Edukacja jak inwestycja
Studentów ubywa. Problemy mają z tego powodu zarówno uczelnie publiczne, jak i prywatne. Na te pierwsze łożą podatnicy, na drugie - zainteresowani pobieraniem nauk (pomińmy dyskusję o potrzebie dotowania tych placówek przez państwo). Jeśli ktoś sobie życzy, może płacić nie tylko renomowanej Alma Mater, która przewyższa publiczne uniwersytety i w przypadku której rozmowa np. o bonach edukacyjnych ma może jakiś sens, ale też wyższej szkole gotowania na gazie z Koziej Wólki, fabryce dyplomów - nic nam do tego.
Co innego z pieniędzmi podatników. To jasne, że muszą być wydawane mądrze. Jeśli uczelnia jest bardzo słaba i na dodatek stanowi finansową czarną dziurę (kryteria oceny w jednym i drugim przypadku powinny być precyzyjne), należy ją szybko zrestrukturyzować albo zamknąć. Jaki z niej pożytek? Jaka różnica w porównaniu z akademią z Koziej Wólki, która przynajmniej nie obciąża publicznej kieszeni?
To może być okazja zaoszczędzenia na złych wydatkach edukacyjnych, by więcej środków było na te lepsze. Wątpliwe, aby ambaras z prywatyzacją szkół wyższych był do tego potrzebny. Tym bardziej że argument, iż prywatyzacja wywoła mniejsze kontrowersje niż restrukturyzacja czy zamknięcie złej uczelni, jest chybiony.
@RY1@i02/2015/064/i02.2015.064.000000200.802.jpg@RY2@
Krzysztof Jedlak
szef Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu