Sąd pod (o)sąd
Niezawisłość i niezależność sędziowska nie mogą oznaczać, że Temida jest poza wszelką krytyką. Pozostawanie poza systemem ocen może prowadzić do nieuzasadnionego przeświadczenia o własnej nieomylności
Jedną z podstaw prawidłowego funkcjonowania państwa jest niezależność wymiaru sprawiedliwości, w tym władzy sądowniczej. I nikt rozsądny nie próbuje tej zasady zmienić (oczywiście jeżeli chcemy, aby kraj był uznawany za demokratyczny). Potwierdzeniem tego, że obowiązuje, są spektakularne widowiska, jak choćby ostatnie, związane ze zwolnieniem z więzienia mordercy, który odsiedział wyrok 25 lat więzienia. W tym przypadku państwo w osobach swoich przedstawicieli takich jak minister sprawiedliwości czy dyrektor zakładu karnego zachowywało się tak, jakby było uczestnikiem prowokacji przeciwko skazanemu. Z kolei wymiar sprawiedliwości: prokuratura i sąd postąpiły nienagannie, nie ulegając krótkotrwałym oczekiwaniom politycznym. Te ostatnie rzekomo były odzwierciedleniem oczekiwań społecznych. Jeżeli tak, to tych płytkich, dosyć prymitywnie odbiegających od zasad państwa prawa.
Zmącony obraz
Niestety sprawa skazanego T. pokazuje histerię, w którą regularnie wplątuje się władza wykonawcza. Mieliśmy już próby ręcznego sterowania postepowaniem w związku z aferą Amber Gold, sprawę "mamy Madzi", "chemiczną kastrację", dymisję ministra sprawiedliwości w związku z wydarzeniem w jednym z zakładów karnych (powieszenie się więźnia w celi).
To zmącony obraz, w którego tle jest wymiar sprawiedliwości i jego konkretni przedstawiciele. Prokuratura zachowuje się czasem w sposób niezrozumiały, będący efektem oczekiwań zwierzchników. W sądownictwie zaś rzeczywistość najczęściej jest rzeźbiona zasadą niezawisłości sędziowskiej, co często rozumie się tak, że sędziowie mogą robić wszystko. Czy naprawdę wszystko można wytłumaczyć ich niezawisłością i niezależnością?
Przywołałem już w tym felietonie kilka znanych przypadków z Polski "prowincjonalnej", czyli niewarszawskiej: z Gdańska, Katowic, Rzeszowa. Teraz dołożę do tego Chełm.
Wojna o dziecko
Dosyć głośnym echem (choć nie aż takim jak np. historia choćby "mamy Madzi") odbiła się wojna o prawo do dziecka, mająca swój finał przed tamtejszym sądem rejonowym. W dużym skrócie wyglądało to tak: 18 grudnia 2013 r. w Dorohusku straż graniczna zatrzymała obywatelkę Niemiec z 2,5-letnim synem, zamierzającą drogą kolejową przekroczyć granicę UE i udać się na Ukrainę. Dziecko figurowało na liście osób poszukiwanych jako zaginione, kobieta zabrała je bowiem bezprawnie.
Jak to możliwe, że matka była ścigana za porwanie własnego dziecka? Chłopczyk urodził się na Malcie i był owocem nieformalnego związku kobiety z innym obywatelem Niemiec. Para zaczęła walczyć o potomka po rozstaniu, a sąd na Malcie prawomocnym wyrokiem przyznał prawo do dziecka ojcu, pozbawiając tego prawa matkę. Kobieta zabrała jednak chłopczyka i wyrobiła mu nowy paszport, na swoje własne nazwisko (tak, tak, błędy popełniają również urzędnicy niemieccy).
W ten sposób mogła swobodniej poruszać się po krajach UE bez specjalnych obaw, że zostanie zatrzymana jako nieuprawniona do opieki nad dzieckiem. Na marginesie dodajmy, że maluch już wtedy chorował na rzadką chorobę - astmę poinfekcyjną.
Ostatnia faza tej wojny rozegrała się w Chełmie, na neutralnym, polskim gruncie. Niestety jej przebieg chwały nam nie przynosi. A to przede wszystkim poprzez działanie wymiaru sprawiedliwości. Najpierw dziecko z matką było przetrzymywane 3 dni na granicy (to akurat nie było winą Temidy). Potem do działania przystąpił sąd, który na podstawie posiadanych dokumentów, a więc prawomocnych wyroków wydanych w jednym z krajów UE, miał potwierdzić prawo do dziecka i zasądzić jego wydanie jednemu z rodziców.
10 stycznia 2014 r. rozpoczął długotrwałe przesłuchanie, po czym odroczył rozprawę. 16 stycznia wydał zarządzenie zakazujące matce kontaktu z dzieckiem. 3 lutego wyraził zgodę (po zasięgnięciu opinii psychologa, pedagoga i pediatry) na możliwość widywania się rodziców z chłopcem. Ostatecznie 10 lutego wydał wyrok nakazujący wydanie ojcu dziecka. Po prawie 2 miesiącach. Ktoś może powiedzieć, że jak na standardy polskie to szybkie działanie.
A co działo się w międzyczasie? Dziecko początkowo przebywało z matką w chełmskim domu małego dziecka (DMD). Oczywiście przy okazji postępowania sądowego przebywało też na sali sądowej. Ze względu na wspomnianą astmę jego stan się pogorszył i po 11 dniach pobytu w DMD, dziecko zostało umieszczone najpierw w szpitalu w Lublinie, a potem w szpitalu w Chełmie, już - decyzją sądu - pod opieką ojca.
Obok pokoju dziecka porządku pilnowali policjanci, nie dopuszczając przebywających pod odziałem matki i babci. Matce raz udało się skontaktować z synkiem w momencie, gdy ojciec na chwilę opuścił salę, szybko została jednak wyproszona. Później skupiła się na zaangażowaniu w sprawę mediów, które następnie zaprezentowały tylko jej punkt widzenia. Po pobycie w szpitalu w Chełmie dziecko przewieziono do kliniki w Lublinie, aby z powrotem wróciło do Chełma.
Oczywiście prezentuję wszystkie zdarzenia skrótowo, ale i tak nietrudno sobie wyobrazić małego, 2,5-letniego chłopczyka, którego psychika została poważnie obciążona gehenną, którą przeżył.
Amerykański styl
A przecież można było tego uniknąć. Nie twierdzę, że nie były konieczne badania psychologiczne itp., ale twierdzę, że gdyby sąd rodzinny pracował w stylu amerykańskim, dzień po dniu, to nie mielibyśmy obrazu bezduszności wymiaru sprawiedliwości. Jakże trzeba nie mieć wyobraźni, aby skazać dziecko na odbijanie jak piłeczkę pingpongową między matką a ojcem. Jakże trzeba nie rozumieć, że mamy do czynienia ze sprawą, która wymaga nadzwyczajnej staranności i szybkości wyrokowania. Dziecko zapewne uniknęłoby nie tylko szpitala, ale jego stan psychiczny byłby dużo lepszy, gdyby wyrok - zgodny z wyrokiem sądu maltańskiego, co się ostatecznie stało - został wydany niezwłocznie.
Na marginesie wypada wspomnieć o zachowaniu mediów. Tendencyjne, jednostronne, prezentujące obraz: zły ojciec - dobra matka. Miało to miejsce zarówno w prasie regionalnej, jak i w pierwszym programie TVP.
Niezawisłość i niezależność sędziowska nie może oznaczać, że Temida jest poza wszelką krytyką. Pozostawanie poza systemem ocen może prowadzić do nieuzasadnionego przeświadczenia o własnej nieomylności.
Gdyby sąd rodzinny pracował w stylu amerykańskim, dzień po dniu, to nie mielibyśmy obrazu bezduszności wymiaru sprawiedliwości. Jakże trzeba nie mieć wyobraźni, aby skazać dziecko na odbijanie jak piłeczkę pingpongową
@RY1@i02/2014/036/i02.2014.036.070000600.804.jpg@RY2@
FOT. KAMIL MACNIAK/SHUTTERSTOCK
@RY1@i02/2014/036/i02.2014.036.070000600.805.jpg@RY2@
Prof. zw. dr hab. Andrzej Kidyba kierownik Katedry Prawa Gospodarczego i Handlowego na UMCS w Lublinie
Prof. zw. dr hab. Andrzej Kidyba
kierownik Katedry Prawa Gospodarczego i Handlowego na UMCS w Lublinie
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu