Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Samotność w mieście

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

kac moralny

Jak pisała Jane Jacobs, aktywistka i specjalistka od miast, w metropoliach o wiele częściej spotykamy obcych niż znajomych - i to nie tylko w metrze czy w kinie, lecz także na własnej klatce schodowej. Miała rację. W mieście znane twarze są maleńkimi wysepkami w morzu obcych facjat. Na moim progu nie pojawił się wczoraj żaden sąsiad, za to byli kurier i hydraulik; obu widziałam pierwszy raz w życiu. Znajomych widzi się właściwie tylko w miejscach wcześniej oznaczonych na mapie jako skupiska znajomych (praca, szkoła) albo poprzez żmudny akt planowania, polegający na świadomym ulokowaniu znajomego za obopólną zgodą w konkretnych koordynatach czasowo-przestrzennych. A i wtedy taki znajomy może się nie pojawić, bo mu coś wypadło i jedzie teraz tramwajem w nieznane otoczony grupą nieznajomych, pisząc do nas przepraszającego SMS-a. Najbardziej powszechnym doświadczeniem w mieście jest bycie otoczonym zewsząd obcymi.

Bycie obcym wśród obcych zawsze miało kiepską prasę. Po pierwsze - problemy z głową. Podobno właściwa miastom samotność w tłumie powoduje realne szkody neurologiczne: dwa razy wyższe ryzyko zachorowania na schizofrenię, kilkakrotnie wyższy poziom lęku, zaburzenia nastroju (Andreas Meyer-Lindenberg w badaniach sprzed trzech lat sugeruje, że taki stan rzeczy nie jest zwykłą korelacją, ale właśnie skutkiem przebywania w społecznym środowisku miasta).

Po drugie - anonimowość budzi w nas demona. Wszyscy pamiętamy historię wielkopłytowego osiedla Pruitt-Igoe w amerykańskim Saint Louis złożonego z trzydziestu trzech wysokich bloków przypominających warszawskie osiedle za Żelazną Bramą. Wybudowane dla biedoty w celu jej ucywilizowania, miało dokładnie odwrotny efekt: ponieważ mieszkańcy zuniformizowanych molochów się nie znali i, pozamykani w identycznych pudełkach, nie wytworzyli poczucia wspólnoty, jakoś łatwiej było wybić sąsiadowi szybę. Po kilku latach Pruitt-Igoe było już miejscem, do którego nikt nie chciał zapuścić się w nocy, chyba że w celu nabycia heroiny z bonusowym strzałem w kolano. Zostało więc zburzone.

Po trzecie - sama samotność. Coraz więcej mieszkańców wielkiego miasta Tokio przyłącza się do hikikomori - tych, którzy tak bardzo boją się świata, że decydują się zabarykadować w domu nawet na kilka lat. Nikt nie wie dokładnie, dlaczego hikikomori decydują się na izolację, ale niektórzy twierdzą, że to strach przez obcością. W Polsce jeszcze mało kto się barykaduje w domu, ale przyjaźnie trzymają się na coraz cieńszych niciach, rozpiętych dramatycznie między Piasecznem a Targówkiem, i drżą pod naporem wszędobylskich obcych twarzy. A w Stanach? Myślę, że twórcy sitcomu "Przyjaciele" łatwo sprzedali pomysł stacji NBC, wystarczyło powiedzieć: "Hej, to będzie o sześciu osobach, które mieszkają w Nowym Jorku, są fajne i przez dziesięć lat widują się codziennie". "To niesamowite - musiała odpowiedzieć stacja - mieszkają w Nowym Jorku, znają się dobrze i widują się codziennie przez tyle lat? To bardziej szalone niż reportaż z odkrycia Yeti. Bierzemy!".

Czy jest jakaś rada na zalew obcości w samym środku wielkiego miasta? Coś, co pomoże zwalczyć ryzyko schizofrenii, otuli potencjalnych przestępców miękką kołdrą kontroli społecznej przez bliskość, odsunie widmo samotności? Ano są sposoby, na przykład technologiczne. Jest na przykład wiele aplikacji mobilnych, które w każdej chwili pokażą nam, gdzie znajdują się nasi przyjaciele. Wystarczy spojrzeć na usianą awatarami znajomych mapkę i od razu przestrzeń miasta staje się mniej obca. Ja wybrałam sobie Find Friends i namówiłam znajomych, by też skorzystali. Spojrzałam na mapkę parę razy, uśmiechnęłam się do jakoś milszego nagle miasta i nagle zdałam sobie sprawę, że oni też mnie widzą. Natychmiast wyłączyłam zdradziecką apkę, bo co to, to nie, moi drodzy.

A dziś rano wyszłam po gazetę. Miło przywitała mnie pani w sklepie i zapytała o dziecko. Przywitałam się z panią fryzjerką z dołu i przypomniałam jej, że jestem winna jeszcze dziesięć złotych. Pani z pieskiem zapytała mnie o pieska i wtedy postanowiłam: czas się przeprowadzić. Natychmiast. Bo samotność w tłumie może i grozi schizofrenią, ale jest jednak formą wolności - i to taką, która uzależnia.

@RY1@i02/2014/114/i02.2014.114.000001800.802.jpg@RY2@

Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Karolina Lewestam

etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.