Niebezpieczne miraże bezinflacyjnego ożywienia
Obserwując komentarze ze strony członków Rady Polityki Pieniężnej, jak też wielu komentatorów rynkowych, można dostrzec przebijające z tych wypowiedzi poczucie satysfakcji z tego, że mamy niesamowicie komfortową sytuację w polityce pieniężnej. Widać bowiem, że polska gospodarka przyspiesza i w najbliższych kwartałach będzie dalej przyspieszać. A inflacja ani drgnie, przy tym prognozy na dalszą część roku dość jednomyślnie sugerują, iż pozostanie niska. Czyli - z punktu widzenia RPP - mamy wprost idealną sytuację, która coraz częściej określana jest mianem "bezinflacyjnego ożywienia". Tym samym najbliższe miesiące i kwartały jawią się dla banku centralnego jako czas wręcz idylliczny, w którym władze pieniężne będą mogły spokojnie obserwować, jak gospodarka rośnie w siłę, i nie będą musiały robić nic, bo to przecież będzie bezinflacyjne ożywienie. Niestety takie podejście może się okazać pułapką. Wiara w bezinflacyjne ożywienie to znakomity usypiacz czujności, który zwiększa ryzyko, że w całkiem niedalekiej przyszłości gospodarcza rzeczywistość może niemiło zaskoczyć RPP.
Jak pokazują historyczne doświadczenia, na naszym krajowym gospodarczym podwórku nie występowało coś takiego jak bezinflacyjne ożywienie. Trwałe ożywienie gospodarcze zawsze wcześniej czy później skutkowało wzrostem inflacji. Zwróćmy uwagę na kluczową część poprzedniego zdania, na frazę "wcześniej czy później". Nie ma stałej relacji czasowej (opóźnienia) pomiędzy początkiem ożywienia a początkiem wzrostu popytowej presji na ceny. Nie ma, bo takiej stałej relacji być nie może. To, jak szybko poprawa sytuacji gospodarczej zacznie przekładać się na inflację, zależy od struktury ożywienia: na ile opiera się ono na popycie krajowym, a na ile zagranicznym. Zasada jest prosta i zdroworozsądkowa. Im bardziej ożywienie wynika z poprawy w kraju, tym szybciej zobaczymy jego wpływ na inflację.
Tak dochodzimy do drugiego z kluczowych elementów inflacyjnej układanki. Pierwszy etap naszego bieżącego ożywienia opierał się wyłącznie na eksporcie netto. Z definicji więc nie mógł wywierać presji popytowej na ceny, bo popyt krajowy był słabiutki. Po raz pierwszy małą, pozytywną kontrybucję popytu krajowego do naszego PKB zobaczyliśmy dopiero w III kw. 2013 r. Ale już kwartał później popyt krajowy odpowiedzialny był za prawie połowę naszego wzrostu gospodarczego. A wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w kolejnych kwartałach ten udział będzie całkiem dynamicznie wzrastał. Tym samym powoli, lecz nieuchronnie zbliżamy się do punktu (prawdopodobnie będzie to druga połowa tego roku), w którym popyt krajowy jednak zacznie zwiększać inflację. Jeśli dołożymy do tego kilka innych czynników, takich jak niska baza z ubiegłego roku czy też rosnące napięcia cenowe na światowych rynkach żywnościowych, to trudno oprzeć się wrażeniu, że w nie tak odległej znów przyszłości może nas spotkać niemiła inflacyjna niespodzianka.
Wnioski? Małe są szanse na bezinflacyjne ożywienie. Wcześniej czy później inflacja wzrośnie. Wtedy RPP będzie musiała zareagować podwyżkami stóp. A reakcja ta będzie tym większa, im bardziej teraz Rada uwierzy w cuda, czyli w to, że można mieć mocny wzrost gospodarczy bez inflacji. Nie odrzucajmy więc a priori scenariusza zakładającego, że pierwsze podwyżki stóp będą miały miejsce jeszcze w tym roku, ani też tego, że skala wzrostu stóp może być znacznie większa niż szacują obecne bezinflacyjne prognozy rynkowe.
@RY1@i02/2014/044/i02.2014.044.00000110a.802.jpg@RY2@
Marcin Mróz główny ekonomista w Grupie Copernicus
Marcin Mróz
główny ekonomista w Grupie Copernicus
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu