światopoglądowy.

Rozważania dotyczącego tego, kiedy zaczyna się ludzkie życie i jak rozumieć przyrodzoną godność człowieka, nie są polską specjalnością. Są echem tego rodzaju konfliktów na Zachodzie. Niemniej jednak ta walka na tle ideologicznym, dotyka nas w sposób istotny.

W czasie wojny, tym bardziej w czasie wojny wyznaniowej, pierwszą ofiarą staje się prawda. W sytuacji gdy obywatele są podzieleni w odniesieniu do najbardziej podstawowych kwestii, państwo może zrobić tylko jedno - skrupulatnie przestrzegać aktualnie obowiązującego prawa. A to w pewnych ściśle określonych okolicznościach dopuszcza przerwanie ciąży. Aborcji można dokonać m.in., gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.

Z takim przypadkiem mieliśmy do czynienia. Wiemy, że przepisy dotyczące aborcji są kompromisem, który nie zadowala żadnej ze stron. Dla niektórych usunięcie nawet drastycznie uszkodzonego płodu jest po prostu zabiciem dziecka. Dlatego prawo przewiduje możliwość powołania się przez lekarza na klauzulę sumienia. Może on powstrzymać się od wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z jego sumieniem, z tym że ma obowiązek wskazać realne możliwości uzyskania pomocy u innego lekarza lub w innym podmiocie leczniczym.

Na kanwie kazusu prof. Chazana we wszystkich mediach szafuje się oskarżeniem o rzekome (to może stwierdzić tylko sąd) naruszenie praw ciężarnej kobiety. Moją gorzką refleksją jest, że tak głośno zwraca się uwagę na naruszanie praw pacjenta jedynie w kontekście sporu o aborcję, a rzadziej i zdecydowanie ciszej w sytuacjach braku dostępu do świadczeń zdrowotnych zgodnych z aktualną wiedzą medyczną, które przecież także są ustawowo zagwarantowane.

W tym przypadku jednym z głównych naruszeń praw pacjenta miało być niepoinformowanie kobiety o jednostce, w której będzie mogła uzyskać przysługujące jej świadczenie, czyli w tym przypadku zabieg aborcji. I tu dochodzimy do najciekawszego. Polskie prawo nałożyło obowiązek informowania pacjentów o miejscu, w którym można przerwać ciążę, na przeciwników aborcji. Co więcej, możemy powiedzieć, że nałożyło taki obowiązek na zdeklarowanych przeciwników, którzy swój sprzeciw wywodzą z zasad wyznawanej religii i wiary w Boga, do której odwołuje się Konstytucja RP w swojej preambule.

Powstaje pytanie, czy jest to postawa konsekwentna i rozumna oraz czy nie ma dla niej alternatywy? Zdrowy rozsądek podpowiada, iż skoro państwo akceptuje, pod pewnymi warunkami, przerywanie ciąży, jednocześnie przyzwalając lekarzom na uchylenie się od wykonania tego zabiegu z przyczyn światopoglądowych (sumienia), to na organach państwa, a konkretnie na Narodowym Funduszu Zdrowia, powinien spoczywać obowiązek stworzenia systemu informacji (dodajmy - systemu łatwo dostępnego dla pacjentów) o możliwości poddania się takiej procedurze medycznej.

Jednak nic z tych rzeczy. Co prawda w ustawie o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych znajduje się szczątkowy zapis o tym, iż oddział wojewódzki NFZ "informuje, na żądanie, świadczeniobiorcę o możliwości udzielenia świadczenia opieki zdrowotnej przez świadczeniodawców posiadających umowę o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej i średnim czasie oczekiwania na dane świadczenie opieki zdrowotnej". Ale to byłoby na tyle. Jest to zaledwie jeden przepis, z którego w dodatku nic praktycznie nie wynika.

Dlaczego? Gdyż, jak stwierdził Naczelny Sąd Administracyjny w uzasadnieniu swojego postanowienia z 9 czerwca 2011 r., informacja, której zobowiązany jest udzielać pacjentowi NFZ, "nie kształtuje nowego stosunku prawnego podmiotu ani w sposób bezpośredni, ani też pośredni". NSA stwierdził jeszcze, że sytuacja ta ogranicza się jedynie do wskazania informacji, z czego jednak nie wynikają dla pacjenta "żadne bezpośrednie i konkretne obowiązki lub prawa".

Z własnego doświadczenia wiem, że z tego "dobrodziejstwa" (realnego braku obowiązku informowania pacjentów) NFZ skrzętnie korzysta. Naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, że czy to w przypadku prawa do aborcji, czy w innych równie ważnych, jeśli nie ważniejszych przypadkach dotyczących dostępu do leczenia ratującego zdrowie, a nieraz i życie, państwo polskie prowadzi ze swoimi obywatelami rodzaj gry polegającej na tworzeniu uprawnień pozornych i niemożliwych do realizacji ze względów faktycznych, często też ze względów prawnych, ale przede wszystkim ze względu na niejasne określenie warunków korzystania z uprawnień (swego czasu zauważył to już Trybunał Konstytucyjny).

Nasze państwo tak z nami, pacjentami - wszyscy nimi jesteśmy lub kiedyś będziemy - postępuje z powodu niedoboru środków na powszechną opiekę zdrowotną finansowaną ze środków publicznych, co z kolei wynika z przyczyn ekonomicznych, demograficznych, ale i organizacyjnych (to znowu nie tylko mój osobisty pogląd, to również zdanie polskiego sądu wyrażone w jednym z orzeczeń dotyczących praw pacjenta).

Czy obowiązek informowania pacjenta może być zatem rygorystycznie egzekwowany wobec lekarza, skoro nie jest egzekwowany wobec NFZ? Wątpię. W świetle orzeczenia Naczelnego Sądu Administracyjnego o los prof. Chazana możemy być spokojni. Gorzej z losem pacjentów, dla których państwo polskie rzeczywiście istnieje tylko teoretycznie.

Państwo polskie prowadzi z obywatelami rodzaj gry polegającej na tworzeniu uprawnień niemożliwych do realizacji

@RY1@i02/2014/153/i02.2014.153.07000070c.803.jpg@RY2@

fot. marek matusiak

Bartłomiej Kuchta adwokat specjalizujący się w ochronie praw pacjenta

Bartłomiej Kuchta

adwokat specjalizujący się w ochronie praw pacjenta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.