Nieszczęsne koalicje
Koalicje parlamentarne istnieją od momentu powstania parlamentów, ale ich rola zasadniczo wzrosła po I wojnie światowej, czyli od chwili, kiedy rozpadowi zaczął ulegać XIX-wieczny podział na konserwatystów, liberałów i socjalistów (socjaldemokrację). Inne, czasem intelektualnie interesujące ugrupowania nie odgrywały istotnej roli: ani różni rewolucjoniści i anarchiści, ani monarchiści. Na dodatek okazało się także, że podziały polityczne przestają wyznaczać poglądy na sprawy społeczne i gospodarcze, lecz że podziały te zaczynają kształtować zapatrywania na wizję państwa (narodowego), na światowe koncepcje porządku (bolszewizm i nazizm) czy też wreszcie są uzależnione od ambicji liderów niewielkich i często kapryśnych, ale liczących się w parlamentach ugrupowań.
Nie warto przytaczać przykładów, bo zasada w kontynentalnej Europie (w krajach anglosaskich było zupełnie inaczej) wszędzie była podobna. Większość parlamentarna składała się z 3-5 partii, które w dowolnym momencie mogły z dowolnych powodów zrezygnować z udziału w tej większości i w ten sposób obalić rząd. Tak było we Francji do 1940 r., tak było w Polsce do 1926 r., tak było w Niemczech do 1933 r. i w wielu innych krajach, dopóki nie przyszły rządy autorytarne lub totalitarne. Samo istnienie koalicji rządowych nie było złem, jednak konsekwencje konieczności ich zawierania prowadziły do zdeprawowania polityki.
Podobnie było przez pewien czas po II wojnie światowej - oczywiście w wolnym świecie. I podobnie jest obecnie w wielu krajach europejskich, tyle że nasilenie zmienności koalicji - oraz w związku z tym zmiany rządów - zdarza się z bardzo różną częstotliwością. W Polsce koalicja PO-PSL jest na granicy rekordu długotrwałości. Zastanówmy się, co jest złego w takim systemie oraz jak można by go ulepszyć.
Trzy wady
Zły, po pierwsze, jest fakt, że obywatele nie mają pewności, na jaki rząd głosują. Kiedy w lipcu 1992 r. premierem została Hanna Suchocka, powstał gabinet, w skład którego wchodziła m.in. Unia Demokratyczna, którą popierałem, oraz Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe - przeciwko któremu głosowałem. Zrobiono ze mnie durnia. I tak się dzieje bardzo często, ponieważ przy rządach koalicyjnych powstałych w rezultacie wyborów proporcjonalnych jest to niemal nieuniknione, chyba że jedna partia zyskuje ogromną większość, co się jednak zdarza bardzo rzadko. Jedyna przewaga wyborów większościowych nad proporcjonalnymi polega właśnie na tym, że w przypadku tych pierwszych koalicje znamy przed wyborami, a nie po nich, czyli nikt nas nie oszukuje. Dlatego proporcjonalno-większościowy model francuski z silnym prezydentem wydaje się generalnie najlepszym rozwiązaniem ustrojowym. A zatem koalicje nas oszukują, co było w Polsce widać, kiedy PiS zawarł pakt z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin, choć w czasie kampanii wyborczej zarzekał się, że do tego nie dojdzie. Nie chodzi mi jednak o potępianie PiS, bo przecież lada chwila może dojść do zawarcia umowy rządowej między PO, PSL oraz SLD. I, jeśli do tego dojdzie, też będziemy potraktowani jak osły.
Jednak, po drugie, z powyższych przykładów wynika, że koalicyjny charakter sprawowania rządów nieuchronnie prowadzi do poważnego lekceważenia deklaracji programowych. Negatywna gra programowa ma wręcz dwojaki charakter - partie polityczne nie formułują zbyt wyraziście programów, żeby nie zrazić ewentualnego koalicjanta oraz nie czynią tego, żeby nie zrazić potencjalnych wyborców, bo żelazny elektorat powoli przestaje mieć znaczenie.
