Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Hybrydą w ptaka

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Wśród tych, którzy nie trawią czyjejś przewagi moralnej i mierzi ich, gdy aureola bliźniego znienacka przyćmi ich własną, panuje moda na sposób argumentacji, który można nazwać "nokautem jednego błędu". Żeby było JASNE: nokaut jednego błędu nie jest nokautem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Bardziej przypomina złośliwe kopnięcie przeciwnika w kostkę, ucieczkę z ringu i wrzask: "Ale żem go rozłożył, co nie?!". Ale w świadomości sprawy "nokautu" jest to jednak prawdziwy nokaut; uprawnia on do stroszenia piór, szampana i podkręcenia baterii we własnej aureoli. Na czym polega ta strategia? Ano na dyskredytacji ważnego działania poprzez skierowanie obsesyjnej uwagi na jakiś skryty w nim niewielki błąd, tymczasową niekonsekwencję, naprawialny rezultat.

Częstymi ofiarami nokautu bywają np. wegetarianie. Powody odstawienia mięsa są różne, ale z pewnością duży podzbiór wegetarian decyduje się na obniżenie jakości życia (mniej smaku umami i żelaza, więcej biegania w poszukiwaniu tofu i konfliktów przy rodzinnym stole), by zmniejszyć sumę cierpienia zwierząt. Takie coś może sprawić, że obiadowi towarzysze czują się nieswojo, a ich aureole nagle wydają się im dziwnie przybladłe. Ale mogą się ratować: "Co ty tam masz? Maść na wypryski? Aha! Są w niej składniki odzwierzęce! Proszę, kolega chce być świętszy od papieża, a na pryszcza naciapał sobie tłuszczu z cieląt! Tacy to właśnie są wegetarianie: na pokaz!". Oczywiście więcej zwierząt ginie w zupie niż w maści, od czegoś trzeba zacząć, każdy gest coś tam pomaga, a to, że nie robi się wszystkiego, nie może być argumentem przeciwko robieniu czegokolwiek... Ale towarzysz obiadu już dokonał nokautu i raz na zawsze obnażył naiwność działań przeciwnika - teraz zaciera ręce i poleruje aureolę.

Celem nokautu są też zwolennicy alternatywnych źródeł energii - ci, którzy nie chcą, żeby węgiel psuł nam powietrze. Tacy ludzie uświadamiają, lobbują, sponsorują, budują farmy fotowoltaiczne. Jak się na to patrzy, to trochę głupio człowiekowi, że tak bezmyślnie podłącza się swoim żelazkiem do "brudnego" prądu. Ale głowa do góry, ludu prasujący, bo zwolennicy nokautu jednego błędu już dają świętoszkowatym farmerom światła popalić w internecie. Jak? Ptaki! Ptaki giną, proszę państwa, w okolicach dużych elektrowni słonecznych, takich jak Ivanpah, Genesis czy Desert Sunlight w Kalifornii. Elektrownia tego typu nagrzewa zbiornik wodny systemem luster; wydziela się przy tym tyle ciepła, że przelatujące opodal ptaki mogą paść z gorąca. "Tacyście niby obrońcy środowiska, a niewinne ptaszyny smażycie?" I już sumienie się uspokaja, a o tym, że ptaki przyszłości przeżyją właśnie ze względu na mniejsze emisje do atmosfery, jakoś łatwo zapomnieć.

Samochody elektryczne i hybrydowe też padają ofiarą nokautu. Sama jeżdżę małą hybrydą i wciąż słyszę od życzliwych, że takie ze mnie wsparcie dla środowiska jak z koziego jelita grubego trąba. Dlaczego? Ano dlatego, że produkcja silnika hybrydowego pozostawia po sobie większy ślad węglowy (czyli sumę wszystkich emisji dwutlenku węgla do atmosfery związanych z danym procesem) niż wyplucie z fabryki zwykłego benzynowca. Ha, ha! No i po coś ty se tę hybrydę kupiła, głupia ty? "No, kupiłam, bo niewielka różnica w emisjach na niekorzyść hybrydy przy produkcji niweluje się już po paru miesiącach eksploatacji i potem już szybko rośnie na korzyść hybrydy, a poza tym miasto jest cichsze i..." - mówię cicho, rozcierając kostkę, ale rozmówca już dawno wyleciał z ringu i wrzeszczy do tłumu: "Ale nokaut!". I macha bezołowiową aureolą 95.

Nokaut jednego błędu jest najczęściej idiotyczny z logicznego punktu widzenia, ale to przecież nie o logikę tu chodzi, tylko o psychologię. Po pierwsze, argument usprawiedliwiający naszą apatię wydaje się zawsze mocniejszy niż taki, który nas oskarża (tak, umysł ludzki rządzi się emocjami i w obronie własnej potrafi dokonać każdej ekwilibrystyki). A po drugie, szczerość z samym sobą to ciężka sprawa. Mógłby człowiek mięsożerny przecież uznać, że bezmięsność jest jednak moralnie lepsza, mimo że on nie ma na nią jeszcze siły. W końcu nie każdy musi być święty, prawda? Ale to trudne, tak przyznać się do nawet lekkiego sponiewierania własnej aureoli; dlatego lepiej znaleźć dziurę w nieźle skonstruowanym całym i wrzeszczeć, że król jest nagi, bo mu kawałek tyłka przez tę dziurę widać.

Morał? Prosty. Lepiej by było, gdybyśmy przyznali cesarzowi, co cesarskie, moralnemu, co jego, i zamiast szukać martwych ptaków, pomogli tym świętszym od nas szukać sposobu na ich ratowanie.

@RY1@i02/2014/133/i02.2014.133.000000800.802.jpg@RY2@

Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Karolina Lewestam

 etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.