Kurs życia
Rząd wprowadza nowe, trudniejsze egzaminy na prawo jazdy i podnosi się larum - że za trudno, że biurokracja, że niepotrzebnie. No więc politycy liberalizują przepisy. I co? I znowu larum - że wypuszcza na drogi piratów, że nam młodzież po drzewach rozbijała się będzie. A prawda jest taka, że wszelkie wprowadzane zmiany są jak malowanie zagrzybionej ściany - po czasie pleśń znowu wychodzi. Żeby pozbyć się jej raz na zawsze, trzeba ścianę wyburzyć i postawić na nowo. Jej fundamentem powinna być edukacja w przedszkolach i szkołach, a nie dopiero na kursach. Tak w przyszłych kierowcach wykształci się coś znacznie cenniejszego niż nawyki - świadomość i odpowiedzialność.
Z obowiązkowych kursów w obecnej formie należy w ogóle zrezygnować. Bo jedni potrzebują 30 godzin, żeby zacząć rozróżniać pedał hamulca od dźwigni kierunkowskazu, a innym wystarczą trzy godziny, aby nieźle pojąć, na czym polega jazda po zatłoczonym mieście. Wniosek: pierwsi powinni z automatu otrzymywać zakaz prowadzenia pojazdów aż do śmierci, a drudzy mieć możliwość ćwiczenia z rodzicem siedzącym w fotelu pasażera. Jemu bardziej będzie zależało na bezpieczeństwie swojej pociechy niż wszystkim instruktorom i egzaminatorom razem wziętym.
A wypadki z udziałem dziewiątki nastolatków w pięcioosobowym aucie zdarzały się będą zawsze. Tyle że to już nie wina systemu kształcenia. Tu winna jest głupota. A nad nią jeszcze żaden system nie zdołał zapanować.
@RY1@i02/2014/078/i02.2014.078.000000200.802.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu