Piketty. Ani łotr, ani zbawiciel
obserwacje
Londyński "Financial Times" twierdzi, że Thomas Piketty podkręcił dane statystyczne, na których oparł swoją głośną już książkę "Kapitał w XXI wieku". Francuz nie zgadza się z zarzutami dziennika. Ekonomiczna opinia publiczna po obu stronach Atlantyku jest podzielona. Jak się w tym wszystkim połapać?
Zaczęło się od tekstu opublikowanego tydzień temu przez dziennikarza "FT" Chrisa Gilesa. Jego zarzuty są dwojakiego rodzaju. Pierwszy raczej nieszkodliwy - chodziło o błędne skopiowanie statystyk. Na przykład dotyczących poziomu nierówności w Szwecji, gdzie zamiast 1908 r. pojawiły się dane z 1920 r. Druga grupa zarzutów była trochę poważniejsza. Przede wszystkim dlatego, że dotyczyła czasów współczesnych (głównie Wielkiej Brytanii). Giles powołał się na dane, dzięki którym wzrost poziomu nierówności na Wyspach od początku XXI wieku wygląda nieco mniej uderzająco, niż wynikało to ze statystyk przytoczonych przez Piketty’ego. Ale znów, raczej nie odwraca to opisanego przez francuskiego ekonomistę trendu, że kapitał akumuluje się w coraz mniej licznych rękach. Po drodze okazało się jeszcze, że brytyjski urząd statystyczny faktycznie dysponuje dwoma zestawami danych, z których jedne są jeszcze w fazie eksperymentalnej. I wygląda na to, że i Giles, i Piketty wzięli te, które bardziej pasowały im do tezy.
I właściwie tutaj historia powinna się zakończyć. Ale oczywiście tak nie jest, bo Piketty to nie pierwszy lepszy ekonomista, lecz autor najgłośniejszej od początku kryzysu książki ekonomicznej. W której dowodzi konieczności silniejszego opodatkowania majątku najbogatszych, gdyż to - jego zdaniem - jedyny sposób na odwrócenie zjawiska rosnących nierówności dochodowych grożących społecznym wybuchem. Stawiając taką tezę, Piketty wyszedł z akademickiej wieży z kości słoniowej i stanął na pierwszej linii sporu o to, jaką politykę ekonomiczną bogaty Zachód powinien dziś prowadzić.
Dlatego trudno się dziwić, że stosunek do książki Piketty’ego jest w dużej mierze pochodną poglądów na gospodarkę. I tak ktoś o zapatrywaniach wolnorynkowych będzie skłonny widzieć w Pikettym socjalistycznego szkodnika. I zarzuty "FT" weźmie za dobrą monetę. Krytycy wolnego rynku mają z kolei tendencję, by traktować Piketty’ego jak objawienie, a atak londyńskiej gazety uznają za wyolbrzymiony. Ten wzorzec - jak dotąd - przełamać zdołało bardzo niewielu obserwatorów. Wśród nich radykalnie lewicowy ekonomista z Uniwersytetu w Teksasie James Galbraith, który napisał, że wnioski Piketty’ego są słuszne, lecz argumentacja, którą do nich dochodzi, to nic innego jak spekulacje, uogólnienia i czarowanie publiki.
Jakie wnioski płyną z wielkiego sporu o Piketty’ego? Po pierwsze, że jednego obowiązującego wyroku na temat jego tez nie będzie nigdy. Bo ekonomia to nie sąd. Tu nie ma jednej ostatecznej instancji orzekającej, kto ma rację, a kto nie. Na każde wyliczenie można będzie odpowiedzieć kontrwyliczeniem. Przy czym jedno i drugie oparte będzie na "twardych" empirycznych danych. Zwłaszcza w czasach, gdy ludzkość pływa w wielkim oceanie danych, jeszcze nie tak dawno dostępnych tylko dla bardzo wąskiego grona wybranych. Po drugie, musimy się pogodzić z pewnym wstydliwym sekretem ekonomii (i każdej innej nauki). Że nie istnieją analizy wolne od błędów. Po prostu w większości przypadków prace nie cieszą się aż tak wielkim zainteresowaniem, więc nikt ich nie odkrywa. Piketty nie jest zresztą pierwszym prominentem, któremu to się przytrafiło. Rok temu głośne było wychwycenie błędów u Carmen Reinhart i Kena Rogoffa, autorów tezy, że po przekroczeniu 90 proc. dług publiczny zaczyna hamować wzrost gospodarczy. Nawet noblista Robert Solow musiał się kiedyś przyznać, że w słynnej pracy "Czy polityka fiskalna ma znaczenie?" zdarzył mu się błąd algebraiczny.
To wszystko razem jest kolejnym dowodem, że ekonomiczne analizy to ni mniej, ni więcej, tylko... propozycje. Nie żadna prawda objawiona. Politycy mogą (a nawet powinni) po nie sięgać. Ale zawsze muszą to robić na własną odpowiedzialność. Żeby nie było potem tłumaczeń w stylu "ekonomiści mi powiedzieli, że...".
@RY1@i02/2014/104/i02.2014.104.00000020b.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu