Nam też dług umorzyli
Modne jest przedstawianie Polski jako kraju sukcesu. Państwo, które pokonało ciernistą drogę od komunizmu do demokracji. Naród, który twardo trzymał się reform i jako jeden z nielicznych uniknął recesji po globalnym kryzysie. Politycy - zarówno rodzimi, jak i zagraniczni - wychwalają osiągnięcia Polski i namawiają inne państwa do naśladowania jej działań.
Ten sukces jest pod wieloma względami błędnym mniemaniem. W kraju nadal panuje spore bezrobocie i istnieją znaczne obszary biedy; coraz większa rzesza pracowników jest zatrudniana na śmieciówkach; wiele z podstawowych usług publicznych kuleje; zakłady przemysłowe w dużej mierze zostały zlikwidowane; a prawie 2 mln obywateli szuka lepszego życia za granicą. To, że osiągnięcia Polski są uważane za sukces, bardziej świadczy o ponurym stanie europejskiej gospodarki niż o rzeczywiście dobrej sytuacji w kraju.
Jednak mimo licznych problemów nie można ignorować skutków wzrostu gospodarczego. Polacy są obecnie w trzykrotnie lepszej sytuacji materialnej niż ich sąsiedzi na Ukrainie, choć w momencie upadku komunizmu warunki w tych dwóch państwach były podobne. Po kryzysie finansowym 2008 r. polska gospodarka wzrosła o blisko 22 proc., podczas gdy grecka skurczyła się aż o 28 proc., a hiszpańska o 5 proc.
Dlaczego więc Polska odniosła stosunkowy sukces? Większość komentatorów wskazuje na konsekwentne i zdecydowane stosowanie reguł neoliberalnych. Zatem państwa europejskie podpowiadają, które są w tarapatach, powinny iść w jej ślady. Reformy co prawda nie są ani przyjemne, ani łatwe, ale przynoszą rezultaty i społeczeństwo czerpie z nich korzyści. Jednak po bliższym zbadaniu te wnioski okazują się błędne.
Terapia szokowa trwała w Polsce krótko i na pewno nie była bardziej radykalna niż w innych państwach regionu. W czasie jej trwania (początek lat 90.) polska gospodarka przeżyła najpoważniejsze wstrząsy ekonomiczne, które przyniosły poważne bezrobocie strukturalne, biedę i nierówności społeczne, które nadal trapią społeczeństwo. W istocie kraj zaczął się rozwijać dopiero po tym, jak częściowo porzucił drogę neoliberalizmu. I rzadko mówi się o tym, że to stało się możliwe dopiero wtedy, kiedy europejskie i międzynarodowe instytucje dały rządowi w Warszawie możliwość prowadzenia aktywniejszej polityki interwencyjnej.
Kryzys w strefie euro skupia się na próbach zmuszenia państw najbardziej dotkniętych przez krach do spłacenia długów. To oznacza przenoszenie jego kosztów na narody Europy Południowej za pomocą radykalnych programów oszczędnościowych, które spowodowały w tych krajach katastrofę społeczną i ekonomiczną. Można zapytać, czy podczas negocjacji z greckimi władzami kanclerz Niemiec Angela Merkel i szef Rady Europejskiej Donald Tusk pamiętają o tym, że jedynymi państwami, których długi zewnętrzne zostały umorzone po II wojnie, były Niemcy i Polska. Czy pamiętają o tym, że Polska mogła podnieść się po ostrym spadku na początku transformacji tylko dlatego, iż na początku lat 90. wynegocjowała z Klubem Paryskim (reprezentującym najbogatsze państwa świata) umorzenie połowy długu zewnętrznego, a później osiągnęła podobne porozumienie z Klubem Londyńskim (zrzeszającym wierzycieli prywatnych). To stworzyło dla polskiej gospodarki możliwości wzrostu. Bez umorzenia tych długów rządzące od 1993 r. SLD nie mogłoby wprowadzić polityki interwencyjnej, która pozwoliła osiągnąć znaczny wzrost i zmniejszyć bezrobocie.
Z kolejnej recesji, która nastąpiła po wprowadzeniu w życie drugiego planu Balcerowicza pod koniec lat 90. (Balcerowicz był wówczas wicepremierem i ministrem finansów), Polska wyszła dzięki wejściu do Unii Europejskiej. Choć wzrost zwolnił po wybuchu ostatniego kryzysu, to Polska utrzymała dodatnie wyniki. Powszechne wytłumaczenie tego zjawiska polega na tym, że reformy stworzyły konkurencyjną i dynamiczną gospodarkę, która potrafi się obronić nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach. Ta wersja prawie nigdy nie była podważana i dlatego Polska stała się symbolem sukcesu neoliberalizmu w Europie.
Tymczasem uniknięcie recesji stało się możliwe dzięki unikatowemu połączeniu czynników wewnętrznych oraz zewnętrznych. Po pierwsze, w Polsce nie było poważnego kryzysu sektora bankowego i finansowego. Dług prywatny pozostawał na niskim poziomie, a sektor bankowy był stosunkowo dobrze zarządzany. Po drugie, Polska nie była tak uzależniona od napływu prywatnego kapitału jak inne, mniejsze państwa regionu, a rola eksportu również nie była zbyt wielka. Po trzecie, Polska nie dołączyła do strefy euro i nie powiązała z nią waluty i dlatego zachowała konkurencyjność. Po czwarte, w czasie trwania kryzysu polski rząd zwiększał wydatki dzięki napływowi środków z europejskich funduszy strukturalnych i Funduszu Spójności. Właśnie ten ostatni punkt odegrał kluczową rolę w odniesieniu przez Polskę stosunkowego sukcesu.
Obecny kryzys gospodarczy został spowodowany spadkiem poziomu inwestycji, zwłaszcza prywatnych. Kapitalistyczna gospodarka bazuje na dążeniu do zysku; wzrost jest napędzany przez inwestycje prywatnych firm, które wkładają część zysków z powrotem w produkcję. Jednak na początku krachu prywatne firmy zaczęły przetrzymywać kapitał lub inwestować go w sektor finansowy. W gospodarkach, które w ostatnich latach radziły sobie najlepiej (jak Chiny), władze zainterweniowały i zwiększyły poziom inwestycji publicznych, by zrekompensować spadek napływu kapitału prywatnego.
Polska miała to szczęście, że początek kryzysu zbiegł się z rzeką znacznych środków z funduszy strukturalnych i Funduszu Spójności. Warto zastanowić się nad tym, czym w istocie są te fundusze. To środki wpłacane przez państwa członkowskie do europejskiego budżetu i przekazywane przede wszystkim najbiedniejszym regionom UE w celu przyśpieszenia konwergencji ekonomicznej. To jest kompletnym zaprzeczeniem neoliberalnej filozofii, bo oznacza finansowanie wydatków publicznych za pomocą redystrybucji środków z bogatszych regionów do biedniejszych. Fundusze te są niewspółmiernie małe, dlatego że budżet UE wynosi zaledwie ok. 1 proc. sumy PKB wszystkich państw członkowskich. Niemniej jednak pomogły niektórym regionom Unii zainwestować w infrastrukturę i osiągnąć rozwój.
W latach 2007-2013 Polska była największym beneficjentem budżetu UE. Tylko dzięki temu rząd mógł przeprowadzić duże inwestycje w infrastrukturę, zwłaszcza w czasie przygotowań do mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 r. Udział inwestycji publicznych w ogóle inwestycji wzrósł między 2005 r. a 2010 r. z 35 proc. do 43 proc., a wartość inwestycji w stosunku do PKB zwiększyła się w latach 2007-2011 z 4,2 proc. do 5,7 proc. Największy wzrost inwestycji odnotowano w budownictwie i infrastrukturze, które zwiększyły się z 1,8 mld euro w 2005 r. do 3,1 mld euro w 2010 r.
Później potok pieniędzy z budżetu Wspólnoty zaczął wysychać, wybuch inwestycji w związku z Euro 2012 skończył się, i wzrost gospodarczy Polski zaczął zwalniać, spadając z 4,8 proc. w 2011 r. do 1,8 proc. w 2012 r. i 1,7 proc. w 2013 r. Powodem był spadek inwestycji publicznych, które w 2011 r. wynosiły prawie 6 proc. PKB, a w 2013 r. już tylko 4 proc. Ten poziom nadal był powyżej średniej w Unii Europejskiej i znacząco większy niż w takich krajach, jak Hiszpania i Grecja. Poziom inwestycji publicznych w Polsce zaczął znowu rosnąć w 2014 r., kiedy pojawiły się pieniądze z nowego budżetu unijnego i wzrost gospodarczy ponownie zwiększył się do 3 proc. Po raz pierwszy w historii budżet UE (lata 2014-2021) jest mniejszy od poprzedniego. Tymczasem Polsce jako jedynej udało się wynegocjować większy udział w budżecie, niż otrzymała poprzednio, co oznacza dostęp do 500 mld euro (z uwzględnieniem inflacji), co równa się 1890 euro na głowę mieszkańca, o 82 euro więcej niż w budżecie 2007-2013. Mimo istniejących w Polsce problemów i ciągłej niepewności europejskiej i międzynarodowej gospodarki ta suma powinna wystarczyć dla kolejnego wzrostu inwestycji w gospodarkę i podtrzymania tendencji dodatniego wzrostu gospodarczego do końca dekady.
Przed 2020 r. potok funduszy unijnych znowu wyschnie i mało prawdopodobne jest, by Polska jeszcze kiedykolwiek otrzymała tak duży zastrzyk gotówki z Unii. Istnieje niebezpieczeństwo, że wtedy kraj znajdzie się w tej samej sytuacji, w której jest wiele państw Europy Południowej. One otrzymały nawet większe dotacje unijne w latach 80. i 90., co pomogło im w dużej mierze rozwinąć zaniedbaną infrastrukturę. Jednak potok pieniędzy został przekierowany na Wschód, a niedługo potem uderzył kryzys finansowy i gospodarki tych krajów gwałtownie zwolniły. Jeśli Polska chce uniknąć ich losu, musi zastanowić się nad tym, jak utrzymać poziom inwestycji publicznych po zakończeniu obecnego okresu budżetowego UE. Powinno się zacząć od negocjowania znacznego zwiększenia przyszłego budżetu unijnego, co pozwoli skupić inwestycje na takich obszarach jak tworzenie miejsc pracy, zielone technologie, transport, ochrona zdrowia i edukacja w całej Unii Europejskiej. Polska powinna popierać umorzenie długów takich państw jak Grecja, co pozwoliłoby im odbudować gospodarkę i przeciwstawić się polityce oszczędności propagowanej obecnie przez władze UE. To byłoby prawdziwym przykładem do naśladowania. ©?
Tłum. IC
@RY1@i02/2015/112/i02.2015.112.000002700.802.jpg@RY2@
Gavin Rae
socjolog ekonomii, Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu