Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Nasza histeria historii

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Niedawną wypowiedź szefa FBI cytowano i komentowano tak szeroko, że nie ma już potrzeby jej przytaczać. Brakuje mi za to zastanowienia nad reakcjami, które wywołała. Politycy (niemal) wszystkich opcji, dziennikarze i publicyści (niemal) wszystkich polskich mediów zaczęli niezwykły wyścig w konkurencji "bezkompromisowy patriotyzm". Usłyszeliśmy żądania oficjalnych przeprosin z Białego Domu i dymisji autora nieszczęsnej wypowiedzi. Szybko stało się to wszystko mocno groteskowe - jeden z polityków opozycji zaproponował, by przy najbliższej okazji dać Amerykanom po nosie i gdyby czegoś od nas chcieli, właśnie tego im odmówić. Kłopot w tym, że to my w obliczu sytuacji za naszą wschodnią granicą desperacko potrzebujemy Amerykanów i namawiamy, by zwiększali swoją obecność wojskową w Polsce. Wprawdzie ostatecznie polityk nie rzucił: "Zabierzcie sobie wasze czołgi i rakiety, rozmieśćcie je nad Zatoką Meksykańską", ale wrażenie i tak zrobił, a przecież o to chodziło. Inny żądał, by Bronisław Komorowski zadzwonił z pretensjami do Białego Domu, ale sam sobie przypomniał, że kiedyś prezydent Barack Obama też zaliczył podobną wpadkę, mówiąc o "polskich obozach zagłady", a zatem jest "kłamcą", do którego dzwonić nie warto. Żeby nie ograniczać się do opozycji - dla "równowagi" doradca prezydenta RP nazwał Jamesa Comeya "durniem". Co gorsza - nawet po tym wszystkim ów "dureń" z FBI nas, Polaków, nie przeprosił. Zgroza!

Czy podczas wojny naprawdę nie było Polaków, którzy współpracowali z nazistami? Czy nie dość powiedziano o Jedwabnem i - jakże wielu - podobnych miejscach? Czy nigdy nie słyszeliśmy o "szmalcownikach"? Czy nie czytaliśmy o tym, że Polacy, którzy ukrywali swoich żydowskich rodaków, nie przyznawali się do tego sąsiadom nawet po wojnie, gdy ze strony okupanta nic im już nie groziło? Czy nie zadawaliśmy sobie - przynajmniej niektórzy z nas - pytania, dlaczego woleli milczeć? Dlaczego teraz tak gorączkowo chcemy o tym wszystkim zapomnieć, rozpaczliwie nazywając tych, którzy ratowali ludzi, "Polakami", a innych, którzy w jakiejś mierze przyłożyli rękę do Zagłady - "zdemoralizowanymi jednostkami"? Czy nasza historia staje się inna, gdy mówi o niej ktoś z zewnątrz? James Comey powiedział nie tyle o jedno zdanie za dużo, ile raczej o 99 za mało - czy to jednak znaczy, że to jedno jest nieprawdziwe?

Polacy nie lubią jeden drugiego chyba częściej niż inne narody, ale samych siebie - jako zbiorowość - wprost kochają. Czy zauważyli Państwo wszystkie te frazy, że podczas wojny "pomagaliśmy", "ratowaliśmy", "zdaliśmy egzamin"? Dowodem mają być drzewka w Yad Vashem, których - ileż razy to powtórzono - "Polacy mają więcej niż inne narody". To prawda, tyle że przy każdym z nich jest imię i nazwisko. To konkretni ludzie musieli pokonać niewyobrażalny strach o siebie i najbliższych, by zachować się przyzwoicie. Jakie mamy prawo przypisywać sobie choć część ich zasług? To, że mieszkamy na tej samej ziemi kilkadziesiąt lat później? Czy to, że mówimy tym samym językiem i o tym wszystkim czytamy - nieprzesadnie często, bo "jak można czytać o takich potwornościach" - daje nam prawo do dumy z polskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata?

Jeśli tak bardzo chcemy być dumni, musimy na to zasłużyć, ale na własny rachunek. Okazji nie brakuje - z północnej Afryki i Bliskiego Wschodu płyną do nas tysiące zrozpaczonych ludzi wygnanych ze swoich ojczyzn przez wojny, głód i biedę. Setki już zginęły i jeszcze zginą w falach Morza Śródziemnego - tego samego, nad którym tak lubimy latem cieszyć się życiem na jakiejś włoskiej czy greckiej wyspie. Ale już wstępny pomysł, by Europa nie pozostała na tę tragedię obojętna i przygarnęła choć część tych ludzi, wywołał gwałtowne, za to zgodne, protesty europejskich rządów i społeczeństw.

Jeśli historia cokolwiek nam nakazuje, to abyśmy pamiętali. Na przykład o tym, że hitlerowcy początkowo wcale nie zamierzali Żydów zgładzić. Chcieli się ich w jakiś sposób pozbyć, tyle że inne państwa wcale nie chciały ich przyjąć. Warto poczytać choćby o historii 937 pasażerów statku "St. Louis", którzy wiosną 1939 r. próbowali dostać się do Ameryki Północnej. Nie przyjęły ich ani Stany Zjednoczone, ani Kanada. Statek zawrócił do Europy, a rejs odtąd nazywany jest "podróżą przeklętych".

Jeden z polskich dziennikarzy, donosząc o wstępnej zgodzie części polskich eurodeputowanych na przyjęcie imigrantów, dopisał takie oto zdanie: "Zajęli stanowisko niekorzystne dla Polski". Od tej pory nie mogę przestać myśleć o tym, co pisali amerykańscy dziennikarze 76 lat temu, gdy ostrzegawcze salwy kanonierek pod banderą USA odebrały ostatnią nadzieję pasażerom liniowca "St. Louis". Bo to, że kilka lat później zmienili zdanie - wydaje się pewne.

@RY1@i02/2015/084/i02.2015.084.00000110a.802.jpg@RY2@

Wojciech Szeląg

dziennikarz telewizji Polsat

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.