Z tego wynika, że politycy unikają składania obietnic przedwyborczych, żeby nie zablokować swoich zdolności koalicyjnych, chyba że tych zdolności już nie mają. Albo też składają dowolne obietnice, czego przykładem jest postawa premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona wobec sprawy jedności europejskiej. Przy okazji to właśnie - z tego punktu widzenia - błogosławiona Unia Europejska uniemożliwia politykom hasanie po sprawach gospodarczych, co daje nam pewną stabilność.
Skoro zaś politycy nie mogą, z racji ewentualnych lub aktualnych koalicji, formułować programów, a muszą się jakoś różnić, to - i to jest trzecie nieszczęście - albo różnią się na zasadzie osobistej agresji lub kompletnego dezawuowania przeciwnika (zwłaszcza rządzącego) bez względu na rzeczywistość, albo sięgają po tematy zastępcze, które traktują nadmiernie poważnie lub uzurpują sobie prawo do wypowiadania się na temat moralności prywatnej obywateli. Widzimy to, w różnym nasileniu, we wszystkich krajach europejskich i - niestety - ostatnio także w Stanach Zjednoczonych. Takie wzbudzanie emocji negatywnych prowadzi nieuchronnie do negatywnego głosowania. Wprawdzie nie wiem, za czym opowiada się partia, na którą zagłosuję, ale jej przeciwnicy budzą we mnie niechęć estetyczną i moralną, więc oddam głos przeciwko nim. Przecież to jest w gruncie rzeczy absurdalne i wielu z nas ma to poczucie absurdu naszych politycznych zachowań.
Sytuacja ta uległa zaostrzeniu od czasów, kiedy już nie ma wielkich sporów o kształt gospodarki, a nawet nie ma sporów o kształt społeczeństwa, choć nikt nie wie, jak poradzić sobie z biedą, nierównością, niesprawiedliwością. Wszyscy chcieliby umieć to zrobić, tylko sposobów (i chęci) brak. Z kwestii poważnie spornych zostaje tylko polityka zagraniczna, ale to też pozór. Naturalnie można być nieco bardziej prounijnym i nieco mniej proamerykańskim lub odwrotnie, ale w sytuacji większości europejskich krajów ten wybór jest pozorny, a w najlepszym razie retoryczny. Czyli można gadać, ale wiele z tego nie wynika, tak jak z lekko antyamerykańskich wypowiedzi i polskiej dyplomacji Radosława Sikorskiego.
Partie nie mają zatem w systemie koalicyjnym w co się bawić i dlatego absolutnie dominujące stają się sprawy personalne. Co można poradzić na wspomniane trzy nieszczęścia systemu koalicyjnego?
Chrońmy jakość demokracji
Jest kilka sposobów - ja niczego w tym zakresie nie wymyślam, tylko przytaczam rozważania prowadzone w całej Europie. Pierwsza grupa - to rozwiązania systemowe czy wręcz ustrojowe. Jedno z nich to naturalnie progi wyborcze, które jednak problemu - jak widzimy - nie rozwiązały, a w niektórych przypadkach nawet uczyniły jeszcze poważniejszym. Inne rozwiązanie - już stosowane w kilku krajach - to "zszycie koalicji", czyli ustalenie, że jej rozpad musi skutkować wyborami parlamentarnymi, a nie poszukiwaniami innego zestawu koalicjantów. Pomysł taki stanowi pewien bicz boży na partie, ale problemu bezprogramowych koalicji nie rozwiązuje. Przy okazji warto wspomnieć o niezbędnym zakazie zmieniania przez posłów przynależności klubowej w trakcie trwania kadencji. Jest to pewnego rodzaju oszustwo wobec wyborców, bo poseł nie jest wolnym człowiekiem, lecz złożył zobowiązanie. Może, co najwyżej, zrezygnować z mandatu.
Stosunkowo nie najgorsza, chociaż niesprawiedliwa, jest zasada, że zwycięzca bierze wszystko, czyli partia, która uzyskała najwięcej głosów, ale nie ponad 50 proc., może rządzić sama. Naturalnie rozwiązanie takie budzi liczne protesty, gdyż jest uważane za niedemokratyczne, ale niedemokratyczne są - z tego punktu widzenia - już progi wyborcze. Poważniejszym argumentem jest skazanie na wieczny niebyt średnich i niewielkich ugrupowań politycznych, które jednak na ogół przekraczają próg wyborczy (w Polsce typowym przykładem jest PSL), a nie miałyby nigdy szansy rządzić. Natomiast osiągnięcie stabilności parlamentarnej to dobra strona tego pomysłu.
Bo tak lepiej politykom
Znacznie poważniejsza jest propozycja reformy ustrojowej polegającej na odejściu od systemu parlamentarnego ku prezydencko-parlamentarnemu. Reformy takiej, z dobrym skutkiem, dokonał Charles de Gaulle w 1969 r. i V republika trwa do dzisiaj z niezłym powodzeniem. Oczywiście, jak w każdym przypadku, także w tym systemie istnieje obawa, że zostanie wybrany nie najlepszy prezydent, co też ostatnio zdarzyło się we Francji. Jednak w rzeczach ludzkich nie ma nigdy pewności i system mieszany wydaje się lepszy od czysto parlamentarnego powstałego w rezultacie stosowania ordynacji proporcjonalnej z progami czy bez.
Wzmocnienie władzy wykonawczej powinno być równoważone wzmocnieniem władzy ustawodawczej. Parlament nie powinien być maszynką do akceptowania projektów rządu, ale jego inicjatywy własne powinny mieć pierwszeństwo, a o kolejności ich rozpatrywania powinna decydować wyłącznie kolejność złożenia. Nikt nie może decydować, który projekt jest rozumny, a który nie, który jest ważny, a który nie. Tego de Gaulle już niestety nie uwzględnił.
I wreszcie praktyczna strona zawiązywania koalicji rządowych (czy opozycyjnych). Mało istotny jest wizerunek polityków, bowiem niewiele może go poprawić i olbrzymia większość obywateli jest przekonana, że dla zwycięstwa każda partia jest gotowa zawrzeć pakt nawet z diabłem. Istotniejsze są długotrwałe konsekwencje systemu koalicyjnego. W istocie sprowadzają się one do trwałego uzależnienia mniejszych koalicjantów od większych, bardzo rzadko bowiem koalicje są zawierane przez równie silne partie. Takie uzależnienie powoduje, że razem z dużymi partiami toną i te mniejsze, co w praktyce oznacza, że koalicyjne uzależnienie jest albo całkowite, albo rząd w każdej chwili może upaść z winy czy woli mniejszego koalicjanta.
Oba rozwiązania mają fatalny wpływ na politykę demokratyczną. Zwróćmy więc na koniec uwagę, że cały czas była mowa o ustrojach demokratycznych i że system koalicyjny w praktyce niszczy demokrację, gdyż na wiele wymienionych sposobów pozbawia nas radości z polityki, a wzmaga naszą nieufność. Trwałość tego systemu pokazuje, jak bardzo polityka jest organizowana tak, by sytuacja było wygodna dla polityków, a nie dla obywateli.
Konieczność zawierania koalicji sprawia, że politycy unikają składania obietnic przedwyborczych, by po wyborach nie zablokować sobie swobody manewru. Skoro nie mogą formułować programów, a muszą się jakoś różnić, to różnią się na zasadzie osobistej agresji kompletnego dezawuowania przeciwnika
@RY1@i02/2014/143/i02.2014.143.000001800.803.jpg@RY2@
Marcin Król filozof, historyk idei
Marcin Król
filozof, historyk idei
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu