Wielki upadek Słońca Podkarpacia
Jedna z pierwszych prywatyzacji - znanego kombinatu Igloopol - zakończyła się skandalem i oskarżeniami o uwłaszczenie nomenklatury
Sprawa zaczęła się w kwietniu 1989 r., gdy dyrektor kombinatu rolno-przemysłowego Igloopol w Dębicy Edward Brzostowski, od 1983 r. wiceminister rolnictwa, powołał spółkę akcyjną Zjednoczone Zakłady Rolne, Przemysłowe, Handlowe "Igloopol" SA, której został prezesem. Ruch ten otrąbiono jako sygnał nowych porządków: "Pierwszy akcjonariat pracowniczy w powojennej Polsce". Bo niemal wszyscy pracownicy kombinatu dostali - zamiast nagród pierwszomajowych - akcje nowej spółki.
W czerwcu 1989 r. wicepremier Kazimierz Olesiak podjął decyzję o formalnej likwidacji kombinatu i wydzierżawieniu jego majątku nowej spółce. A był to majątek nie byle jaki, bo Igloopol - komunistyczny czebol produkujący niemal wszystko - plasował się w czołówce polskich przedsiębiorstw, zatrudniając w szczycie potęgi 37 tys. ludzi. Posiadał nawet zespół pieśni i tańca "Igloopolanie" i wielką władzę na zarządzanych przez siebie terenach: na żądanie firmy wojsko "rekultywowało" np. dolinę Wołosaty w Bieszczadzkim Parku Narodowym za pomocą trotylu. Kombinat przedstawiano też jako zielony archipelag sukcesu na mapie generalnej gospodarczej zapaści, a jego dyrektora - nazywanego Słońcem Podkarpacia - jako ekonomicznego geniusza, a zarazem dobrodzieja regionu, który i szpital w Tarnowie dokończył, i linię trolejbusową do swojej wsi zbudował.
Jednak malkontenci zaczęli sarkać, że prywatyzacja kombinatu była skokiem na kasę i mamy tu w istocie do czynienia z ordynarnym uwłaszczeniem nomenklatury. Jak pisała "Gazeta Wyborcza", pracownicy objęli tylko 15 proc. akcji spółki - tyle samo, co należąca do PZPR PHU Transakcja czy kontrolowany przez szefów firmy klub sportowy Igloopol, który zamiast kapitału wniósł do spółki m.in. ring bokserski. W dodatku utworzenie prywatnej firmy pozwalało Igloopolowi zaoszczędzić od kilku do kilkunastu miliardów złotych dywidendy, jaką zgodnie z nowym prawem musiały odprowadzać do budżetu państwowe przedsiębiorstwa. "Wyborcza" twierdziła też, że kombinat zawdzięczał sukcesy w niemałym stopniu temu, że choć 70 proc. jego produkcji pochodziło z działalności pozarolniczej, to nie płacił podatku dochodowego (65 proc. zysku) "na takich samych zasadach jak inni indywidualni rolnicy", jak tłumaczył jego prezes, w którego gestii pozostawało zaoszczędzone w ten sposób 26 mld starych złotych.
Sprawa zysków prywatnego już Igloopolu kosztem budżetu państwa niepokoiła nie tylko media, ale także kształtującą się opozycję. Zaciekłym przeciwnikiem tej prywatyzacji był m.in. wpływowy szef NSZZ "Solidarność" Rolników Józef Ślisz, który uczynił ją jednym z tematów obrad Okrągłego Stołu. Głos zabrało też wreszcie Ministerstwo Finansów, które jeszcze za rządów Rakowskiego orzekło, iż cała operacja była bezprawna i ekonomicznie szkodliwa. Raport resortu punktował m.in., że majątek państwowego jeszcze Igloopolu wyceniano na 145 mld starych złotych, a przy dzierżawie oszacowano go na 55 mld, a taki spadek wartości przy galopującej inflacji wydawał się nieco dziwny. Przekazanych zapasów, zasiewów, żywego inwentarza i ziemi (kilkadziesiąt tysięcy hektarów) w ogóle nie wliczono do wyceny i nie przewidziano za nie żadnych opłat dla budżetu. Ponadto okazało się, że kombinat miał długi 58 mld starych złotych, których spłata mogła przypaść Skarbowi Państwa, podczas gdy zyski z korzystania z jego majątku - spółce. Wreszcie państwowe przedsiębiorstwo można było według ówczesnego prawa zlikwidować, gdy było ono nierentowne, zbyt szkodliwe dla środowiska, zbyt energo- i materiałochłonne etc., a według resortu Igloopol nie spełniał żadnego z wymienionych wymogów. Negatywne opinie zgłaszała także NIK.
Na dodatek 1 września 1989 r. spółka wręczyła wypowiedzenia wszystkim pracownikom kombinatu, zapewniając przy tym, że zamierza w przyszłości zatrudnić większość z nich. Zwolnienie z dnia na dzień 37 tys. ludzi wywołało zainteresowanie także nowego już ministra pracy Jacka Kuronia. Atmosfera wokół Igloopolu gęstniała coraz bardziej, aż w marcu 1990 r. minister rolnictwa Czesław Janicki wypowiedział spółce umowę na korzystanie z majątku Skarbu Państwa, czyli w praktyce majątku dawnego kombinatu. Rozpoczęło to batalię sądową i przede wszystkim polityczną, w których ostatecznie zwyciężyli przeciwnicy Igloopolu i jego prezesa Wielkiego Eda. Sąd Najwyższy zdecydował o uchyleniu decyzji o rejestracji spółki, a posłowie zastanawiali się, czy Rakowski i Olesiak nie powinni za decyzje o Igloopolu stanąć przed Trybunałem Stanu.
Cała sprawa nie miała niestety szczęśliwego finału. Rozległy majątek byłego Igloopolu, którym nieudolnie - lub wręcz nieuczciwie, jak zarzucali niektórzy - zarządzał likwidator, został w dużej mierze zmarnowany i rozkradziony. Grunty - podobnie jak długi - przejęły Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa i państwowy wówczas BGŻ.
@RY1@i02/2014/011/i02.2014.011.00000140a.802.jpg@RY2@
Nic tak nie psuje państwa jak brak pamięci o skandalach
Małgorzata Werner
we współpracy z Centrum Cyfrowym przygotowuje bazę reakcji władz na afery w III RP, pisze również doktorat na ten temat
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu