Europejskie marzenie
Opinia
Kiedy realna stawała się nadzieja na wejście do Unii Europejskiej, a potem kiedy już do niej weszliśmy, nie było - o ile wiem - uwag pryncypialnie antyeuropejskich, natomiast były głosy antyunijne. W historii Polski od połowy XVII w. po dzień dzisiejszy dylemat cywilizacyjno-geopolityczny - czy raczej być z Europą, czy też ze Wschodem, czyli Rosją - praktycznie nie istniał. Poza nielicznymi wyjątkami, spowodowanymi oburzeniem na europejski cynizm czy obojętność, dopiero władze PRL były autentycznie prowschodnie, chociaż niekoniecznie antyeuropejskie.
Jednak to marzenie europejskie ani nie miało jednego kształtu, ani nie było - często - wyrażane w jasnej formie, ani - czasem - nie było bezwarunkowe i bez zastrzeżeń. Wystarczy przypomnieć wypowiedzi sprzed kilkunastu lat i formułowane zaraz po wejściu Polski do UE. Pojawiły się takie oto sformułowania: "Wróciliśmy do Europy", potwierdzone zostało, że nigdy "nie wychodziliśmy z Europy", czy też: "Europa dopiero teraz (po 2004 r.) stała się Europą zupełną" i wreszcie "tradycja europejska (?) została zrealizowana". Żadna z tych wypowiedzi nie jest prawdziwa. Z wyjątkiem krótkiego okresu II Rzeczypospolitej, i to tylko do połowy lat 30., Polska co najmniej od połowy XVII w. była w Europie tylko "jedną nogą". Więc ani nie wróciliśmy, ani nie wychodziliśmy i wchodziliśmy, ani nie wiadomo, co w Polsce było tradycją europejską. Natomiast zawsze trwało europejskie marzenie, które przyjmowało mądre i zupełnie głupie postaci.
Rezygnacja z Europy
Kiedy w latach 1643-1648 w Osnabrueck i Muenster trwają rozmowy uwieńczone pokojem westfalskim, Polska nie tylko w nich nie uczestniczy, ale nie umie (nie chce?) podjąć wysiłku budowy nowoczesnego państwa opartego na racji stanu. Płaci za to rozbiorami. Leży niewątpliwie w granicach geograficznych Europy, które na wschodzie wyznacza zasięg budowy kościołów barokowych, część arystokracji jest kulturowo europejska, ale system państwowy nie jest. Polska leży na peryferiach Europy, i co do tego nie ma sporu. Pytanie tylko, czy i kiedy znajdzie się nie na peryferiach? Odpowiedź jest prosta - albo nigdy, albo znalazła się w trakcie ostatnich dziesięciu lat, jeżeli UE uznać za realizację marzenia o Europie, a to dalece nie jest oczywiste.
Co najmniej dwa razy jeszcze w dziejach Polski pojawiły się wielkie wątpliwości co do jej obecności w Europie, co do sensu tej obecności. Pierwszą z okresu romantyzmu można streścić następująco: czy warto być w każdej Europie? W niemoralnej, idącej w złym kierunku lub też zdziczałej? Oddajmy głos Zygmuntowi Krasińskiemu (list do Stanisława Małachowskiego): "Czyn wskrzeszenia Polski nie tylko jest koniecznością dla cielesnej równowagi Europy, jest on czymś jeszcze daleko ważniejszym i wyższym: jest dla tej epoki całej nieubłaganą koniecznością moralną, bo jest naprawą krzywdy wyrządzonej najświętszym prawom duchowym, rządzącym żywotem ludzkości i jej społeczeństwa. Rozbiór był odspołecznieniem społeczeństwa europejskiego". A zatem najpierw niech się Europa umoralni i uspołeczni, a potem będziemy chcieli w niej być. Argument poważny i wcale nie anachroniczny.
W innej wersji argument ten wrócił w okresie bezpośrednio przed wybuchem II wojny światowej, w jej trakcie i przez kilka lat po jej zakończeniu. Co najmniej od Monachium wielu polskich inteligentów straciło zaufanie do moralnej odpowiedzialności Europy, nie wspominając już o odpowiedzialności militarnej. Przecież prawdy tej nie dość powtarzać, bo prawie całkiem o niej zapomnieliśmy, tylko brytyjskie sumienie - i tylko dzięki poglądom i charakterowi Churchilla - uratowało sumienie Europy. Kolaboracja szła od Monachium po początek 1945 r. na całego - Polska może się chlubić, że politycznie i duchowo w niej nie uczestniczyła, ale co z tego? - i dopiero nadzwyczajni ludzie dzięki nadzwyczajnym metodom (Monnet, de Gaulle, Adenauer) wmówili Europie, że niemal wszystko było w porządku. Wmówili (zapewne na szczęście) do tego stopnia, że dzisiaj z okazji wydarzeń na Ukrainie mówi się o anszlusie, ale - daj Boże! - niewyobrażalne na razie jest nowe Monachium.
