Dokąd zmierza kapitalizm? Wolny rynek albo praca
Goniąc Europę, rzadko zadajemy sobie to pytanie, a jeszcze rzadziej próbujemy na nie odpowiadać. Najpierw musimy dogonić. Wierzymy, że dystans się zmniejsza. Przecież wchodząc do Unii, osiągaliśmy zaledwie 44 proc. unijnego PKB, a przez te dziesięć lat nadrobiliśmy aż 20 pkt proc.! To wielki sukces. Autentyczny. Potwierdzają go inne wskaźniki. Stajemy się Europejczykami coraz bardziej, także pod względem zamożności. Liczymy się w Unii, w przeciwieństwie do innych członków Wspólnoty nie mieliśmy recesji, tylko spowolnienie. Więc kiedyś chyba dogonimy. Skąd więc niepokój, który wyraźnie narasta? Skąd wątpliwości, czy aby kapitalizm, do budowy którego rzuciliśmy się z takim entuzjazmem, podąża we właściwym kierunku? Skąd brak wiary, że potrafimy na ten kierunek wpłynąć?
Nasze własne wątpliwości podsycają inni. Tacy jak amerykański ekonomista Dani Rodrik, który uważa, że tacy jak my mogą już nie dogonić. Bo zaczęliśmy ten wyścig za późno. Nasza gospodarka może nie osiągnąć zachodniego poziomu rozwoju, więc także my, Polacy, nie osiągniemy nigdy zachodniego poziomu zamożności. Zaczęliśmy bowiem naszą modernizację wtedy, gdy zachodni świat, również Europa, zaczął odchodzić od przemysłu.
To nie do końca prawda, przecież w polskim przemyśle pracuje ciągle około 25 proc. zatrudnionych, to wskaźniki o wiele wyższe niż na Zachodzie.
Ale inne tezy Rodrika wydają się prawdziwe. Żyjemy w epoce przedwczesnej dezindustrializacji. Co to znaczy? Wielkoprzemysłowa klasa robotnicza jest słaba, coraz słabsza. Zanika. Kiedyś kapitaliści niemieccy czy angielscy bali się strajków, które mogły sparaliżować wielkie fabryki i pozbawić ich części zysku. Więc siła negocjacyjna pracowników tych fabryk była wielka, mogli żądać i dostawać podwyżki. Obecnie siła pracowników stopniała, przewaga kapitalistów wzrosła. Ten, kto ma kapitał, zwłaszcza duży, zarabia o wiele szybciej niż ci, którzy oferują pracę. Nie musi się zyskami dzielić sprawiedliwie. Praca staje się relatywnie coraz mniej warta. Dlatego tak szybko rosną na świecie nierówności. Coraz szybciej. Dokąd zmierza świat, który nie ceni pracy? Na pewno nie do powszechnej szczęśliwości.
Fabryki są mniejsze, ludzką pracę coraz częściej zastępują roboty. Nie strajkują ani nie trzeba za nie płacić składek na ZUS. Postęp na świecie o wiele bardziej służy bogatym niż biednym. To też nie musi się ludziom podobać. Globalizacja najpierw skłoniła kapitał do przenoszenia fabryk z krajów bogatych do biedniejszych, takich jak Polska. Niższe koszty pracy gwarantują ich właścicielom większe zyski. Ta sama globalizacja nie pozwala jednak tubylcom liczyć na niemieckie czy angielskie płace, te bowiem równają w dół, do poziomu Bangladeszu czy Chin.
Z faktu, że władze Warszawy kupiły tanie, chińskie autobusy, łatwo wywieść prognozę, że płace w podpoznańskiej fabryce Solaris prawdopodobnie mogą zostać obniżone. Niewykluczone, że część załogi trafi na bruk. Bo w przeciwnym razie producent może przegrać kolejny przetarg. Ten strach trzyma w ryzach pracowników Solarisu, bo łatwo ich zastąpić innymi, obecnie bezrobotnymi. Trzyma też za gardło lokalnych kapitalistów. Dobre firmy, takie jak Solaris, mogą zostać wyparte z rynku, nawet swojego, przez międzynarodowe giganty. Efekt skali pozwala wielkim sprzedawać taniej. Duży rośnie szybciej. Polska prawie nie ma firm globalnych. Za późno wystartowaliśmy w tym wyścigu. Nasze firmy częściej będą zmiatane, niż same zmiotą konkurentów.
Ten proces się dzieje. Jest normalny. Ale ceną tego normalnego rozwoju kapitalizmu może być wyższe bezrobocie w Polsce i w innych biedniejszych krajach. Kłócą się ze sobą dwie wartości. Wolny rynek i nieskrępowana konkurencja (czyli esencja kapitalizmu) z tym, że ludziom potrzebna jest praca (esencja człowieczeństwa).
Niepotrzebni stają się robotnicy, ale zanika także klasa średnia, która miała ich zastąpić. Wzbiera kolejna fala ludzi niepotrzebnych, chociaż coraz lepiej wykształconych. Prekariat. Bez przyszłości. Nieskrępowana konkurencja, czyli istota kapitalizmu, nakazuje ich zatrudniać na umowy śmieciowe. Jeśli w ogóle. Tylko takie pozwalają firmie elastycznie reagować na potrzeby rynku. Rynek wymusza efektywność, ale ta efektywność coraz mniej służy ludziom. Coraz więcej ludzi nie dostrzega dla siebie perspektyw. PKB rośnie, ale rośnie też ludzka frustracja. Wątpliwości, czy świat zmierza w dobrą stronę, też stały się globalne.
I poczucie, że już nikt nie jest w stanie tego zmienić. Politycy są bowiem lokalni, a kapitał globalny. To on ma dzisiaj władzę i żeby poprawić kapitalizm, albo przynajmniej na to pozwolić, musiałby użyć jej wbrew własnym interesom.
Ceną rozwoju kapitalizmu może być wyższe bezrobocie
@RY1@i02/2014/098/i02.2014.098.00000130a.803.jpg@RY2@
Joanna Solska publicystka tygodnika "Polityka"
Joanna Solska
publicystka tygodnika "Polityka"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu