Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Lumpa wartość bezwzględna

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Jak to, panie, człowiek nie wie, co widzi, dopóki nie zobaczy ceny. W bliskim mi geograficznie i duchowo lumpeksie ubrania (ciuchy, lumpy, szmaty) przy pierwszym wysypie wora w koryto kosztują dwadzieścia kilka złotych za kilogram. Drogo. Ale też i ciuchy najfajniejsze, bo nieprzebrane. "Nowa kolekcja". Okoliczni myśliwi, do których oprócz mnie zaliczają się niektóre znajome i prosząca o anonimowość część rodziny, czym prędzej się więc wybierają, by zanurzać się w towarze po łokcie i wzburzać hałdy tekstyliów oddolnym ruchem podbierającym. Kopiemy, ryjemy, macamy w górotwórczym zapamiętaniu, aż w końcu zamajaczy gdzieś w głębi ciekawa koronka lub interesujący błękit paryski a zaraz po dostawie majaczy taki rarytas względnie często. Wtedy należy taki trop chwycić za wystający z kupy koniuszek i na światło dzienne wyciągnąć jego korpus właściwy. Przetrzepać, przygładzić, przyjrzeć się. Pozytywny werdykt każe lumpa zważyć (T-shirt to około 30 deka) i zapłacić (jakieś siedem złotych). Potem można się pławić we własnym sukcesie i sobie gratulować unikatu, bo był człowiek u koryta już o lumpiej jutrzence, zanim dotarli tam inni. Wykiwał tych z jutra i pojutrza, podkopał się sprytnie jak kret, złapał superszmatę i nie puści, chociaż najtaniej, przynajmniej jak na lumpeks, wcale nie było. Ale opłacało się.

Po kilku dniach nowy, inny zew wzywa lumpofila, nieszczęsnego miłośnika ciuchów "z charakterem", łowcę okazji cenowych i amatora radykalnej oryginalności tekstylnej, bo ten sam bliski mi geograficznie i duchowo szmateks nagle drastycznie obniża ceny. "Obniżka 50%". Teraz ciuchy po dziesięć za kilo, głosi napis flamastrem w oknie, które widziało czystsze czasy. Gorsza jakość szmaty, myśli sobie klient taki jak ja, bo towar nieco przebrany ale i satysfakcja większa, gdy się dorwie jakiegoś wintydżowego niedobitka. Daje się więc człek zwabić, znów grzebie, znów ryje, znów się pławi w słodkawym zapachu dezynfektanta. Znów coś wyciąga (inny T-shirt) i znów płaci (tym razem trzy pięćdziesiąt). Fajnie. Capnęło się ostatka. Z hałdy przeciętności wyrwało się diament.

Za jakieś trzy dni znów przecena. Tym razem "Wszystko za złotówkę". Umęczony człek przeczuwa niestety, że w czeluściach koryt mógł pozostać jeszcze jakiś niewygrzebany hicior. Hicior mający moc wzbudzania entuzjazmu salonów swą oryginalnością i niepowtarzalnym charakterem. Nie można tego tak zostawić, nie można pozostać głuchym na kwilenie okazji, nie można się opierać, gdy złote runo woła do stajni Augiasza. Musi więc człek powstać raz jeszcze, musi podbierać, mieszać, kopać w Szmatach Ostatecznych, wilkiem popatrując na konkurencyjnych współgrzebiących, węsząc za skarbem ukrytym głębiej w hałdach, pod wzgórzami bawełny, za lasami poliestru. Skarb się pojawia albo nie, człowiek kupuje albo nie, ale nie to okazuje się najważniejsze. Najważniejsze jest to, że nagle, kątem oka, klient widzi panią sprzedającą, jak opróżnia nowe wory w koryto.

Nowe wory! W dzień ostatecznej przeceny! W okresie "za złotówkę"! W fazie, która teoretycznie ma się charakteryzować całkowitym oskubaniem "nowej kolekcji" z rarytasów, w zamian oferując kilogramy przeciętności i syfu z rzadka tylko przetkane błyskiem nadziei! I wtedy zdaje sobie człowiek sprawę, że to wszystko to okrutne kłamstwo, że padł ofiarą zdrady, że ciuchy dzień w dzień takie same, z takich samych nieodgadnionych worów wysypywane, z takiej samej zagranicy zamówione, codziennie z mdłą regularnością dodawane do korytek. Trzy wizyty, z których każdej towarzyszy inna emocja (najpierw ekstrawagancka rozrzutność arystokraty, potem ekscytacja ryjącej za truflami świni, wreszcie przyprawiona obrzydzeniem nadzieja szukającego skarbu w szambie) okazują się w istocie tą samą wizytą. Hałdy nowej kolekcji są statystycznie identyczne z hałdami za złotówkę. Nic się nie zmienia, nie dzieje się nic, strumień kalesonów z Francji płynie powolnym, rytmicznym tempem, tylko co innego napiszą flamastrem w witrynie. A człowiek tańczy emocją, jak mu zagrają, przebiera z uznaniem w "nowej kolekcji", ze sceptycyzmem w "obniżce", z obrzydzeniem i nadzieją desperata w "złotówce". I teraz, w obliczu tych nowych worów, głupio mu i łyso, bo po raz kolejny dał wartości cenowej sugerować percepcję jakości.

W takich chwilach wyżej wspomniany człowiek zaczyna wątpić, że istnieje Wartość Prawdziwa, niezrelatywizowana, nieprzekłamana, albo przynajmniej zaczyna się bać, że on sam tej Wartości zobaczyć nie umie, że ma coś nie tak z oczami, że jego umysł nie ogarnia Dobra i Piękna nawet w ich rachitycznej inkarnacji włókienniczej, inkarnacji cherlawej i od niechcenia pobocznej, zaplamionej i wstydliwej, ograniczonej w dodatku nawet przestrzennie, do koryta z ciuchem. I wtedy dziękuje tenże człowiek za ceny. Ceny na metkach u Diora, na jabłkach w Carrefourze, w restauracyjnych menu. Bo gdyby nie one, to skąd by wiedział, co założył, co schrupał i co zamówił, czy było ładne, słodkie i wykwintne, czy też nie. I skąd by wiedział, czy ma rozpaczać nad własnym losem, czy raczej właśnie cieszyć się z życia, które przecież prowadzi go wśród wysoko wycenionych powabnych spódnic, słonecznie czerwonych jabłek za złotych prawie pięć i kosztownych zup autorstwa jednego, drugiego czy trzeciego Gesslera w nicość szczególnie dobrej jakości. ©?

@RY1@i02/2015/088/i02.2015.088.00000210b.802.jpg@RY2@

Karolina Lewestam

etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.