Wielu inteligentnych Polaków miało wówczas dość tej Europy. Bo też Europa drugiej połowy lat 30. była paskudna. Czytamy o tym niemal we wszystkich pamiętnikach i dziennikach od Jerzego Stempowskiego po młodych świetnych poetów, którzy ginęli w powstańczej Warszawie. Dla części spośród tych wybitnych ludzi (Tadeusz Borowski czy Tadeusz Kroński) nazizm jako duchowe dziedzictwo Europy kompromitował ją na zawsze. Gdzie mieli się zwrócić? Nie było innej propozycji jak sowiecka. Na szczęście dla wielu innych ratunek przyszedł nie tyle z Kościoła, ile z tradycji religijnej. Eurosceptyczny - jak byśmy dzisiaj powiedzieli - Stefan Kisielewski pisał już w 1945 r., że budować możemy jedynie na chrześcijaństwie, mimo że Kościół z wojny nie wyszedł bez szwanku. Zatem z marzeniem o Europie znowu zrobiło się kiepsko i tylko nieoczekiwane wydarzenia nadały mu siłę.
Świat bliski ideału
Cudownym zrządzeniem losu Rosja, czyli Związek Radziecki, pokazała po raz kolejny, jak bardzo nie rozumie Europy, co sprawiło, że zamiast jej zaszkodzić - pomogła w stopniu kolosalnym. Obok innych czynników zasadniczą rolę odegrała zimna wojna. Przez pewien czas, niekrótki, bo dobre trzydzieści lat, Europa (Zachód) była postrzegana z zewnątrz, czyli z krajów komunistycznych, lecz także od wewnątrz, jako oaza rozwoju wolności, wolności pojmowanej jako rozszerzanie i umacnianie praw jednostki, ale też wolności słowa i wybitnej twórczości intelektualnej. Dzięki wielu zabiegom (także CIA) w 1950 r. powstał Kongres Wolności Kultury, w którym uczestniczyli intelektualiści ze zdecydowanej lewicy (George Orwell) i ze zdecydowanej prawicy (T.S. Eliot). Bez zagrożenia komunistycznego i bez dotkliwego wspomnienia wojny nie byłoby to możliwe. Ludzie związani z tym Kongresem przez dekady wywierali potem decydujący wpływ na życie intelektualne i artystyczne w głównych krajach europejskich. Europa stała się opiekuńcza i liberalna zarazem, a przede wszystkim demokratyczna i otwarta - Europa naszych marzeń. Europa jeszcze pozbawiona wewnętrznych problemów (a w każdym razie tak się wydawało), przed imigracją, przed powrotem populizmu lub nacjonalizmu, przed kryzysami gospodarczymi.
Kiedy w latach 1964-1966, a potem w 1971 r. jeździłem do tej Europy (najczęściej do Paryża), dzielnica łacińska pamiętała jeszcze egzystencjalistów, udało mi się rozmawiać z Andre Bretonem (nie pamiętam o czym), zbliżyłem się z Maisons-Laffitte, z Józefem Czapskim, Konstantym Jeleńskim i Gustawem Herlingiem-Grudzińskim. To byli prawdziwi Europejczycy, nie tylko wspaniali ludzie, ale ludzie autentycznie, dzięki językom, kulturze i znajomościom, pogrążeni w Europie. Oni przywracali Europę Polsce, a czasem nawet udawało się im Polskę wprowadzić na europejskie salony duchowe. To była Europa naszych marzeń.
Ludzie o pokolenie starsi ode mnie, ale także o pokolenie młodsi, słusznie i trafnie stawiali na tę Europę - jako na nadzieję, na przedmiot marzeń, na świat bliski ideału. A także, mimo naszego zamknięcia, jako na nasz świat. Oglądaliśmy w Rzymie miejsca, gdzie Fellini kręcił filmy, spotykaliśmy się w najwspanialszych muzeach i na banalnych antykomunistycznych konferencjach. Ale wtedy na Zachodzie właśnie trwała dyskusja o końcu wieku ideologii (Daniel Bell i Raymond Aron), wybitni francuscy historycy próbowali odmienić formy myślenia o przyszłości, a z roku na rok padała licząca stulecia instytucja cenzury, także obyczajowej.
Nie było słychać o neoliberalizmie, a zachodni komuniści powoli intelektualnie dogorywali. Światem ducha rządzili Isaiah Berlin, Karl Popper, Hannah Arendt i wielu innych równie wybitnych, niezależnych oraz rozumnych. W 1968 r. młodzież się buntowała, ale był to bunt europejski, bunt z ducha romantyczny, a wyrażający zniecierpliwienie tym, że Zachód nie jest aż tak twórczy i dynamiczny, jak być powinien. Zniecierpliwienie typowe dla życia w dobrych czasach, chociaż na co dzień nieco nadmiernie stabilnych.
Bo przecież - paradoksalnie - istnienie totalitaryzmu sowieckiego było oburzające, ale zarazem pobudzające. Związek Radziecki nawet dostarczał znakomitych dysydentów, których podziwiała Europa. Było to mocarstwo tak prymitywne (chociaż potężne), że na jego tle każdy, kto trochę myślał i czuł się wolny, wyrastał na bohatera i kształtował naszą wyobraźnię. Europa nigdy przedtem i nigdy potem nie była tak wspaniała, a co najmniej nie stanowiła tak znakomitego przedmiotu marzeń. Nic więc dziwnego, że kiedy przyszła "Solidarność", naszym powszechnym marzeniem było to, żeby w Polsce było tak jak w Paryżu, Wiedniu, Sztokholmie. Potem okazało się, że stawialiśmy sobie zbyt proste cele, marzyliśmy o normie europejskiej, która właśnie przestawała istnieć.
Bez woli życia, bez woli wielkości
Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie marudził co do naszego starania się o członkostwo w UE, a potem na temat samego udziału w wolnym świecie gospodarczym i politycznym. Drobne zastrzeżenia są oczywiste, istotne - wyrazem nieuleczalnej głupoty. Powodów do radości z bycia we wspólnocie jest wiele i każdy je zna. Polskę jednak (i inne kraje obozu sowieckiego) spotkał pech. Wstąpiła do Unii, kiedy ta była (i jest nadal) potężnym organizmem gospodarczym, znacznie słabszym politycznie i mizernym intelektualnie i duchowo. Doceniając pobudzającą rolę zimnej wojny i czasu historycznej koniunktury, musimy zdawać sobie sprawę, że koniunktury mają to do siebie, że się pojawiają, a czasem znikają. W dodatku czasem wiadomo dlaczego, a czasem nie do końca.
Co spowodowało fakt, że Unia, w której jesteśmy, jest tak daleka od Europy naszych marzeń? Nie całkiem wiemy i zapewne nie da się do końca wytłumaczyć. Wiele można zrzucić na dominację ideologii neoliberalnej, ale nie wszystko. Dlaczego nie ma już Isaiah Berlina czy Raymonda Arona? Nie wiem i nie da się sensownie odpowiedzieć na to pytanie. Europa naszych czasów, znakomita Europa Unii Europejskiej, jest intelektualnie wyczerpana, duchowo wyleniała, a artystycznie żyje dzięki dziwactwom, które na tle powszechnej nudy bawią świat, dziwactwom jak rzekome objawienie literatury skandynawskiej (nudnej jak piorun, ale ponurej, więc ciekawej), wygibasy myślicieli postmodernistycznych czy nieznośna brutalność opisu cenionego dzisiaj kina.
W kawiarniach paryskich nie ma ani Sartre’a ani Camusa, ani też nikogo, kto podjąłby tak zasadniczy spór, który poróżnił ich na całe życie, kto podjąłby jakikolwiek zasadniczy spór. Kolejni intelektualiści uciekają z życia uniwersytetu zdewastowanego przez proces boloński i albo chowają się w domu, albo piszą za wielkie pieniądze felietony do gazet. Europa straciła wolę życia, wolę wielkości i zamiłowanie do przewodzenia światu. Nic na to chwilowo nie poradzimy, możemy tylko mieć nadzieję, że z czasem - dzięki zabiegom, o których nie miejsce tu pisać - przyjdzie kolejne odrodzenie. Na pewno jednak nieprędko.
To nie znaczy, że musimy zarzucić nasze europejskie marzenie, przecież świat emocjonalnej, intelektualnej i duchowej wyobraźni nie musi przystawać do rzeczywistości. Gdyby tak było, to po co byłaby wyobraźnia. A zatem traktując z radością Unię, warto wiedzieć, że nie ma ona zbyt wiele wspólnego z europejskim marzeniem. Tak już jest i tak będzie w najbliższych dekadach, chyba że Rosja znowu swoim grubiaństwem pobudzi europejską wyrafinowaną kulturę. Nie jestem jednak pewien, czy wypada, czy warto i czy można na to liczyć.
Europa naszych czasów jest intelektualnie wyczerpana, duchowo wyleniała, a artystycznie żyje dzięki dziwactwom, które na tle powszechnej nudy bawią świat
@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.00000140a.803.jpg@RY2@
wojtek górski
Marcin Król filozof, historyk idei
Marcin Król
filozof, historyk idei
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu