Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Ten szkodnik Piketty

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Jego książka jest poroniona. To przecież socjalista, a oni nie spoczną, dopóki wszycy nie staniemy się biedni, ale za to równi

Z Matthew Tyrmandem rozmawia Rafał Woś

Ameryka oszalała na punkcie Thomasa Pikettyego i jego "Kapitału w XXI wieku".

To kolejna poroniona książka. Godna tej napisanej 80 lat temu przez niejakiego Johna Maynarda Keynesa, który zalecał robienie dokładnie tego, czego robić nie należy.

O, widzę, że libertarianin Matthew Tyrmand jest w dobrej formie...

Gdy czytam Pikettyego, to odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z kolejnym ekonomistą gawędziarzem, który nie ma pojęcia, jak funkcjonuje prawdziwa gospodarka.

Aż tak?

Przecież on nawet nie potrafi porządnie policzyć tego, co pojawia się w tytule jego książki. Kapitału. Bo dla niego kapitał jest jak worek, do którego wrzuca się bardzo różne aktywa: nieruchomości, domy, akcje, papiery dłużne, gotówkę, surowce naturalne, towary. To wszystko składa się u niego na majątek. A przecież te wszystkie aktywa odgrywają w gospodarce bardzo różną rolę i zachowują się inaczej. Na przykład dom. Jest majątkiem, ale spieniężyć go dość trudno. Na dodatek jego wartość jest zależna od koniunktury. Tymczasem u Pikettyego samo posiadanie mieszkania na własność sprawia, że człowieka należy zaliczyć do klasy plutokratów i wycisnąć z niego pieniądze za pomocą specjalnego podatku majątkowego.

I co w tym złego?

To niszczenie zachęt do bycia przedsiębiorczym. W tym wypadku zniechęcanie ludzi do posiadania domu albo mieszkań na wynajem. Piketty tego nie mówi wprost, ale jak każdy socjalista wolałby, żebyśmy żyli w beznadziejnych, szarych mieszkaniach socjalnych. Bo po co się wychylać i ponosić dodatkowe koszty?! Socjaliści zawsze mówią, że chcą zmniejszać nierówności społeczne i dochodowe. Ale ich jedyna odpowiedź to wyciśnięcie pieniędzy z najbardziej produktywnych przedstawicieli społeczeństwa i ich zmarnowanie. Nie spoczną, dopóki wszyscy nie staną się biedni, ale równi.

To ciekawe. Bo ja odbieram tę książkę jako próbę uratowania kapitalizmu przed nim samym. W tym wypadku faktem, że wolny rynek w naturalny sposób prowadzi do powiększania się nierówności dochodowych i akumulacji kapitału w rękach coraz węższego grona najbogatszych. Aż w końcu wykluczona z tego procesu większość społeczeństwa przestaje akceptować taki stan rzeczy. I wtedy leje się krew. Piketty proponuje więc redystrybucję, żeby uniknąć takiego scenariusza.

Ta opowieść zupełnie mnie nie przekonuje. Aby udowodnić swoją tezę, Piketty przytacza dwa okresy, w których nierówności rosły najszybciej. Pierwszy - od zakończenia I wojny światowej do Wielkiego Kryzysu. Drugi - boom lat 90., trwający do roku 2007-2008. To ma dowodzić, że kapitalizm w naturalny sposób generuje nierówności. Tylko że Piketty lekceważy fakt, iż oba te okresy to jednocześnie czasy dwóch wielkich rewolucji technologicznych. Najpierw stworzono silnik spalinowy, który umożliwił automatyzację produkcji i przełom transportowy, a potem boom cyfrowy związany z popularyzacją internetu. To były czasy wielkiego przełomu, a jego autorzy i fundatorzy zostali nagrodzeni. Dlaczego? Bo to oni ponieśli ryzyko związane z uruchomieniem tych procesów.

Powinieneś poczytać książki ekonomistki Mariany Mazzucato z Uniwersytetu w Sussex, która pokazuje, że opowieść o przełomowych innowacjach powstających w garażu to bajeczka. Zazwyczaj pierwszy impuls do ich stworzenia wychodzi od instytucji państwowych. Prywatny kapitał wchodzi dopiero wtedy, gdy widzi, że gra jest warta świeczki.

Moje doświadczenie jest inne. Moim zdaniem rząd lubi chwalić się sukcesami, ale czego tylko się dotknie, zamienia w ekonomiczną porażkę. Inaczej być zresztą nie może. W sektorze publicznym zdrowe prawa podaży i popytu są zachwiane. Nikt nie jest za nic odpowiedzialny. Nikt nie ryzykuje prywatnym majątkiem, więc marnotrawstwo jest olbrzymie. A ten szkodnik Piketty chce iść dokładnie w tym kierunku.

No to dlaczego Ameryka tak go pokochała?

Bo powiedział zagubionym Amerykanom to, co chcieli usłyszeć. Tak samo jak Keynes w latach 30. Przekaz ich obu jest bardzo podobny. I brzmi: państwo jest potrzebne w gospodarce. I to się bardzo podoba tym wszystkim, którzy żyją z państwa. Czy to dla niego pracując, czy też robiąc z nim interesy.

@RY1@i02/2014/099/i02.2014.099.00000280a.802.jpg@RY2@

WOJTEK GÓRSKI

Matthew Tyrmand ekonomista i inwestor, mieszka w Nowym Jorku, w Polsce niedawno ukazała się jego książka "Jestem Tyrmand. Syn Leopolda"

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.