Wielki wyścig
To tylko tytuł opowiadania dla dzieci autorstwa Adama Bahdaja. Dotyczy wyścigu ślimaków. Jeden rzetelnie szedł przed siebie, pomału, pomagając po drodze innym. Drugi, też chodząc wolno, skrył się pod liściem i czekał, by - jak w wyścigu ślimaków - dojść jako ostatni do celu. Byłby zwycięzcą. Nie został nim nie tylko dlatego, że oszukał, ale przede wszystkim dlatego, że nie pomagał innym. To takie stare już opowiadanie z morałem. Jednak choć ma już 50 lat, jak ulał pasuje do naszej rzeczywistości samorządowej.
U nas też trwa wielki wyścig. Wyścig o pieniądze, inwestora, zagraniczny kapitał, ale także o zaufanie społeczne, sympatię ludzi, którzy na co dzień borykają się z trudami życia i nie zawsze potrafią się dostosować do pędzącego nowoczesnego świata.
Warto zapytać, kto ma być w tym wyścigu zwycięzcą. I nie chodzi mi oczywiście o specyfikę ślimaczą. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy ważniejsza jest lokalna pomoc mieszkańcom w malutkiej gminie, czy też trzeba intensywnie korzystać z różnych dotacji, funduszy, przywilejów bycia w specjalnej strefie ekonomicznej. Czy nie lepiej iść pomalutku, swoim tempem, aplikując do SSE troszkę później. Może w tym systemie ginie człowiek, któremu nasz literacki, pracowity i chętny do pomocy ślimak patronuje. A może jednak właśnie w tych prężnych samorządach aktywnie starających się o biznes zagraniczny na swoim terenie mieszkaniec zyskuje?
Myślę, że warto te sprawy wypośrodkować. Bo z jednej strony dla wielu gmin, zwłaszcza tych małych, przyciągnięcie inwestora, który stworzy miejsca pracy, to na pewno duży bonus. Jednak z drugiej strony idea przyciągnięcia biznesu i pogoń jedynie za pieniądzem może zgubić potrzeby człowieka, który mieszka w gminie od lat. I może to dotyczyć zwłaszcza większych miast. Bo nie każda inwestycja przekłada się na dobro mieszkańca. Bo to nie samorządy mają ostateczny wpływ na strefy ekonomiczne. A i inwestorzy nie są wieczni. Często negocjując zakup gruntu w gminie w strefie ekonomicznej, już szukają terenu tańszego w innej części Europy czy nawet świata.
Nie jestem przeciwniczką zabiegania samorządów o inwestorów przez obniżki podatków i opłat lub zwolnienia z nich. W wielu miastach i gminach to się sprawdziło. Często za sprawą aktywnych włodarzy. W naszej rzeczywistości stają się oni menedżerami, specjalistami od finansów i gospodarki. Niestety najlepszych może wchłonąć biznesowy rynek pracy. Przy zarobkach samorządowców nie należałoby się dziwić, że coraz mniej osób mających nie tylko wiedzę zawodową, właśnie tę, którą można wykorzystać dla dobra mieszkańców, jak nauczyciel, lekarz, lecz także predyspozycje menedżerskie, będzie się garnęło do pracy w samorządzie. Po co się starać o wybór na burmistrza czy wójta, jeśli często trzeba zrezygnować z pracy zawodowej, do której po kilku kadencjach powrót jest trudny. Nie tylko z powodu braku praktyki, lecz także z powodów politycznych. Niestety samorządy są upartyjnione, a perspektyw na emerytury dla wieloletnich włodarzy na razie nie widać. Pozostają nam więc ideowcy, którzy bez względu na perspektywy i apanaże będą pracować dla swojej gminy. Jak nasz ślimak, który po drodze, pomalutku pomagał napotkanym osobnikom. Pytanie, czy w samorządowym życiu to wystarczy.
@RY1@i02/2014/141/i02.2014.141.088000100.802.jpg@RY2@
Monika Górecka-Czuryłło zastępca redaktora prowadzącego
Monika Górecka-Czuryłło
zastępca redaktora prowadzącego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu