Dziennik Gazeta Prawana logo

Lepszy dromader niż wielbłąd

1 lipca 2018

Witamy w postkryzysowym świecie, gdzie coraz częściej mówi się o nierównościach. W związku z tym podstawowe pytanie brzmi: jak zasypać przepaść między bogatymi a biednymi? Zarówno obywatelami poszczególnych państw, jak i całymi narodami?

Refleksja dotycząca nierówności jest jak ferment, który rozlał się po salonach i debatach publicznych na kanwie kryzysów: najpierw finansowego, a następnie zadłużeniowego w Europie. Wraz z nią coraz częściej mówi się o unikaniu płacenia podatków przez najbogatszych i o tym, jak zapobiec uciekaniu międzynarodowych firm do rajów podatkowych. Rządy są coraz mniej skłonne patrzeć przez palce na korporacyjne przewiny. W Waszyngtonie, gdzie srogo rozprawiono się z instytucjami finansowymi stojącymi za kryzysem, obowiązuje teraz logika: owszem, jesteście too big to fail, ale nikt nie jest too big to jail.

- Nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który trudno posądzić o bolszewizm, mówi, że nierówności spowalniają rozwój - powiedział ekonomista Andrzej Lubowski podczas pierwszej debaty tegorocznego Europejskiego Forum Nowych Idei, która odbyła się na pokładzie pociągu pendolino z Warszawy do Sopotu. Badania analityków funduszu pokazują, że jeśli udział w narodowym bogactwie 20 proc. najlepiej zarabiających wzrasta o 1 pkt proc., wzrost PKB w następnych pięciu latach jest niższy o 0,08 pkt proc. Z kolei jeśli mamy do czynienia z sytuacją odwrotną, to znaczy jeśli jedna piąta najgorzej zarabiających zwiększy swój udział w narodowym bogactwie o 1 pkt proc., wtedy PKB wzrasta przeciętnie o 0,38 pkt proc. Wnioski płynące z tych zależności są jasne: nie jest tak, że kiedy bogaci stają się jeszcze bogatsi, korzystają na tym wszyscy.

Kryzys co prawda pogłębił nierówności, ale przypomniał również, jak niewiele zmieniło się w tej kwestii - co pokazują dobitnie autorzy wydanego w ub.r. raportu OECD "How Was Life?". Zauważają oni, że obecnie nierówności na świecie są takie same lub większe niż w 1820 r. Mogłoby się wydawać, że w czasach dynastii Qing i Fryderyka Wilhelma III różnice w dochodach między obywatelami poszczególnych krajów były większe niż obecnie. Z analizy organizacji wynika jednak, że w Niemczech, Chinach, Tajlandii i Egipcie w 2000 r. różnice między bogatymi a biednymi są mniej więcej takie same jak 200 lat wcześniej. Z kolei przeciętny Brazylijczyk czy Meksykanin żyje dziś w bardziej rozwarstwionym kraju niż ten, w którym żyli jego przodkowie (inaczej niż w przypadku Francuzów czy Japończyków). Ogólnie rzecz biorąc, o ile dwa wieki temu wskaźnik Giniego (przyjmuje wartość zero w momencie, gdy wszyscy posiadają taki sam majątek, a 1, kiedy całe bogactwo należy do jednej osoby) dla całego świata wynosił 0,49, o tyle w 2000 r. było to już 0,66.

Bardziej niepokojący jest jednak wzrost nierówności pomiędzy krajami. O ile wskaźnik Giniego liczony dla poszczególnych państw wynosił w 1820 r. 0,16, o tyle prawie 200 lat później było to już 0,55. Co ciekawe, jego wartość ulega zmniejszeniu w czasach, kiedy na świecie dominują trendy globalizacyjne. Autorzy dochodzą do tego wniosku na podstawie obserwacji rozkładu statystycznego państw pod względem dochodów na głowę. Normalnie powinien on przypominać dzwon, co znaczy, że najwięcej jest państw, w których dochód na głowę jest przeciętny (szczyt dzwonu), a najmniej jest tych bardzo bogatych albo bardzo biednych (brzegi dzwonu). Tymczasem w latach 70. ten rozkład przypominał wielbłąda, z wyraźnie zarysowanym drugim szczytem, co oznaczało, że część krajów ucieka pod względem bogactwa do przodu. Interpretacja autorów jest taka, że trend ten zaczął się wraz z ograniczeniem wpływu globalizacji na świecie gdzieś w okolicach wybuchu pierwszej wojny światowej. Kiedy gospodarka światowa znów zaczęła się otwierać pod koniec zimnej wojny, setki milionów ludzi w Chinach i Indiach zostały wyciągnięte z biedy, a krzywa znów zaczęła przypominać garb dromadera.

Na gruncie państw rozwiniętych bardziej niepokojąca jest inna kwestia. Simon Kuznets, ekonomista z Harvarda i noblista, zauważył kiedyś następującą prawidłowość: nierówności społeczne zazwyczaj rosną na wczesnych etapach industrializacji, kiedy ludzie opuszczają swoje gospodarstwa po to, aby pracować w fabrykach. Kiedy jednak industrializacja dobiega końca, lepiej wykształceni obywatele zaczynają domagać się od swojego rządu mechanizmów redystrybucji - po czym nierówności spadają. Prawidłowość ta była tak uderzająca w różnych krajach, że Kuznets wyrysował ją pod postacią krzywej mającej postać odwróconej litery "U". Tymczasem krzywa ta mniej więcej od 30 lat w krajach rozwiniętych bardziej przypomina literę "N" pisaną kursywą, z ostatnim ramieniem wycelowanym groźnie w górę.

Świadomość tego procesu jest częścią problemu, jaki Europa ma dzisiaj z imigrantami. - W Niemczech od 1 stycznia obowiązuje płaca minimalna. Tymczasem niemiecki biznes zapowiedział już pani kanclerz, że oni będą w stanie wchłonąć nowych przybyszy, tylko nie po stawkach przewidzianych w federalnym prawodawstwie. Stąd fala uchodźców będzie sprzyjać pogłębianiu się nierówności, bo wobec braku alternatyw ludzie ci będą się najmować do jakiejkolwiek pracy, także na czarno - powiedział dr Olaf Osica, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich, w trakcie debaty "Europa all inclusive czy all exclusive?".

Te wszystkie rzeczy będą musieli mieć na uwadze uczestnicy Europejskiego Forum Nowych Idei, które w tym roku odbywa się pod hasłem "Europa wobec rosnących nierówności społecznych, radykalizmów i zagrożeń geopolitycznych".

@RY1@i02/2015/191/i02.2015.191.000001000.803.jpg@RY2@

Jeszcze przed oficjalnym otwarciem EFNI odbyła się debata pt. "Firma = idea"

Jakub Kapiszewski

jakub.kapiszewski@infor.pl

OPINIA

dziennikarze działu Dziennik

Tematyka tegorocznego EFNI pokazuje, jak wiele zmieniło się na świecie od czasu ostatniego forum. W złym kierunku. Rok temu w Sopocie mówiono o Europie bezpiecznej i konkurencyjnej. Debatowano o przyszłości demokracji, konieczności przebudowy relacji między rynkami finansowymi i realną gospodarką czy kulturze jako jednej z płaszczyzn budowania europejskiej tożsamości. W tym roku problemy, z jakimi zmierzą się uczestnicy forum, są dużo bardziej niepokojące. "Niepohamowana fala uchodźców może destabilizować społeczeństwa, agresywna polityka Rosji podważa porządek europejski, a globalny kapitalizm pogłębia nierówności społeczne, tworzy nowe wyzwania dla europejskiego modelu społecznego i grozi erozją demokracji" - czytamy w drafcie Deklaracji Sopockiej 2015, dokumentu, który zostanie opracowany na koniec forum, a następnie przekazany decydentom krajowym.

W tym roku goście z całego świata (wśród nich m.in. Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, znany ekonomista Jeffrey Sachs, słowacki dyplomata Maroš Šefčovič czy amerykański socjolog Salvatore Babones, który jako jeden z nielicznych przewidział spowolnienie gospodarcze w Chinach) będą musieli zmierzyć się nie z problemami, które dla przeciętnego obywatela Europy wydają się nieco odległe. Ale to dzieje się tu i teraz. Migranci i uchodźcy pukają do drzwi, a nasi politycy nie bardzo wiedzą, czy tę furtkę otworzyć, czy stawiać zasieki. Nieprzewidywalna polityka Berlina - wpierw chętnego przyjąć uciekinierów, potem kombinującego, jak się z tej deklaracji wyplątać, nie tracąc pozycji europejskiego lidera - podsyciła nastroje, które nijak mają się do poczucia solidarności. Do tego doszedł zamach na jedną z największych wartości Unii Europejskiej: możliwość swobodnego przemieszczania się w granicach Wspólnoty.

A przecież to poczucie solidarności miało stanowić o sile Europy, przed którą stanęły bardzo realne wyzwania. Na razie jest odwrotnie. "Reagując partykularnie, Europejczycy podważą dokonania i wartości, bez których dotychczasowy sukces projektu europejskiego nie byłby możliwy. Zbyt często nasza polityka powodowana jest strachem, egoizmem i uprzedzeniami, które nie prowadzą do rozwiązań, lecz wzmacniają populistów i tumanią obywateli" - przekonują uczestnicy EFNI we wstępnej wersji Deklaracji Sopockiej.

Ważną kwestią, poruszoną już podczas pierwszego panelu, zorganizowanego w pociągu wiozącym wczoraj gości forum do Sopotu, była kwestia nierówności społecznych. To jeden z głównych tematów trwającej kampanii wyborczej. Politycy przestali się wreszcie chełpić 25 latami polskiej wolności. Zaczynają szukać recepty na to, jak umożliwić Polakom sięgnięcie po owoce tej transformacji, aby na własnej skórze odczuli ten dobrobyt, którego ponoć zazdrości nam większość Europy - wciąż liżącej rany po największym od lat kryzysie gospodarczym. Być może podczas tegorocznego EFNI mądrzy ludzie z całego świata dadzą nam i innym krajom członkowskim cenne wskazówki, które będą stanowić inspirację dla tych, którzy o losach uchodźców dziś decydują. Może się też okaże, że koncepcje wypracowane ponad podziałami politycznymi będą w gruncie rzeczy cenniejsze niż rozwiązania przyjmowane na sformalizowanych europejskich szczytach, gdzie dyskutuje się o kwotach i skomplikowanych wzorach matematycznych decydujących o losach ludzi. Pytanie tylko, czy politykom nie zabraknie odwagi i determinacji, by się w ten głos wsłuchać.

@RY1@i02/2015/191/i02.2015.191.000001000.804.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.