Godność bez sensu, godność bez kasy
Koniec końców chodzi o to, żeby ktoś, kogo bliżej nie znam, miał jeszcze więcej forsy" - powiedział mi ostatnio rozczarowany pracą w doradztwie finansowym kolega (nazwijmy go Adaś). Wpatrywał się przy tym w kieliszek całkiem niezłego wina, na które ciężko pracuje dwanaście godzin na dobę przez siedem dni w tygodniu. Lubi swoją pracę, ale nie ma wrażenia, że zmienia świat na lepsze. Czasem nawet wydaje mu się, że w ogóle niczego nie zmienia, ani na lepsze, ani na gorsze: po prostu reorganizuje cyfry na jakichś kontach w perwersyjnie energochłonny sposób, który co prawda zapewnia mu dobre wino, ale odbiera czas na jego picie i niszczy mu życie osobiste. Gdzie tu sens?
U innej znajomej (nazwijmy ją Kasią) dopiero urlop macierzyński odsłonił bezsens lubianej dotąd pracy w prestiżowej korporacji. P.d. (przed dzieckiem) wydawało jej się, że los firmy, a może i większej części świata, spoczywa na jej barkach. Były dedlajny, projekty, więcej projektów; biuro, do którego wpadały tuziny osób dziennie w sprawach absolutnie podbramkowych. Żonglując zadaniami jak szalony klaun płonącymi tasakami w cyrku dla dorosłych, była pewna, że jest Atlasem, bez którego niebo zawali się nam na głowy. Nie zawaliło się. Nikt nie umarł; niektóre jej projekty wstrzymano, o innych zapomniano, inne przeciekły do kalendarzy innych. Teraz czuje się jak chomik, któremu zabrano kółko do ćwiczeń, a to boli o tyle bardziej, że dopóki gryzoń biegł, to myślał, że biegnie gdzieś w bardzo ważnej sprawie.
Mówią, że praca to źródło godności. Ale przecież nie praca bez sensu. Tymczasem wystarczy zafundować wódkę wysoko postawionemu białemu kołnierzykowi, by słuchać narzekań na bezsensowność jego zadań. Szefowie sprzedaży działu AGD na Europę łkają, że chociaż wzrósł im popyt na pralki w kolorze écru, jakoś ich to nie cieszy. Księgowi, dzięki morderczym treningom na eSGHah i Harvardach przesunęli liczbę z lewa na prawo i dostali awans, ale nie czują, że to coś zmienia. Niedawno David Graeber, profesor antropologii z London School of Economics, napisał, że nie spotkał jeszcze prawnika korporacyjnego, który w sekrecie nie uważałby, że jego praca to bzdura. Według Graebera system, w którym żyjemy, szaleńczo reprodukuje coraz bardziej wyspecjalizowane posady, które są, z punktu widzenia wieczności, coraz bardziej idiotyczne. Bezsens jest praktyczny (nic ważnego się w świecie dzięki nim nie zmienia) i moralny (nie zwiększa się suma dobra). Praca daje godność; dodajmy do tego naszą lokalną pozostałość z lat komunizmu, w którym praca utożsamiana jest w ogóle z byciem "kimś" - i rodzi się jeszcze bezsens egzystencjalny (jaka jest moja wartość, pytają wykształceni ludzie, skoro miast wstrzymać plagę HIV, pędzę raźno w chomiczym kółku?). Graeber twierdzi, że taka sytuacja powoduje głęboki problem psychologiczny - szukamy godności przez pracę, ale nie znajdziemy jej, gdy wiemy, że nasza praca w ogóle nie musi istnieć.
Zejdźmy więc, w poszukiwaniu godności, nieco niżej po społecznej drabinie, gdzie kwestia sensu bywa bardziej oczywista. Tu pielęgniarka wstrzykuje morfinę po operacji i pacjenta przestaje boleć. Robotnik stawia cegłę na cegle i jest mur. Projekt przewożenia chorych karetką nie rozpłynie się w korporacyjnych oparach absurdu, jak projekty Kasi, bo stojąca za nim potrzeba nie została stworzona przez twórców tej usługi. Śmieciarki wywożą prawdziwe odpady na prawdziwe wysypiska, byśmy nie zginęli w dojmująco prawdziwej kupie śmieci - cóż za kontrast z mieszaniem w wirtualnych cyferkach w wykonaniu Adasia. Czy można westchnąć z ulgą, wiedząc, że przynajmniej tu praca może dać poczucie godności? Ech, nie. Jesteśmy kimś dlatego że wnosimy do świata realną wartość, ale też dlatego że inni tę wartość cenią. A miara jest dziś głównie finansowa. Tu Adaś i Kasia wygrywają z pielęgniarką, chociaż boom na ich akcje nie ma realnego pokrycia. A pielęgniarka chętnie oddałaby kawałek sensu, żeby dotrwać do pierwszego i czuć się trochę bardziej jak człowiek.
Zabawna jest więc nasza rzeczywistość. Do pełni człowieczeństwa, twierdzą nestorzy systemu, trzeba nam trochę sensu i trochę dobrobytu. Ale płaca zwykle rośnie proporcjonalnie do bezsensu. I przetrwaj tu, człowieku, między młotem idiotyzmu a kowadłem biedy. Albo zostań prezydentem Stanów Zjednoczonych, gdzie i płaca godziwa, i robota niegłupia.
@RY1@i02/2014/066/i02.2014.066.00000090a.802.jpg@RY2@
WOJTEK GÓRSKI
Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Karolina Lewestam
etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu