Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Żyjemy w świecie racji stanu

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 26 minut

Wydarzenia na Ukrainie, a zwłaszcza planowane na najbliższą niedzielę referendum na Krymie, powodują nieustanne powracanie pojęcia suwerenności i samostanowienia narodowego, najczęściej występujących wspólnie, wymawianych jednym tchem i równie dobitnie. A przecież są to dwie zupełnie odrębne idee, o całkowicie odmiennej historii i powinny być stosowane z dużą ostrożnością, jeżeli w świecie pełnym słów, w jakim żyjemy, mają jeszcze cokolwiek znaczyć. Napisano na te tematy tysiące książek (niektóre czytałem), ale spróbujmy postawić sprawy jasno i bez zbędnych niuansów (na ogół wymyślonych przez teoretyków).

Suwerenność, czyli świat westfalski

O nowożytnym wyobrażeniu suwerenności państwowej nie można mówić przed rządami kardynała Richelieu i teoriami (nieco wcześniejszymi) Jeana Bodina (w Polsce ukazała się jego główna książka "Sześć ksiąg o Rzeczypospolitej"). Richelieu i jego następca kardynał Mazarin próbują zjednoczyć Francję nie tylko zagrożoną przez wojny religijne i obce mocarstwa, ale - przede wszystkim - przez własnych obywateli. Wielcy panowie (łącznie z bratem króla Ludwika XIII), którym nie odpowiadała jakaś decyzja monarchy czy też jego postępowanie, natychmiast udawali się po pomoc do teoretycznie wrogiej Hiszpanii, do Anglii (królowa Anna Austriaczka miała zapewne platoniczny romans z lordem Buckinghamem - stąd "Trzej muszkieterowie") albo do jeszcze bardziej wrogich Habsburgów austriackich. I nikomu nie stawiano oczywistego - wydawałoby się - zarzutu zdrady państwa. Bo suwerennego państwa w zasadzie nie było. Dopiero Richelieu wprowadza w życie ideę racji stanu i suwerenności wewnętrznej i zewnętrznej, co długo nie podoba się wielkim panom. Jeszcze Mazarin musi się rozprawić z Frondą (czyli buntem przeciwko państwu), ale w końcu w rezultacie pokoju westfalskiego (1648 r.) do dzisiaj trwa zasada suwerenności państwa i jego granic. Do dzisiaj często też padają pytania, czy żyjemy w świecie westfalskim, czy też postwestfalskim. To znaczy czy suwerenność państwa dalej jest niekwestionowana, a jeżeli jest, to na jakich zasadach.

Pogwałcenie suwerenności (w tym integralności terytorialnej, która jest częścią suwerenności) to od tamtych czasów casus belli, wojny naturalnie czasem przegrywanej i suwerenności traconej. Po 1945 r. uznano (ONZ), że jest to akt niedopuszczalny, ale mimo to do niego dochodziło, chociaż coraz rzadziej w Europie. Zupełnie osobna jest sprawa ograniczenia suwerenności państwowej na skutek umów i związków międzynarodowych, o czym tu nie mówimy.

Samostanowienie narodowe, czyli bałagan

Ideę samostanowienia narodowego sformułowało dwóch polityków, niezależnie od siebie i z całkowicie odmiennych stron świata. W 1917 r. Lenin ogłosił zasadę samostanowienia narodów (czasem używa się samookreślania), a niedługo potem prezydent Woodrow Wilson nieświadomie powtórzył ją wśród swoich punktów, wedle których miał decydować kongres wersalski.

Co ciekawe, obaj się mylili. Lenin nawet nie kłamał, tyle że nie zdawał sobie sprawy z tego, iż polityka komunistyczna będzie musiała sięgać po metody sprzeczne ze samostanowieniem narodów (1920 r. i Polska), a prezydent Wilson, który nie znał Europy, sądził, że samostanowienie narodów, czyli zasada, że wola narodowa określi kształt państwa, to prosta sprawa. Okazało już w pierwszych miesiącach 1919 r., w trakcie obrad kongresu, że sprawy są niesłychanie skomplikowane i chociaż akurat Polska skorzystała na idei samostanowienia narodowego, to Węgry utraciły dużą część terytorium, a Ukrainie tego prawa nie przyznano, z kolei utworzono nieistniejący naród czesko-słowacki, czy też urządzano idiotyczne plebiscyty w wiadomymi fatalnymi rezultatami. Po 1945 r. (znowu ONZ) samostanowienie narodów stało się zasadą prawa międzynarodowego, chociaż zasadą wielce wątpliwą, bo nie wiemy, czy rzeczywiście istnieje wiele narodów - uznawanych za takowe - w Afryce, a nawet nie wiemy, czy istnieje naród kosowski. Słowem bałaganu z racji stosowania zasady samostanowienia narodowego było niemal tyle, ile pożytku.

Po 1989 r. okazało się (chociaż wiadomo już było w okresie międzywojennym), że idea samostanowienia narodowego sprawia mnóstwo kłopotów i szkodzi zarówno państwowej suwerenności zewnętrznej, jak i wewnętrznej. Idea - niewątpliwie szlachetna - nawet w najbardziej demokratycznych państwach, w których prawa mniejszości (w tym narodowych) są rygorystycznie przestrzegane, skłania narody czy narodowości do zgłaszania nieustających pretensji, z którymi bardzo trudno jest czasem sobie poradzić władzy państwowej, a które dodatkowo są przyjmowane zawsze z niechęcią przez narodową większość. Ponadto pojawili się imigranci i będą pojawiali w coraz większej liczbie, co tylko utrudni sensowne rozwiązywanie tego problemu.

Obecnie mamy w Europie kilka bardzo poważnych kwestii politycznych związanych z wewnętrznym lub zewnętrznym domaganiem się samostanowienia narodowego. Wymieńmy je pobieżnie: Węgrzy w Słowacji, Rumunii i Serbii; Szkoci w Wielkiej Brytanii; Baskowie i Katalończycy w Hiszpanii; Romowie - wszędzie; oba narody w Belgii i tak dalej. Nie wspominam o znacznie mniej drastycznych sporach i żądaniach, których jest więcej i które czasem trudno zaklasyfikować (jak Ślązacy w Polsce) lub które nie mają charakteru dążenia do samostanowienia, a jedynie domagania się większej autonomii, jak Polacy na Litwie.

Nie ma jednego sposobu na rozwiązanie tych kłopotów, tak by nie została naruszona nadrzędna zasada suwerenności państwowej. Czasem jest to możliwe, czasem nie, a czasem w pewnym stopniu - co nikogo z reguły nie zadowala. Jednak przyjęliśmy w cywilizowanym świecie, że z racji obawy przed wojną czy tylko agresją zasada suwerenności jest nienaruszalna. I od tego nie może być wyjątków, bo wojna byłaby potencjalnie wszechobecna, a pokój tylko marzeniem. Do 1989 r. zasadę suwerenności uznawano nawet w oczywistych przypadkach jej naruszenia, czyli wobec krajów znajdujących się pod dominacją sowiecką.

Więcej autonomii

Dochodzimy zatem do wniosku, że nie jest możliwe - w dzisiejszym świecie zachodnim - zrealizowanie woli samostanowienia narodowego bez ograniczenia suwerenności danego państwa. Jedyna niekonfliktowa sytuacja to dobrowolne zrzeczenie się suwerenności i integralności terytorialnej, a jedynym wyobrażalnym przypadkiem jest casus Szkocji. Pomyślmy bowiem, co by się stało, gdyby Węgrzy słowaccy ogłosili niepodległość lub postanowili się przyłączyć do Węgier, ba, gdyby Litwini mieszkający w rejonie Puńska zrobili podobnie. Konsekwencje nie do wyobrażenia. Wprawdzie w 1919 r. jeszcze miała miejsce taka próba, mianowicie w Wersalu pretensje do suwerenności opartej na woli samostanowienia narodowego zgłosiło (istniejące od XIII wieku) Księstwo Cieszyńskie. Przez moment sprawę rozważano, ale kiedy premier Lloyd George zapytał w Izbie Gmin, kto słyszał o państwie "Teschen", odpowiedziało mu milczenie. Sprawa upadła.

W trakcie i po kongresie wersalskim stosowano ideę referendum w celu wykazania woli samostanowienia narodowego. Jak wiemy - i to nie tylko dla Polski - idea ta okazała się fatalna. Fatalna już wówczas, kiedy to stwarzano nowe państwa, odbudowywano stare i rozpadowi uległy cesarstwa. Przy skali ówczesnych zmian fatalne referenda były mało istotne, a i tak spowodowały konsekwencje, które - między innymi - doprowadziły do następnej wojny. W demokracji bowiem nie może dominować wola samostanowienia narodowego, lecz - z racji historycznych i terytorialnych zawiłości europejskich - idea szacunku dla mniejszości i maksymalizacji autonomii.

Kilku historyków i kilku polityków rysowało już mapy Europy: jak jest obecnie i jak by wglądała, gdyby zrealizowane zostały mniej lub bardziej poważne pretensje terytorialne i narodowe poszczególnych państw oraz grup narodowościowych w obrębie istniejących państw. To by dopiero była rewolucja!

Dlatego należy stosować wszystkie zasady ostrożności, kiedy jakiekolwiek państwo próbuje pobudzić ideę samostanowienia narodowego wbrew idei suwerenności państwowej. Jeżeli Zachodowi zależy na względnym spokoju, jeżeli uwzględnimy, jaka jest dzisiaj swoboda poruszania się i komunikowania między państwami, między społeczeństwami i między ludźmi z różnych państw europejskich, jeżeli wreszcie uznajemy, że państwo narodowe powoli, bardzo powoli, ale jednak będzie coraz mniej silne, a wspólnoty lokalne coraz bardziej, to wszystko przemawia za powolnym porzucaniem idei samostanowienia narodowego, a na pewno nie za jej przywoływaniem.

Dlatego postawa Rosji w sprawie Krymu jest nie tylko agresywna i niezgodna z prawem międzynarodowym, co wiemy doskonale, ale jest także głęboko niemądra, by nie rzec - głupia. Rosja ożywić próbuje idee, które mogą jej samej najprędzej zaszkodzić. Przecież w skład obecnej Rosji wchodzi wiele narodów, które w każdej chwili mogą zacząć się domagać samostanowienia. Owszem, obecnie Rosja im po prostu na to nie pozwoli, ale czyż nie zdaje sobie sprawy z tego, że świat się zmienia i że lepiej trzymać się idei suwerenności? Wprowadzając ideę samostanowienia narodowego na Krym, Rosjanie narażają własną suwerenność na Kaukazie i na Dalekim Wschodzie, na rosyjskich terytoriach muzułmańskich i tych już dzisiaj zamieszkanych przez miliony Chińczyków.

Nie ruszajmy zatem granic, a dyskutujmy o autonomii, nie tylko dlatego, że ruszanie granic grozi wojną, ale także dlatego, że żyjemy wciąż w świecie westfalskim, w świecie racji stanu.

W 1919 r. podczas konferencji wersalskiej pretensje do suwerenności opartej na woli samostanowienia narodowego zgłosiło (istniejące od XIII wieku) Księstwo Cieszyńskie. Przez moment sprawę rozważano, ale kiedy premier Lloyd George zapytał w Izbie Gmin, kto słyszał o państwie "Teschen", odpowiedziało mu milczenie. Sprawa upadła

@RY1@i02/2014/051/i02.2014.051.000001600.803.jpg@RY2@

Marcin Król filozof, historyk idei

Marcin Król

filozof, historyk idei

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.