Dziennik Gazeta Prawana logo

Koniec swobód

15 lipca 2016

Świat po kryzysie finansowym 2008 r. zaczyna przypominać świat Wielkiego Kryzysu lat 30. XX w. Organizacja Freedom House alarmuje, że już od dekady, rok po roku, wolności jest coraz mniej. I nic nie zapowiada, że ten trend się odwróci

Mimo iż historia nigdy w pełni się nie powtarza, możemy w pewnej mierze nauczyć się od przeszłości, jak uniknąć powtarzania tego samego toku wydarzeń. Książka ta jest rezultatem doświadczenia polegającego na niemal pełnym powtórnym przeżywaniu tego samego okresu historycznego i bardzo podobnej ewolucji idei. (...) Na dłuższą metę jesteśmy panami własnego losu, ale na krótszą niewolnikami idei, które sami stworzyliśmy" - tak zaczynał napisaną ponad 70 lat temu "Drogę do zniewolenia" Friedrich von Hayek.

Wybitny uczony tłumaczył w tym klasycznym już dziele, jak tworzy się intelektualny grunt dla totalitaryzmu, i ostrzegał, że teoretycznie odległe zło może stać się także naszym udziałem, jeśli stracimy czujność. Przestroga dana przez Hayeka - a powtarzana przez Johna Maynarda Keynesa czy Georgea Orwella - przez dekady była skuteczna. Druga połowa XX w. wieku to rozkwit wolności, upadek totalitarnych reżimów i centralnego planowania.

Niestety, teraz znów wkroczyliśmy na "drogę do zniewolenia". Organizacja Freedom House, monitorująca antywolnościowe trendy w 195 państwach świata, najnowszy raport wieńczy niepokojącą konkluzją: "Rok 2015 był 10. rokiem z rzędu, gdy wolność w skali globalnej topniała". Co więcej, według autorów raportu antywolnościowe prądy są coraz silniejsze: w 2015 r. zaledwie 43 kraje zmierzały w stronę wolności, a aż 72 się od niej oddalały.

72 uciekinierów

Freedom House bada 25 różnych wskaźników określających zakres swobód obywatelskich i politycznych rozumianych w sposób, jaki został spisany w Powszechnej deklaracji praw człowieka Narodów Zjednoczonych. W ich świetle wyróżnia trzy grupy państw: wolne, częściowo wolne i niewolne. Do wesołego klubu państw wolnych zalicza się zaledwie 44 proc. populacji Ziemi (2,9 mld ludzi). Reszta, 4,4 mld ludzi, przypada na dwie mniej radosne grupy. Z tego aż 2,6 mld żyje w krajach niewolnych.

Twórcy raportu przekonują, że na ogólny spadek globalnej wolności w ostatniej dekadzie wpłynęło osiem głównych czynników: chiński model rozwoju, będący połączeniem "politycznej represji i wzrostu gospodarczego"; Rosja podważająca na międzynarodowym forum kodeks liberalnych wartości; "wysublimowana" cenzura panująca w obu wymienionych krajach i prześladowania opozycji w Tajlandii, Etopii czy Turcji; niepokoje i odrodzenie autorytaryzmów na Środkowym Wschodzie i w Afryce Północnej; nasilenie się represji w krajach Eurazji po "kolorowych rewolucjach"; ruchy populistyczne w Ameryce Łacińskiej; korupcja utrudniająca demokratyzację Nigerii, Brazylii czy Mołdawii; i w końcu brak światowego przywództwa.

Ktoś mógłby wzruszyć ramionami: to, że kraje Azji, Afryki czy Ameryki Południowej nie są modelowymi ustrojami liberalnymi, wszystkim wiadomo od dawna. Nihil novi.

Z jednej strony, jest w tym racja. Z drugiej - problemem jest to, że o ile jeszcze w końcówce XX w. kraje niewolne chciały być wolne albo w stronę wolności się przesuwały, o tyle teraz nie jest to już tak oczywiste. Wielu politologów spodziewało się, że chiński komunizm stanie się coraz bardziej fasadowy i coraz mniej opresyjny w miarę postępów kapitalizmu i bogacenia się partyjnych elit. A jednak struktura chińskiej gospodarki, czyniąca ją zależną od globalnych cen, sprawiła, że gdy ceny te zaczęły spadać i, co za tym idzie, wzrost PKB zaczął spowalniać, komunistyczni przywódcy w obawie przed niepokojami społecznymi zaostrzyli represje wobec opozycyjnych intelektualistów. Znów zaczęto podkreślać "przywódczą rolę Partii Komunistycznej" dla narodu, a kwestionujących ją zamykać w więzieniach. W połowie 2015 r. aresztowano 200 aktywistów walczących m.in. o bardziej przejrzyste prawo. Jeśli takie rzeczy dzieją się w kraju, który ma stanowić o przyszłości gospodarczej świata, a więc w dużej mierze także o jego przyszłości politycznej, to nie należy tego ignorować.

Nawet jednak problemy z wolnością krajów takich jak Mołdawia czy Nigeria nie powinny wydawać się nam odległe i nieistotne. Żyjemy w świecie zintegrowanym, w którym problemy jednych bardzo szybko stają się problemami innych. Dobrą ilustracją tego faktu jest to, że efektem wojny w Syrii jest natychmiastowa masowa emigracja mas uchodźców do Europy. Innym przykładem jest terroryzm - łatwiej sparaliżować świat, w którym latamy samolotami i komunikujemy się przez internet, niż świat, w którym jeździ się karocą i listy wysyła gołębiem pocztowym.

Na Zachodzie bez zmian?

Może jednak, skoro osiem wymienionych w raporcie czynników nie dotyczy bezpośrednio świata Zachodu, powinniśmy spać spokojnie? Nic z tych rzeczy. Chociaż kraje Europy - poza, rzecz jasna, Białorusią i Rosją - nie zostały sklasyfikowane jako niewolne, a tylko sześć z nich jako "częściowo wolne" (dla zaniepokojonych: Polska jest uznana za wolną, ale autorzy raportu z niepokojem patrzą na obecne rządy), to jednak nie oznacza to, że problem "ucieczki od wolności" w Europie nie istnieje. Istnieje - jest mniej widoczny, a przez to tak naprawdę bardziej niebezpieczny. Europa ucieka od wolności, wybierając odgórny, technokratyczny sposób reagowania na napotykane trudności - taki, który odwołuje się do nakazów, gróźb i ręcznego sterowania.

Weźmy kryzys uchodźczy. W raporcie stwierdza się, że próba "dystrybucji odpowiedzialności" za uchodźców pomiędzy kraje Unii Europejskiej napotkała opór (głównie w Europie Środkowej i Wschodniej), co ma być rzekomym odrzuceniem solidarności z osobami poszukującymi schronienia przed wojną i wynikiem wzrostu nastrojów ksenofobicznych. Owszem, budowany na mitach strach przed obcymi na pewno nie jest czymś dobrym. Jednak o wiele gorsza była właśnie próba siłowego, odgórnego i idącego na przekór obawom obywateli "rozdystrybuowania kwot" imigrantów pomiędzy poszczególne kraje - i to przy jednoczesnym ponownym, chociaż tymczasowym, zamykaniu niektórych granic wewnętrznych. Działo się to nie tylko wbrew kluczowym traktatom Wspólnoty, które umożliwiają osobom posiadającym wizę Schengen swobodne przemieszczanie się w granicach Unii Europejskiej, ale przede wszystkim wbrew wyborom samych imigrantów, którzy preferowali konkretne państwa jako docelowe miejsca swojej podróży. W piękne szaty solidarności europejskiej ubrano w rzeczywistości kojarzące się z najgorszymi czasami przymusowe przesiedlenia.

Myśliciele społeczni zwracają tymczasem uwagę, że to właśnie będąca wynikiem takich przesiedleń "przymusowa integracja", czyli sytuacja, której obie strony, goście i gospodarze, nie chcą, jest głównym motorem tej prawdziwej ksenofobii. Widzimy to w Europie jak na dłoni. Świadomość, że straciło się suwerenność w decydowaniu o tym, kogo przyjmuje się w progi własnego domu, wzmogła niechęć do imigrantów. Niechęć ta przyczyniła się do Brexitu, buduje popularność nacjonalistycznego Frontu Narodowego we Francji, stanowi pożywkę dla neonazistów w Niemczech czy skłania do uproszczeń w stylu "każdy muzułmanin to terrorysta".

Dziwi, że eksperci Freedom House tego nie zauważają i o porażce "dystrybucji uchodźców" mówią w tonie ubolewania. To oznacza, że w jakimś zakresie akceptują działania polityczne z wolnością niemające nic wspólnego. Bardzo możliwe więc, że ich raport wręcz nie doszacowuje skali, w jakiej w ostatnich latach od wolności odwraca się świat.

Co również dziwi, autorzy raportu z zaskoczeniem stwierdzają, że "europejski establishment nie umie radzić sobie z zarządzaniem nowymi wyzwaniami". Powinni być jednak świadomi, że w tak skomplikowanym świecie jak nasz odgórne zarządzanie wyzwaniami jest niemal niemożliwe. Rozwiązywanie problemów należy mądrze cedować na społeczeństwo i jego samoorganizację. O tym właśnie pisał Hayek w "Drodze do zniewolenia", proponując utworzenie federacji narodów nie po to, by zyskiwała ona większe większe od państwa narodowych uprawnienia do planowania i stosowania przymusu, ale po to, by mitygowała ona ich antywolnościowe nastroje i temperowała potencjalnych agresorów, zapewniając pokojową koegzystencję.

Dżuma i cholera w USA

Mimo pewnych metodologicznych uproszczeń badania Freedom House są jednymi z niewielu, które w sposób kompleksowy i regularnie kontrolują zakres wolności na świecie w kontekście swobód politycznych i obywatelskich oraz praw człowieka.

Krytykowane są także Stany Zjednoczone, które w oczach świata uchodzą za oazę wolności. Jako kraj wciąż wolny, ale ze "wskazaniem negatywnym", USA pojawiają się obok Turcji, Maroka, Tadżykistanu, Rwandy czy Jemenu. Za co się Amerykanom obrywa? Za "wadliwy system wyborczy, wzrost znaczenia prywatnego finansowania w kampaniach wyborczych, wzrost znaczenia lobbingu, legislacyjny klincz, porażkę rządowej administracji Obamy w uczynieniu rządu bardziej transparentnym, dyskryminację rasową i wady aparatu sprawiedliwości".

Negatywne perspektywy dla Stanów wynikają stąd, że klimat polityczny i intelektualny nie sprzyja poprawie sytuacji. Popularność zdobywają albo populiści, albo "ci, co już byli" i doprowadzili kraj do obecnego stanu. W przededeniu wyborów prezydenckich okazuje się, że poważni kandydaci mają albo ograniczone zaufanie do wolności, albo specyficznie ją rozumieją. Bernie Sanders z obozu demokratów to zapiekły socjalista, zaś republikanin Donald Trump to cyniczny pragmatyk, który bezwzględnie wykorzystuje negatywne emocje tłumu.

- Sanders i Trump? To byłby wybór między dżumą a cholerą. Trump ma autorytarne tendencje, zgrywa twardziela. Przypomina mi Mussoliniego. Myśli, że problemy rozwiązuje się poprzez wydawanie edyktów, wygłaszanie mocnych słów i zwalnianie ludzi. Z kolei Sanders na wszystkie bolączki ma jedno lekarstwo: zabrać bogaczom z Wall Street - komentował niedawno Lawrence Reed, promotor wolnościowych idei, który objeździł z nimi ponad 80 państw świata, w tym te rządzone przez autorytarne reżimy. Teraz jest już raczej pewne, że kandydatką demokratów na fotel prezydenta zostanie Hillary Clinton. Żona Billa Clintona jest w zakresie swobód obywatelskich bardziej liberalna niż Trump i mniej socjalistyczna niż Sanders, ale jednak prezentuje tylko "zgniły kompromis" między dwoma antywolnościowymi opcjami, co oznacza utrzymanie status quo.

Debata pomiędzy republikanami a demokratami koncentruje się nie tylko wokół swobód obywatelskich, ale być może bardziej niż w innych krajach świata wokół wolności w wymiarze ekonomicznym. Ten rodzaj wolności jest dla tego kraju znakiem rozpoznawczym. Z tą jednak jest w USA coraz gorzej. Oto początek drugiego milenium upłynął w Ameryce pod znakiem erozji wolności gospodarczej. Od 2000 r. Stany Zjednoczone spadły w rankingu "Economic Freedom of the World" Instytutu Frasera aż o 15 pozycji - z 2. na 16. Są obecnie gospodarczo mniej wolne niż Mauritius i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Szwankować w USA zaczyna ochrona praw własności, zmniejsza się wolność handlu zagranicznego i inwestycji, rozrastają się regulacje. W efekcie maleje niezależność sądów, które państwo postanawia wykorzystywać jako pałkę na niesforny biznes. Gdyby poszczególne stany nie dysponowały autonomią w ustanawianiu własnych podatków i regulacji, antywolnościowy trend byłby jeszcze silniejszy. Dlaczego? Wiatr negatywnych zmian wieje głównie z Waszyngtonu, któremu coraz częściej duża autonomia stanów nie jest na rękę.

Jeśli w najpotężniejszej gospodarce świata, jaką wciąż są Stany Zjednoczone, coraz mniej ceni się taką wolność, może to oznaczać tylko jedno: gdzie indziej zapewne także ceni się ją mniej. Raport Instytutu Frasera potwierdza tę intucję. Czytamy w nim, że "wolność gospodarcza, globalnie rzecz biorąc, rosła od lat 80. XX w., ale od roku 2000 r. obserwujemy umiarkowaną zmianę tego trendu. Na przykład średni rating dla krajów założycieli OECD spadł od 2000 r. o 0,26 pkt".

Wzrost znaczenia antyliberalnych nurtów przestaje dziwić. Wolność ekonomiczna determinuje wszystkie inne wolności. Jeśli, jak w totalitaryzmie, nie ma jej wcale, nie ma także żadnych innych swobód. Panuje niewola.

Lata 20., lata 30.

Odwrót od wolności, którego doświadczamy, to tylko częściowo wynik kryzysu ekonomicznego, który wybuchł w USA w 2008 r., a potem rozlał się na cały świat i połączył siły z innymi kryzysami: zadłużenia w Europie i kryzysami w państwach, które swoje gospodarki oparły na cenach surowców naturalnych (m.in. Rosji czy państw arabskich).

Tak naprawdę to rządy postanowiły "nie marnować dobrego kryzysu", wykorzystując go do zwiększenia zakresu swojej władzy i odbierając nam - naturalnie w imię naszego interesu - coraz więcej swobód. Tak jak po atakach na WTC w 2001 r. wprowadzono w USA Patriot Act, by walczyć z terroryzmem islamskim, tak po kryzysie 2008 r. wprowadzono nowe regulacje i obostrzenia, by walczyć z "terroryzmem" wolnego rynku. Z pomocą antykapitalistycznie nastawionych intelektualistów niezwykle łatwo było winą za gospodarczą zawieruchę obarczyć nieskrępowany kapitalizm. Koniec końców wszystkie recepty, które zaproponowano, miały swojego kluczowego egzekutora - rząd. A w ich sercu zawsze znajdował się ten sam mechanizm: nakładanie nowych ograniczeń i zwiększanie władzy biurokratycznych instytucji.

