Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Dom i Świat

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

kac moralny

Nie może być gorzej, niż być bohaterem historii, którą czytało się już tysiąc razy - mówiłam do Osoby Płci Męskiej, z którą jadłam właśnie obiad na mieście. - Ale o co chodzi? - spytała Osoba, siorbiąc colę. - No, o los kobiet, oczywiście.

No bo słuchaj, mówiłam Osobie, znamy przecież tyle kobiet. Wykształconych, z perspektywami, itepe, itede. Wszystkie znają tę starą historię, gdzie bohaterka wychodzi za mąż, a potem naturalną koleją rzeczy zamienia świat na dom, podczas gdy mężczyzna ucieka z domu na świat. Wielu z nich ta historia się nie podobała. Widziały się też na świecie, a nie tylko w domu, chciały, żeby ich historia skończyła się inaczej, dlatego w związki weszły bardzo świadomie. Związały się z sensownymi mężczyznami bez alergii na pieluchy, twardo żądały prania swoich skarpet, skoro to one wynoszą śmieci, miały dbać o niezależność ekonomiczną, która często przekłada się na niezależność emocjonalną i psychiczne zdrowie.

A teraz, mówiłam dalej Osobie, zobacz. Jesteśmy już w wieku dzieciatym, i co? Właściwie wszystkie znane nam kobiety są o wiele bardziej w domu niż mężowie. Czasowo (bo pracują mniej), mentalnie (tylko one wiedzą, gdzie jest strój na wf), duchowo (coraz ważniejszy jest obiad, coraz mniej awans czy spotkanie z ulubionym autorem). Niektóre kobiety tak chcą i basta, im się zawsze ta historia podobała, zostawmy je w spokoju. Ale większości naszych znajomych kobiet wręcz przeciwnie; zawsze broniły się takim zakończeniem rękami i nogami, jak przed złym wilkiem z opowieści o Czerwonym Kapturku.

Czy nie jest to smutne i generalnie osłabiające, ciągnęłam do coraz bardziej sceptycznej Osoby, że nie wiadomo jak, ale życie dryfuje ciągle w tym samym kierunku? Że moje zbieranie skarpet i opieka nad dzieckiem przy niestabilnej (w porównaniu z mężem) sytuacji zawodowej sprawia, że pojawia się myśl: a co, jeśli weszłyśmy do dokładnie tej samej rzeki co nasze mamy i nasze babcie, nurt zmierza w tę samą stronę, tylko ciszej, ścichapęk, bo wody nieco mniej burzliwe? Kiedyś jeszcze łatwiej dało się zidentyfikować źródła problemu: kobiety potrzebowały drastycznych zmian prawnych i obyczajowych. A teraz gołym okiem nawet trudno zauważyć, o co chodzi.

U Asi i Marka (imiona zmienione) w rodzinie decyzje podejmuje się bez brania płci pod uwagę; na rzecz dzieci z pracy zrezygnuje ta osoba, która mniej zarabia. Kim okazuje się być ta osoba? Niespodzianka: Asią. U Basi sprzątać będzie ta osoba, również niezależnie od płci, której mniej to jakoś przeszkadza; osobą tą jest (sic!) Basia. U Kasi za to miało być po równo, ale Grześ zawsze jest taki zmęczony, a poza tym wyciąga naczynia ze zmywarki jak pijany sztachety z płotu, więc Kasia woli to zrobić sama. U Stasi i Pawła oboje mogli przejść na pół etatu, ale teściowa się załamała, mówiła, że dzieci muszą być przy matce, no i jakoś tak padło na Stasię, bo czemu nie. Jasia z kolei zarządza organizacyjnie i emocjonalnie całą dalszą rodziną, także męża, bo on nie lubi gadać bez sensu. I tak się szturcha te kobiety niekonkretnym kijem: to nieco zbyt wygórowanymi potrzebami pracodawców względem dyspozycyjności, to oczekiwaniami rodziny, to empatią dla pracujących małżonków, to racjonalnością w planowaniu dochodu rodziny. Aż wreszcie jakoś, mniej lub bardziej, popłyną z nurtem.

Co robić? - pytałam Osoby. - Mam wrażenie, że już w dzieciństwie założono nam na głowy czerwony kapturek i kazano iść do babci. Wiedziałyśmy, jak zwykle kończy się ta historia u babci jest wilk, który bohaterkę zje. Ale myślałyśmy, że wiedza nas chroni - że skoro wiemy o tym wilku, to uda nam się jakoś uratować. Po pierwsze nie może go tam tak po prostu być, życie nie może być tak proste, żeby wszystkie historie kończyć tak samo? A nawet jak on tam jest, myślałyśmy, to my go załatwimy. Utniemy mu zębaty pysk przy samym tyłku. Jesteśmy dla niego za sprytne, o tak. I szłyśmy sobie krok za krokiem po tym lesie, trochę w wilka nie wierząc, a trochę obmyślając, jak go załatwić. A teraz wchodzimy po kolei do domku babci i wszystkie nas jakoś niepostrzeżenie wilk spożywa. Determinizm opowieściowy, można by powiedzieć, gdyby nie to, że gajowy ewidentnie ma nas gdzieś.

- No, powiedz coś - zachęciłam Osobę, trochę się wstydząc łzawej tyrady, niewątpliwie świadczącej o wczesnym kryzysie wieku średniego. - Powiedziałbym - rzekła Osoba. - Ale nie bardzo wiem, co. Jest przecież równouprawnienie. A u nas w zarządzie jest jedna kobieta i świetnie sobie radzi.

@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.00000150a.802.jpg@RY2@

Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Karolina Lewestam

etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.