Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Fabryka prawa

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

W I kwartale państwo wyprodukowało 6654 strony aktów prawnych i pobiło kolejny rekord - policzyła jedna z firm doradczych. Chodzi o akty, które w tym czasie weszły w życie. Bez wątpienia jesteśmy państwem prawa, które dysponuje taśmą produkcyjną, o jakiej Henry Ford mógłby tylko pomarzyć. Co z jakością? Dokumentów jest za dużo, żeby wszystkie przeanalizować przy pomocy świeżo uruchomionej aplikacji, która bada, czy tekst (ustawy, rozporządzenia, decyzji itd.) jest zrozumiały, a właściwie - jak bardzo jest niezrozumiały. Program stworzony przez naukowców z wyższych uczelni i z PAN działa dobrze. Potwierdza, że teksty urzędowe - nie tylko podatkowe, choć te są wdzięcznym przykładem - nierzadko zrozumie jedynie ich autor. A i co do tego nie można mieć pewności. Niektórzy twierdzą, zapewne przesadzając, że w tym szaleństwie jest metoda: petent, który zawsze rozumiałby, co się do niego mówi bądź pisze, byłby przecież niebezpieczny, a podatnik w szczególności. Nie wiadomo, czy legislatorzy i urzędnicy korzystają ze wspomnianej aplikacji i sprawdzają poziom swoich wypracowań. Wiadomo za to, że mają wiele szkoleń. Uczą się nie tylko - jak ongiś - poprawnego redagowania pism, ale też sztuki przekazywania informacji (ustnie bądź pisemnie), narzędzi komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej (tu chodzi m.in. o "stworzenie pozytywnej relacji z klientem" oraz o zdobycie "kompetencji komunikacyjnych") czy też "umiejętności określania typu klienta" (?). Jednak najczęściej zajęcia dotyczą "kreowania postaw komunikacji asertywnej" bądź po prostu komunikacji asertywnej. To pierwszy powód do niepokoju. Drugi? Dopóki w niniejszym tekście nie wspomniałem o szkoleniach, był on oceniany przez wspomnianą aplikację jako "łatwy" (poziom gimnazjum). Później było już gorzej. Może więc być i tak, że podatnicy słono płacą za szkolenia (są finansowane z pieniędzy publicznych), po których i tak ujrzą ustawę lub rozporządzenie albo otrzymają pismo przeznaczone wyłącznie dla osób z doktoratem i głęboką specjalistyczną wiedzą. Po trzecie, nie ma jeszcze takiej aplikacji, która pozwoliłaby walczyć z o wiele poważniejszą plagą - typowo legislacyjną. Chodzi o częsty brak refleksji nie tylko, jak przepis ma być sformułowany, ale też jakie będą konsekwencje takiego czy innego jego brzmienia. A jeszcze bardziej - jak się on ma do innych regulacji czy też jaką faktycznie zmianę wprowadza. Na razie mamy więc bardziej fabrykę niż państwo prawa. I asertywnych jej pracowników . ©?

@RY1@i02/2015/099/i02.2015.099.18300020a.802.jpg@RY2@

Krzysztof Jedlak

 szef Gazety Prawnej

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.