Claudio Borio, główny ekonomista Banku Rozrachunków Międzynarodowych, opublikował w 2014 r. pracę, w której przekonuje, że obecna sytuacja gospodarcza zaczęła przypominać epokę międzywojnia i "ostatecznie może wywołać polityczne trzęsienie ziemi, czyli powrót do ery finansowego i handlowego protekcjonizmu oraz stagnacji połączonej z inflacją". Jak na razie walka z chciwością rynków i globalizacją zaowocowała wprowadzaniem rekordowej liczby ograniczeń w globalnym handlu (539 w 2015 r. w stosunku do 183 w 2012 r.) i załamaniem dynamiki handlu międzynarodowego.

Co stanie się dalej? Autorów snujących czarne scenariusze nie brakuje. Edward Chancellor, publicysta i historyk finansów, zauważa niepokojące podobieństwa między obecnymi Chinami a Niemcami. "W międzywojniu Niemcy były drugą gospodarką świata, teraz są nią Chiny. Tak jak niemieckie banki w latach 20. chiński system bankowy obciążony jest złymi długami, gdyż lokalne władze finansowały ekstrawaganckie inwestycje publiczne. I w tym, i w tym wypadku potencjał przemysłu jest wykorzystany do granic możliwości. Do tego zamiast dysfunkcyjnego standardu złota, jak w latach 20., mamy teraz niedające się obronić w dłuższej perspektywie przywiązanie chińskiego juana do dolara" - pisał Chancellor dla Agencji Reutera.

Głosów zwracających uwagę na analogie z okresem Wielkiego Kryzysu przybywa. Jeden z nich pochodzi od prof. Alexa Tabarroka, szefa ekonomicznego think tanku Mercatus Center. - W pierwszej połowie mojego życia obserwowałem upadek muru berlińskiego, rozrost demokracji, handlu i wolności. Wiele rzeczy było wciąż dalekich od ideału, ale mieliśmy do czynienia z jednoznacznie pozytywnym trendem. Idee, które doprowadziły do gospodarczej, politycznej i społecznej destrukcji w pierwszej połowie XX w., były w odwrocie. Teraz, w czasach po drugim Wielkim Kryzysie, antyliberalne nurty znów rosną w siłę, tak jak po tym pierwszym - ocenia Tabarrok.

Czy mamy więc powody do popadnięcia w fatalizm?

Na pewno mamy powody do niepokoju. Nikt nie zaproponował jeszcze sposobu, jak przekonać ludzi, że nawet w czasach gospodarczych kataklizmów, masowej migracji, zmian klimatu czy innych makroproblemów, zwiększanie kompetencji rządu nie jest właściwą odpowiedzią. Nikt też nie wymyślił, jak skutecznie nakazać łasym na władzę rządom samoograniczanie się. Konstytucyjne zasady są naginane i ignorowane. Papier nie obroni wolności, która - jak powtarzają Amerykanie - nie jest darmowa. Nie jest darmowa i niewielu chce płacić cenę w jej obronie.

Niestety, to nie oznacza, że ceny nie zapłacimy. Wraz ze zmniejszającym się zakresem swobody znów zwiększa się znaczenie armii w politycznym życiu społeczeństw. W krajach autorytarnych to jasne samo przez się, ale analitycy zauważają, że w krajach Zachodu, w tym w USA, generałowie i stronnicy sektora militarnego znów stali się ważnymi graczami w życiu politycznym. W Polsce także. Świat jednak nie potrzebuje nowych generałów, których zadaniem w ostatecznym rozrachunku jest destrukcja. Świat potrzebuje ludzi, którzy budują. Niewolnicy budują jednak tylko grobowce.

Wzrost znaczenia antyliberalnych nurtów przestaje dziwić. Wolność ekonomiczna determinuje wszystkie inne wolności. Jeśli, jak w totalitaryzmie, nie ma jej wcale, nie ma także żadnych innych swobód. Panuje niewola

Sebastian Stodolak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.