Praca na zero
Jest taki żart: mężczyzna wraca po pracy do domu. Wchodzi do pokoju, a na podłodze pełno śmieci: papierki po batonikach, zużyte pieluchy, papier toaletowy. Na dywanie plamy po keczupie; gołe, upaćkane dzieci wyjadają czekoladę z bombonierki, oglądając telewizję. W kuchni jeszcze gorzej: góra naczyń, woda wycieka z otwartej zamrażarki, niemożebny smród. Wchodzi na piętro, a żona leży sobie w łóżku. "Kochanie, co się dzieje? Tornado przeszło?". "E, nie. Zawsze mi mówisz, że ja nic nie robię. I dzisiaj wzięłam to sobie do serca".
Praca, jaką się wykonuje w domu, bywa jednym z tych niewdzięcznych zadań, które najczęściej nie polegają na kreowaniu nowych rzeczy, ale na utrzymywaniu ich w pewnym konkretnym stanie. Są inne: na przykład sprzątanie biur (ma być z powrotem czysto) czy prowadzenie autobusu (trzeba utrzymać wskazania rozkładu jazdy). Odśnieżanie, pilnowanie budynku, zmywanie naczyń w restauracji, wywóz śmieci. Praca podtrzymująca poziom zero, praca, którą widać tylko wtedy, jeśli nie zostanie wykonana.
W takiej pracy trudniej się spełniać. Jesteśmy zwierzętami społecznymi, nie widzimy się tylko od środka, lecz także dzięki lustrom, jakimi są dla nas oczy innych. A kto się będzie zachwycał status quo? Sprzątniętej ulicy nie widzi nikt, to śmieć skupia wzrok gawiedzi. Czysty talerz jest czystą funkcją, zgrabną podkładką pod kotleta talerz brudny istnieje jakoś bardziej, jest świadectwem nieudolności lub obrazą. Jadąc drogą, słucha się muzyki, wpadłszy w dziurę w drodze, ścisza się muzykę, by siarczyście zakląć.
Dużo łatwiej więc dostrzec niedociągnięcia poziomu zero, niż skrytykować projekt, który w całości jest nowy. Nie wydaje się to sprawiedliwe. Praca na zero jest przecież pracą fundamentalną, utrzymującą kosmiczny porządek. To dzięki niej poruszają się w rzeczywistości ci, którzy miast doglądać, tworzą. Ci, którzy pracują na zero, są jak dobre wróżki albo jak skrzaty (nie te, co sikają do zsiadłego mleka, ale te, które wychodzą w nocy, żeby pozamiatać). Są kardynałami Richelieu rzeczywistości — może stoją z boku, może ich nie widać, ale to dzięki ich szeptom interes się kręci. Ale wróżek (i mrocznych kardynałów) nie widzi nikt, chyba że, tak jak żona z naszego żartu, zastrajkują.
Brak rozpoznania społecznego to tylko jeden z problemów takich pracowników. Drugim jest czyhające zewsząd poczucie bezsensu. W jednej z książek o Ani z Zielonego Wzgórza koleżanka zwierza się bohaterce, że nie cierpi nudnej i bezsensownej roboty, jaką jest mycie naczyń. "A ja lubię patrzeć, jak brudne naczynia stają się znowu czyste i błyszczące" - odpowiada Ania. "Ty we wszystkim potrafisz znaleźć odrobinę poezji, Aniu" - pada zdumiona odpowiedź. Niestety, a raczej na szczęście, nie każdy jest Anią Shirley. Dla większości z nas cicha powtarzalność z tylnego siedzenia rzeczywistości zajeżdża raczej ludwikiem niż Waltem Whitmanem. Przyrodzona niekonkluzywność tego typu zajęć, wraz z ich niezauważalnością, rodzi trudny do pokonania spleen.
Czasem wydaje mi się, że prawdziwy konflikt rozgrywa się nie między płciami czy klasami, ale między kreacją a powtarzalnością (oczywiście klasa wyższa pomaga ustrzec się przed pracą na zero, ale pani z żartu powyżej mogła przecież mieć magistra i spłacony kredyt). Pracujący na zero są bowiem pozbawieni jednej z największych przyjemności stworzeń zbieracko-łowieckich: zdobywania nowego, gromadzenia efektów swojej pracy, posuwania się dalej, nieregularnej nagrody. I jak tu przerwać Dzień Świstaka?
@RY1@i02/2014/099/i02.2014.099.000002300.802.jpg@RY2@
Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Karolina Lewestam
etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu