Nad-użycie a dobro wspólne
Po czym poznać moją matkę w restauracji w Ikei? Po tym, że na tacę kładzie pełną garść opakowań z solą, chociaż użyje jednego. Z tym że tak naprawdę nie można jej po tym skutecznie poznać, bo wszyscy wokół robią to samo i pobierają sól, cukier i keczup, nawet jeśli kupili sobie tylko sernik. Po czym poznać moją dobrą koleżankę K. w kawiarni? Po tym, że nabiera pełne garście serwetek z dyspensera, chociaż kąciki ust dyskretnie obetrze sobie jedną, a resztę wyrzuci - z tym że to kiepska metoda na zidentyfikowanie jej, bo bywa, że ja robię dokładnie to samo. Po czym poznać mojego męża wśród golących się mężczyzn? Po tym, że odkręca wodę, zanim akcja na dobre się zacznie, i nie zakręca jej, dopóki nie wyjdzie z łazienki. Z tym że oczywiście trudno byłoby go po tym poznać, bo tysiące innych golących się facetów ma identyczną, wodno-rozrzutną procedurę. Wciąż nadużywamy rzeczywistości w jej drobnych przejawach: po co wycierać ręce jednym papierowym ręcznikiem, skoro można pięcioma? Po co zanosić zakupy w jednej plastikowej torbie, skoro fajniej w czterech? A skoro już jesteśmy w Ikei, to chyba możemy wziąć sobie ze dwa fajne i błyszczące katalogi, które potem wyrzucimy, bo przecież po kiego grzyba nam one? Nieważne, ile człowiek potrzebuje, ważne, ile mu się zmieści w dłoni (w torbie, na tacy, w kieszeni). Jest, to bierzemy.
Są oczywiście ludzie, którzy z dostępnych za darmo zasobów typu cukier korzystają, bo mają głęboko realną potrzebę - sytuacja finansowa zmusza ich, by myszkowali po obrzeżach systemu, łatając nieistniejący budżet. Nie o nich tu mowa; niech te garście marginalnych dóbr posłużą im, będąc zarazem wyrzutem sumienia dla państwa i wołaniem o sprawiedliwość społeczną. Ludzie z cukrem w domu jednakowoż często biorą bezmyślnie. A dezynwoltura, z jaką podchodzimy do zużycia oferowanych nam bez ograniczeń zasobów, ma poważne konsekwencje.
Na przykład śmieciowe. Produkujemy dużo ponad 300 kg śmieci na osobę rocznie, co w Polsce ma akurat wymiar dość poważny, zważywszy na to, że tylko niewielka część naszych odpadów podlega przetworzeniu, a większość trafia na wysypiska. Zanim produkty staną się śmieciami, muszą zostać wyprodukowane - każda serwetka papierowa ma swój ślad węglowy i swoje drzewo pochodzenia. Poza tym woda - na świecie prawie miliard osób nie ma dostępu do czystej wody, a mieszkańcy naszych miast raźno zużywają jej ponad 34 metry sześcienne rocznie. Itd., itp., jakby powiedziała Osiecka.
Są oczywiście skuteczniejsze sposoby na zapobieganie tym problemom niż rezygnowanie z bezmyślnie łapczywej konsumpcji, ale zwykle łączą się one z dużo większym poświęceniem i wkładem finansowym. Tymczasem absolutnie każdego stać na to, by na przykład utemperować kompulsywne wyciąganie ręczników papierowych w restauracyjnej łazience. Tak by się przynajmniej zdawało - lecz o ile dość chętnie kajamy się, gdy wytkną nam brak działań poważnych i wielkich (no tak, przecież moglibyśmy teraz właśnie ratować lasy w Amazonii, nasza kulpa), o tyle sugestia korekty działań drobnych i codziennych raczej ludzi denerwuje. Dlaczego? Bo ten jeden ręcznik więcej, jak to się mówi, niczego nie zmieni.
I tu właśnie jest hałda śmieci zanieczyszczająca wody podziemne pogrzebana. Po pierwsze, owszem, zmieni - ręcznik do serwetki i jakoś w końcu zbierze się miarka. A po drugie musimy w końcu przestać myśleć o działaniach kolektywnych prowadzących do pewnych ważnych celów tylko w kategoriach ich efektywności. Czasem trzeba zapomnieć o tym, jaki dokładnie wkład w ochronę środowiska ma nasze zużycie serwetek, a pomyśleć o tym, co owo zużycie mówi o nas jako osobach. Taki manewr udaje się nam wykonać na przykład z głosowaniem: wiemy, że nasz konkretny głos niewiele jest wart, ale czujemy, że sam akt pójścia do wyborów czyni z nas lepszych obywateli, bo pokazuje, że nie są nam obojętne wartości demokratyczne. Podobnie ograniczanie bezsensownej konsumpcji może nie mieć wielkiego wpływu na gospodarkę śmieciową, ale pokazuje, że dobro wspólne nie jest nam obojętne. Pokaż mi, ile zużywasz, a powiem ci, kim jesteś - a przy okazji może faktycznie uda się nam coś osiągnąć.
@RY1@i02/2014/143/i02.2014.143.000000800.802.jpg@RY2@
Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Karolina Lewestam
etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu