Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Przyznali się do winy i byli z siebie dumni

30 czerwca 2018

To miała być największa afera III RP : najwyżsi urzędnicy zmówili się, by sprzedać stocznie podejrzanym indywiduom, o wszystkim wiedział minister skarbu, a może i sam premier

W październiku 2009 r. CBA poinformowało najwyższe osoby w państwie, że podejrzewa nieprawidłowości przy przetargach na Stocznię Gdynia SA i Stocznię Szczecińską Nową sp. z o.o. Do pism dołączono stenogramy rozmów urzędników resortu skarbu i podległej mu Agencji Rozwoju Przemysłu, którzy nadzorowali całą operację. Jak pisał wówczas "Wprost", który ujawnił treść nagranych przez biuro rozmów, "z dokumentów tych wyłania się obraz totalnego bezprawia, degrengolady i łamania zasad".

Prywatyzację stoczni prowadzono według uchwalonej w grudniu 2008 r. specustawy, bo miesiąc wcześniej Komisja Europejska stwierdziła, że wsparcie udzielane stoczniom przez państwo w latach 2004-2008 było niezgodne z unijnymi zasadami, wobec czego podlega zwrotowi. Ze względu na sytuację sprzedaż musiała się odbyć w kawałkach: 11 w wypadku Stoczni Szczecińskiej Nowej i aż 38 w wypadku Stoczni Gdynia. Choć w przetargach na kluczowe elementy wygrał egzotyczny oferent - zarejestrowany w Katarze fundusz inwestycyjny Stiching Particulier Fonds Greenrights - ostatecznie nie zapłacił i do transakcji nie doszło.

Z nagrań CBA wynikało, że przetargi ustawiano tak, by wygrali "Katarczycy". Według "Wprost" urzędnicy mieli przesuwać termin rejestracji uczestników, by Greenrights zdążyło wpłacić wadium, opóźniać start przetargu, bo "Katarczycy" chcieli jeszcze przeprowadzić konsultacje, pomagać w licytacji, informować o innych ofertach, manipulować zegarem odmierzającym czas. W sprawie mieli bezpośrednio uczestniczyć wiceminister skarbu Zdzisław Gawlik oraz prezes ARP Wojciech Dąbrowski i jego zastępca, a wiedzieć o niej - minister skarbu Aleksander Grad. Na domiar złego ze stenogramów wynikało, że ministerstwo i ARP nie miały pojęcia, komu pomagają. "Wziąłem te papiery i siedzieliśmy tutaj nad tymi właścicielami, tak naprawdę to jest tak zagmatwana sprawa, że do tego nijak nie można dojść, bo nie ma w tych wszystkich rejestrach uwidocznionych właścicieli, jest uwidoczniony tylko reprezentant. Nic nie ma w tym rejestrze" - mówił szef ARP. "...nosz k...a mać! To by trzeba szukać gdzieś na jakichś specjalnych wyszukiwarkach, nie no, zrobisz, co się da, k...a, trzeba coś zmontować, bo to pójdzie w eter! To oni będą szukać, dziennikarze, to trzeba wszystko w sposób wyważony zrobić i bezpieczny (...)" - odpowiadał na to jego zastępca.

Google nie dał jasnej odpowiedzi, kim są "Katarczycy", ale polscy urzędnicy znali za to już ich przedstawiciela - libańskiego handlarza bronią Abdula Rahmana El-Assira. Robił on wcześniej biznesy z Bumarem, który zalegał mu z wypłatą kilkunastu milionów dolarów prowizji za pośrednictwo. Libańczyk koncentrował też swoje wysiłki wcale nie na sprawach stoczni, ale na odzyskaniu pieniędzy od firmy zbrojeniowej.

Wszystkie te rewelacje CBA nagłośniło niemal jednocześnie z ujawnieniem stenogramów rozmów z afery hazardowej, także z udziałem ministrów z rządu Donalda Tuska i polityków PO, więc na posiedzeniach rządu musiało zrobić się gorąco. O ile jednak w sprawie Ryśka, Zbyszka i Mira kilku ministrów pożegnało się ze stanowiskami, w wypadku stoczni przyjęto zupełnie inną strategię. Oskarżeni przez CBA urzędnicy przyznali się do wszystkiego - i to z dumnie wypiętą piersią. "Tylko jeden podmiot, popularnie zwany Katarczykami, był zainteresowany kupnem stoczni jako takiej. (...) Innych chętnych - w dzisiejszej dramatycznej sytuacji przemysłu stoczniowego w Europie - zwyczajnie nie było. Wszyscy inni oferenci uczestniczyli w małych subprzetargach na budynek czy samochód. Dlatego nazywano tego inwestora »nasz«, dlatego robiono wszystko, by przetarg zakończył się pozytywnie" - oświadczył szef ARP Waldemar Dąbrowski. "To fakt, że myśmy chuchali i dmuchali, żeby ten inwestor do końca w tej procedurze wziął udział" - wtórował mu szef resortu skarbu Aleksander Grad.

I to, jak się okazało, wystarczyło. Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie, ale uznała, że choć faktycznie wiceszef ARP przekraczał uprawnienia, działał w dobrej wierze i nie przyjął żadnych korzyści majątkowych. Nie potwierdzono też doniesień związkowców, że ze Stoczni Gdynia wyprowadza się majątek. Wszyscy pozostali na swoich stanowiskach.

Rząd przypuścił też kontratak wobec szefa CBA Mariusza Kamińskiego, na którego złożył doniesienie, że nie poinformował od razu prokuratury o swoich podejrzeniach. A co więcej, to właśnie on miał zabezpieczać przetarg na stocznie przed takimi sytuacjami w ramach tarczy antykorupcyjnej zarządzonej osobiście przez premiera Tuska. Rozpętało to kilkuletnią walkę sądową z organizacjami pozarządowymi, które chciały dowiedzieć się, czymże jest owa tarcza.

A tarcza, jak i afera, okazała się tylko hasłem.

@RY1@i02/2014/002/i02.2014.002.000002500.802.jpg@RY2@

Nic tak nie psuje państwa jak brak pamięci o skandalach

Małgorzata Werner

we współpracy z Centrum Cyfrowym przygotowuje bazę reakcji władz na afery w III RP, pisze również doktorat na ten temat

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.