Odpowiednie dać rzeczy słowo
Świat pędzi do przodu, a my razem z nim. Badania naukowe w wielu dziedzinach pokazują tak szybki postęp, że jeszcze nie tak dawno najwięksi optymiści nie śmieliby zakładać, że jest to w ogóle możliwe. Pełnymi garściami czerpiemy z owego rozwoju. Urządzenia, z których korzystamy, są coraz bardziej zaawansowane. Sposoby wykorzystania tego, co używamy na co dzień, są coraz bardziej wymyślne. To dobrze - bo dzięki temu wiele spraw staje się łatwiejszych, a życie jest coraz bardziej urozmaicone.
Ale ponosimy też tego konsekwencje. Renesansowy model, w którym można było być specjalistą w większości istniejących dyscyplin naukowych, minął bezpowrotnie. Idziemy dalej, umiemy więcej, ale dotyczy to pojedynczych wybranych dziedzin. Multidyscyplinarność obecnie to raczej dodanie do tego, co się chce badać, ścieżki narzędziowej (matematycznej, informatycznej, statystycznej). Poruszamy się więc zawodowo w dość wąskich kręgach znawców danego tematu. I robimy się coraz bardziej hermetyczni.
Objawia się to między innymi zmianami języka, jakim się posługujemy: coraz bardziej wyszukane zwroty (takie najlepiej "strasznie techniczne i branżowe"), często z braku odpowiednika krajowego oparte na zapożyczeniu z języków obcych, i skróty, żeby było szybciej. Czasami przykładamy się do tego procesu nieco bezwiednie, czasem zaś przyspieszamy go, by przekonać rozmówców, jacy jesteśmy świetni w swojej dziedzinie. Najczęściej wtedy, gdy szerokiej publiczności chcemy zaoferować towar czy usługę, w której - jak nam się wydaje - jesteśmy najlepsi.
Jak dziś pamiętam (uwaga, będzie po angielsku) billboard, na którym widniała reklama firmy specjalizującej się w systemach informatycznych. Po zdaniu zachęty dla klienta, że widzi ogłoszenie najlepszych z najlepszych, wymienione zostały dziedziny, w których się specjalizowali, opisane trzy-, czteroliterowymi skrótami. Owszem, kilka rozpoznałem, ale większość wyglądała jak losowe kleksy: XPT, W4DB, MCP... Brakowało tylko dodania R2D2 i C3PO dla miłośników "Gwiezdnych wojen". Choć mogłem być wtedy jednym z inspiratorów skorzystania z nowoczesnych rozwiązań informatycznych w mojej firmie - od tej reklamy uciekłem, bo nie miałem pojęcia, czy coś tu jest dla nas.
Oczywiście moja potrzeba zrozumienia tematu dotyczy też innych dziedzin. Chciałbym choćby rozumieć, co mówi do mnie miły pan zachwalający mi telewizory (i czym istotnym jeden model telewizora różni się od drugiego), czy lekarz tłumaczący, na czym polegają przyczyny moich niedomagań zdrowotnych.
Z hermetycznością języka branżowego trafiają się też zabawne sytuacje. Pewnego razu spotkałem się z kilkorgiem przyjaciół na tzw. wieczorne Polaków rozmowy. Było świetnie. Po wyczerpaniu tematów wspominkowych i bieżących, dwóch kolegów znalazło nowy wdzięczny kierunek dyskusji - przekonywali całą resztę, że nie ma to jak w rozwiązaniach firmowych dobry CRM. No po prostu "CRM rządzi". Wymieniali się między sobą uwagami technicznymi, poklepywali po plecach jako starzy kumple branżowi, zachęcali nas do skorzystania z dobrodziejstwa systemu. Obaj mieli rację, ale nie śmiałem im powiedzieć, że mówią o różnych rzeczach - jeden był specjalistą w zakresie informacji zarządczej, drugi zajmował się analizowaniem relacji z klientami.
@RY1@i02/2014/078/i02.2014.078.000001000.802.jpg@RY2@
Wojtek Górski
Piotr Soroczyński główny ekonomista KUKE
Piotr Soroczyński
główny ekonomista KUKE
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu