Gdzie są chłopcy z tamtych lat?
40 lat po mundialu w RFN piłkarze Kazimierza Górskiego znów stanęli obok siebie na murawie. Byli ozdobą żenującego meczu z Litwą, który chwilę później rozegrała kadra Nawałki
Sporo jest zastrzeżeń do nowego PZPN, którym kieruje Zbigniew Boniek. Adwersarze zarzucają Zibiemu przerost public relations nad rzeczywistymi działaniami i realną próbą poprawy stanu polskiej piłki nożnej. Bezsprzecznie jednak po stronie plusów następcy Grzegorza Laty należy zapisać prowadzenie polityki historycznej i przywracanie należytej godności byłym znakomitościom polskiego futbolu.
Boniek przypomina o nich podczas niemal każdego meczu reprezentacji, zaprasza, celebruje. To, co oczywiste we wszystkich federacjach piłkarskich na świecie, u nas było przez lata zaniedbywane. W obecnym stanie polskiej piłki przypominanie historycznych dokonań ma też dodatkowy sens, którego nie sposób przecenić. Młodsi kibice, a przede wszystkim współcześni piłkarze, powinni mieć jakiś punkt odniesienia, zdawać sobie sprawę, że w tym kraju ktoś kiedyś potrafił grać w piłkę na poziomie, który pozwalał bić Anglię czy Brazylię. I być wściekli z powodu "tylko" trzeciego miejsca na mundialu.
Starsi faceci, którzy działają na wyobraźnię
Jestem przekonany, że nie wszyscy spośród kilkudziesięciu tysięcy widzów na stadionie w Gdańsku przed meczem z Litwą kojarzyli dziadków, których poproszono na murawę z okazji 40. rocznicy mundialu w RFN. Ale sama sucha, historyczna informacja, że ci faceci potrafili zająć trzecie miejsce na świecie wystarczająco działała na wyobraźnię. Gorące brawa na stojąco wprowadziły podniosłą atmosferę, wielu starszym zakręciła się w oku łezka. Jakże mocno kontrastowało to z samym meczem naszej obecnej kadry z Litwą. Schodzących na przerwę zawodników Adama Nawałki, którzy przegrywali 0:1 z piłkarskim outsiderem, żegnały przeciągłe gwizdy i buczenie.
Bohaterowie tamtych lat stawili się niemal w komplecie. Ich losy to przynajmniej kilkanaście scenariuszy na ciekawe filmy, nie tylko dokumentalne. O książkach nie wspominając. Właśnie na rynek wchodzą dwie pozycje na temat jednego z dwóch największych polskich piłkarzy w dziejach - Kazimierza Deyny (o to, kto był lepszy - on czy Zbigniew Boniek - od lat toczy się spór). Jedna to wznowienie biografii autorstwa Stefana Szczepłka, druga jest znacznie bardziej krytyczna: "Deyna, czyli obcy" Romana Kołtonia. Deyna był jednym z nielicznych, których w Gdańsku zabrakło. Zginął na autostradzie pod San Diego w 1989 r.
"Podczas powrotu do domu, kierowany przez niego biały dodge colt z 1984 r. z całą siłą uderzył w tył zepsutej, choć prawidłowo zaparkowanej na prawym skrajnym pasie (awaryjnym) ciężarówki Ford F-600, należącej do Meksykanina Manuela Vasqueza. Maksymalna prędkość na tym odcinku drogi wynosiła 55 mil, czyli niecałe 90 km na godzinę. Deyna znacznie to ograniczenie przekroczył, znajdując się jednocześnie pod wpływem alkoholu. Policja nie stwierdziła śladów hamowania, a koroner Charles Kelly napisał w raporcie, że przyczyną śmierci były liczne obrażenia głowy, klatki piersiowej, a w ślad za nimi także obrażenia wewnętrzne. Zidentyfikowano go na podstawie prawa jazdy, które wyjątkowo trzymał w kieszeni dżinsów" - ten smutny fragment z raportu policyjnego kwituje zwykle suche biografie "Białego Pelé", jak mówiono o pomocniku ze Starogardu Gdańskiego.
Na tych pomnikach jest mnóstwo rys i zadrapań
Im dłużej nie ma Deyny wśród nas, tym więcej pojawia się wspomnień, interpretacji, ujawniania nieznanych faktów, budowania jego pomnika lub tworzenia na nim rys. Zadrapań czy nawet pęknięć na tych piłkarskich pomnikach Orłów Kazimierza Górskiego jest zresztą mnóstwo.
W Gdańsku nie było Roberta Gadochy, który zniknął mniej więcej wtedy, gdy okazało się, że podczas mundialu w RFN miał wziąć premię motywacyjną od Argentyńczyków za zwycięstwo nad Włochami. I nie podzielił się z kolegami. Ujawnił to przed laty inny z bohaterów - Grzegorz Lato, do niedawna znienawidzony prezes PZPN. Lato narobił sobie ostatnim zajęciem tylu wrogów, że przyćmił nieco swoje znakomite boiskowe dokonania.
Gwiżdżącym na legendę młodym kibicom, którym Lato kojarzy się tylko jako działacz w starym stylu, warto przypomnieć jego akcję z meczu o trzecie miejsce w Monachium. Obejrzyjcie choćby na YouTube i pokażcie drugiego Polaka, który byłby w stanie uciekać Brazylijczykom przez ponad pół boiska i strzelić gola na wagę zwycięstwa pod brzuchem bramkarza rywali. Po operacji biodra ten stukrotny reprezentant Polski, były trener, prezes i senator, przeszedł na emeryturę. Przez lata prezesury stał się zamożnym obywatelem. Od czasu do czasu bawi się wywiadami, w których wykpiwa swojego następcę. Jan Tomaszewski nie chciał w Gdańsku spotkać się z dawnymi kumplami, bo słusznie czuje się zdradzony. Dwa lata temu miał zostać wykluczony z Klubu Wybitnego Reprezentanta po tym, jak zadeklarował, że wstydzi się drużyny Franciszka Smudy i podczas Euro będzie kibicował Niemcom. Do wydalenia nie doszło, bo "Tomek" uprzedził ruch komisji etyki.
Co ciekawe, wnioskował o tę karę Władysław Żmuda, który wówczas zajmował się takimi sprawami w PZPN. A za czasów Górskiego był najmłodszy i za takimi zawodnikami jak Tomaszewski nosił piłki. Iskrzy od lat także na linii trenerskiej: Jacek Gmoch - Andrzej Strejlau. O to, który z nich miał większy wpływ na decyzje podejmowane przez Górskiego. Obaj emeryci są wziętymi komentatorami i ekspertami we wszystkich telewizjach. Jerzy Gorgoń, który przypomniał się Polakom po latach, zmienił się chyba najmniej pod względem fizycznym. Potężna, nienaganna sylwetka "The Telephone Booth" (budki telefonicznej), jak nazywany był przez Anglików z racji postury i czerwonej koszulki przypominającej wyspiarzom londyńskie, czerwone budki, dumnie prężyła się na PGE Arena. Gorgoń przez lata pracował jako... ochroniarz w supermarkecie w szwajcarskim St Gallen. Dziś jest na emeryturze. Podobnie jak wielu innych zawodników z ery Górskiego pobiera też emeryturę olimpijską.
Słabości weryfikowały ambitne plany
Uzupełniający świetną formację obronną Antoni Szymanowski po zakończeniu kariery trenował zespoły niższych lig, ale ostatnio ma potężne problemy z kolanami i jest na rencie. Adam Musiał na igrzyskach nie grał, dlatego o stabilizację finansową musi zabiegać cały czas. Choć przez lata prowadził zespoły na poziomie ekstraklasy, to życiowe słabości zmusiły go do weryfikacji ambicji. Przez lata był kierownikiem stadionu przy ul. Reymonta.
Dziś właściciel Wisły Bogusław Cupiał zatrudnia go w klubowym ośrodku w Myślenicach. Zastępujący go w jednym meczu ze Szwecją Zbigniew Gut zmarł cztery lata temu we Francji. Jan Domarski, który mocno przyczynił się do tego, że w ogóle na mundial do Niemiec pojechaliśmy (gol dający awans wbity na Wembley Anglikom), staje się medialny zawsze, gdy przychodzi nam grać z synami Albionu. A zdarza się to w ostatnich latach nad wyraz często. Do żyjącego w Rzeszowie byłego zawodnika, trenera i działacza ściągają nawet reporterzy z najbardziej znanych brytyjskich stacji telewizyjnych. Sam Domarski żartuje, że od pamiętnego 13 października 1973 r. ta data jest w jego rodzinie fetowana nie mniej uroczyście niż Boże Narodzenie czy Wielkanoc.
Pozostał szelmowski uśmiech "Diabła"
Andrzej Szarmach całe wieki związany jest z Francją, gdzie wyjechał grać w Auxerre w 1980 r. Akcent ma już bardzo mocno francuski, ale szelmowski uśmiech spod wąsa popularnego "Diabła" pozostał. Jako trener próbował szczęścia w Zagłębiu Lubin, ale się nie sprawdził i nie mógł uwierzyć, że jego drużyna była w stanie sprzedać kilka meczów z rzędu. Po powrocie do Francji zajął się działalnością menedżerską.
Zygmunt Maszczyk, który do RFN jechał jako jedyny aktualny mistrz Polski (był nim z Ruchem Chorzów), już przed stanem wojennym w 1981 r. mieszkał i pracował (w fabryce mebli) w Lüdenscheid, porzuciwszy czynne uprawianie sportu. Przez cztery lata prowadził też miejscową drużynę. Dziś jest na emeryturze.
Bez wątpienia medalistą z 1974 r., który zrobił największą karierę trenerską, jest Henryk Kasperczak. Do dziś jest jedynym polskim szkoleniowcem, który ma jakąś markę za granicą. Wystarczy przytoczyć nazwy klubów, które prowadził: Saint-Étienne, Metz, Strasbourg, Racing Club, Montpellier, Lille, Bastia, Shenyang Sealion, Al-Wasl, Kavala (w Polsce Wisła Kraków i Górnik Zabrze) czy reprezentacje narodowe: Wybrzeża Kości Słoniowej, Tunezji, Maroka, Mali czy Senegalu.
Kadrę Polski powinien prowadzić już kilka razy
W styczniu 68-letni Henry po raz drugi przejął reprezentację Mali, z którą w przyszłym roku ma za zadanie dobrze wypaść podczas Pucharu Narodów Afryki. Kasperczak był kilkukrotnie bardzo bliski przejęcia swojej wymarzonej pracy w roli selekcjonera reprezentacji Polski, ale zawsze jakimś cudem tę robotę dostawał ktoś inny.
W 2009 r., tuż przed nominacją dla Franciszka Smudy, część dziennikarzy podała informację, że to Kasperczak obejmie kadrę po Leo Beenhakkerze. Wiedzieli, że coś w trawie piszczy, bo jego serdeczny druh jeszcze z czasów gry w Stali Mielec, ówczesny prezes PZPN Grzegorz Lato chciał go na tej pozycji. Miał jednak bardzo niskie notowania, przestraszył się opinii publicznej, która optowała za Smudą, i ostatecznie postawił na "Franza". Obiektywnie trzeba też przyznać, że w tamtym momencie Kasperczak miał ewidentny spadek trenerskiej formy. Z Górnikiem Zabrze, na którego ratowanie klub wydał ogromne kwoty, spadł z ekstraklasy.
Jego druga przygoda z Wisłą też okazała się niewypałem. Biorąc jednak pod uwagę tendencje w światowych federacjach, które zatrudniają rutynowanych selekcjonerów, nawet po siedemdziesiątce, można zakładać, że Kasperczak nie powiedział w tym fachu jeszcze ostatniego słowa. Jeśli brać pod uwagę trenerskie CV oraz to, kto przez te lata wygrywał z Kasperczakiem wyścig o kadrę (m.in. Janusz Wójcik, Zbigniew Boniek, Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik), to w swojej długiej karierze ktoś taki jak Kasperczak powinien dostać szansę na tej posadzie nie raz, ale nawet kilka.
Futbol nie zawsze jest jednak sprawiedliwy. Owszem, kilku zawodników pamiętnej drużyny z 1974 r. zrobiło jako takie kariery i żyje dziś więcej niż przyzwoicie. Większość jednak po prostu przyzwoicie, a część przeciętnie. Ich sportowa wartość sprzed lat, to, co osiągali, na jakim grali poziomie, nijak się ma do obecnych czasów. Orły Górskiego generalnie nie utyskują na swój los, żyją godnie, czasem jedynie wspomnieniami.
Nie sposób jednak nie zauważyć, że ich młodzi następcy, którzy do pięt im nie dorastają, nawet nie byli w stanie dostać się na mundial, wyprzedzając w grupie jedynie Mołdawię i San Marino, już teraz w wielu przypadkach mają status milionerów. Owszem, czasy są inne, futbol się zmienił, pieniądze to nie wszystko. Ale jakiś żal bohaterów sprzed lat można z ich twarzy wyczytać.
@RY1@i02/2014/118/i02.2014.118.000002300.802.jpg@RY2@
DPA/PAP
Orły Górskiego podczas mistrzostw świata w Niemczech w 1974 r.
Cezary Kowalski
Polsat Sport
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu