Dziennik Gazeta Prawana logo

Nie bójcie się. To tylko roboty

27 czerwca 2018

Czy zjedzą nas roboty? Nawet nie będą musiały tego robić dosłownie. Po prostu pożrą nasze miejsca pracy. Teraz zastępują robotników niewykwalifikowanych, a jak już z nimi skończą, przystąpią do konsumpcji prac zarezerwowanych dotąd dla białych kołnierzyków: lekarzy, prawników, ekonomistów. Kto nie wierzy, niech zajrzy do wydanej kilka lat temu książki amerykańskiego przedsiębiorcy Andyego Kesslera pod wymownym tytułem "Zjadanie ludzi". Przy czym zaznaczam, że nie jest to książka z gatunku science fiction.

Nie ma co ukrywać, że to wizja przerażająca. Ale ilekroć ktoś zabiera się do narzekań na ten temat, spotyka go nagana. I zarzut o zawracanie Wisły kijem. Ewentualnie uprawianie neoluddyzmu. Pamiętają państwo? Luddyści to byli protozwiązkowcy, którym nie podobała się mechanizacja rzemiosła na początku rewolucji przemysłowej. I słusznie im się nie podobała, bo dla nich oznaczała prawdziwy armagedon. Ich praca zniknęła. A zyski ze wzrostu produktywności pojawiły się - a i owszem - ale dopiero pokolenie lub dwa później. Marna pociecha dla Neda Ludda i jego towarzyszy w 1779 r.

Na szczęście coraz więcej ostatnio sygnałów, że do problemu można podejść inaczej. Nie popadając ani w skrajny determinizm (postępu technologicznego przecież nie powstrzymamy), ani w zupełne narzekactwo. Świeże spojrzenie na temat robotów przynosi najnowszy tekst Daniego Rodrika napisany dla "Project Sindicate". Rodrik to dość przewrotny i niezależny ekonomista z Uniwersytetu Harvarda. Ani z niego neoliberalny konformista, ani szczególny lewak. Rodrik uważa po prostu, że gospodarka jest mechanizmem, który da się odpowiednio zaprojektować poprzez decyzje polityczne i instytucjonalne. I trzeba to zrobić, bo dobre społeczeństwie samo się z siebie nie urodzi.

Rodrik twierdzi, że postęp technologiczny trzeba okiełznać. I zaprząc do celów społecznych. W tym celu proponuje zbudowanie państwa innowacji. To powinien być taki duży i budowany świadomie projekt jak "państwo dobrobytu" w krajach zachodnich po II wojnie światowej. Rodrik buduje wizję trochę na spostrzeżeniach Mariany Mazzucato, głośnej ostatnio ekonomistki z Uniwersytetu w Sussex, która w swojej książce "The Entrepreneurial State" (Przedsiębiorcze państwo) dowodzi, że wszystkie ostatnie przełomowe innowacje - od internetu po smartfony - zawdzięczamy państwu. Które było zaangażowane na bardzo wczesnym etapie rozwoju tych pomysłów, gdy sektor prywatny (nawet ten spod znaku kapitału wysokiego ryzyka) nie wiedział w ogóle o tym, że taki pomysł istnieje.

Zdaniem Rodrika nie ma więc żadnego powodu, by państwo - faktyczny inicjator wszelkich innowacji technologicznych - nie czerpał bezpośrednich korzyści z ich komercyjnego zastosowania. No bo dlaczego dobrowolnie oddawać najlepsze konfitury jakiemuś Appleowi albo Googleowi? Przecież może zarządzać całym procesem tworzenia i wdrażania postępu technologicznego. Przy pomocy instytucji podobnej na przykład (pomysł Rodrika) do banku centralnego - organu państwowego, ale jednocześnie dość autonomicznego od bieżących politycznych nacisków. Może dzięki temu postęp zyskałby ludzką twarz. A główną racją postępującej robotyzacji nie byłaby presja na obniżanie kosztów produkcji. Najczęściej za cenę wypłukiwania z rynku pracy (a co za tym idzie z sensu egzystencji) prawdziwych ludzi z krwi i kości.

@RY1@i02/2015/015/i02.2015.015.000000200.101.jpg@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.