Sądowe przyspieszenie tylko na papierze
Wyczekiwana rewolucja mająca odkorkować sądy okazała się niewypałem. Zbigniew Ziobro wierzy, że za pomocą zmiany kodeksu można zmienić na lepsze praktykę. I jako trzon reformy zapowiada regulację, która w polskim prawie znajduje się już od 52 lat.
Dla przeciętnego obywatela spór o kształt Krajowej Rady Sądownictwa czy strukturę Sądu Najwyższego nie ma żadnego znaczenia. Górnolotne hasła o potrzebie transparentności na szczytach władzy sądowniczej czy o walce o demokrację pod strzechy nie trafiają. Liczy się to, co bezpośrednio dotyka Polaków. A boli nas, z roku na rok coraz bardziej, że postępowania sądowe się niemiłosiernie wloką. Na wyrok w sprawie niezapłaconego abonamentu telefonicznego czekamy rok. Na skazanie sprawcy kradzieży ogórków z piwnicy - dwa lata. Przedsiębiorcy, którzy się ze sobą spierają, prędzej umrą, niż doczekają rozstrzygnięcia. Wszyscy politycy wiedzą, że ten, który usprawni sądownictwo, przejdzie do annałów. Jest tylko jeden problem: jak to zrobić?
Zbigniew Ziobro uznał, że znalazł receptę. Ministerstwo Sprawiedliwości w tym tygodniu opublikowało projekt nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego. Cel jest jeden: przyspieszyć sądową maszynerię. Naoliwić tryby tak, by obywatel w kwietniu wysyłał pozew, a w czerwcu wychodził z wyrokiem.
Urzędnicy Ziobry przekonują, że tak właśnie będzie. Otóż guzik prawda. Projekt nowej ustawy zawiera wiele rozwiązań, ale dzielą się one na cztery kategorie. Pierwsza - najpojemniejsza - to pakiet zmian, z których nic nie wyniknie. Jedne słowa w kodeksie zostaną zastąpione innymi określeniami. I - powtarzając za Stanisławskim - to by było na tyle.
Druga kategoria to zmiany, które rzeczywiście przyspieszą wydawanie wyroków w sądach. Tyle że odbędzie się to kosztem obywateli, którzy będą mieli w sądzie do załatwienia sprawę. Dżuma zostanie zastąpiona cholerą.
Trzecia grupa: kuriozalne przepisy.
I wreszcie czwarta: dobre zmiany, które być może nie przyniosą oszałamiających rezultatów, ale usprawnią pracę sędziom. A co za tym idzie, mogą spowodować, że parę wyroków rzeczywiście zostanie wydanych szybciej bez krzywdzenia nikogo. Jak łatwo się domyślić, podziału na kategorie dokonałem na bazie tego, jak obszerny jest dany zbiór. Pierwszy jest najobszerniejszy, ostatni zaś najskromniejszy.
- Założeniem tej reformy jest to, aby wyrok w miarę możliwości był wydawany na jednej rozprawie - stwierdził podczas prezentowania nowych rozwiązań minister Zbigniew Ziobro. Fraza ta pojawia się zresztą wielokrotnie we wszelkich dokumentach związanych z reformą postępowania. Niewykluczone, że resort sprawiedliwości będzie niebawem rozdawał ludziom magnesy na lodówkę ze słowami "wyrok będzie, w miarę możliwości, wydawany na jednej rozprawie". Trudno zresztą się z tym założeniem nie zgodzić. Człowiek raz poszedłby do sądu i wyszedł z rozstrzygnięciem. Byłoby i szybciej, i taniej dla wszystkich. Ale jest pewien szkopuł. Otóż rewolucja, którą ministerstwo chce wprowadzić do polskiego prawa, już się w nim znajduje.
"Sąd powinien przeciwdziałać przewlekaniu postępowania i dążyć do tego, aby rozstrzygnięcie nastąpiło na pierwszym posiedzeniu, jeżeli jest to możliwe bez szkody dla wyjaśnienia sprawy" - głosi art. 6 par. 1 obowiązującego obecnie kodeksu postępowania cywilnego. Przepis ten wszedł w życie 1 stycznia 1965 r. Oczywiście Zbigniew Ziobro, przy uprzejmości posłów, którzy przegłosują jego propozycję, może dodać tę zasadę do kodeksu raz jeszcze. Być może przez ponad pół wieku nie udawało się przyspieszyć wydawania wyroków właśnie z tego powodu, że znajdowała się ona w ustawie tylko w jednym miejscu, a nie kilku.
W propozycji ministra Ziobry też możemy znaleźć przepisy, które zobowiążą sąd do podjęcia działania w określonym terminie. Przykładowo: sędzia powinien się uwinąć z pierwszą rozprawą (i - pamiętając o powyższym - jedyną) w ciągu pół roku od wniesienia odpowiedzi na pozew. Być może mądre głowy z ministerstwa przegapiły, ale jeszcze kilka lat temu od sędziów wymagano, aby sprawami zajmowali się w co najwyżej trzy miesiące. W przypływie szczerości ustawodawca uznał jednak, że nie ma co robić z ludzi idiotów, i przepis zlikwidował (dawny art. 47916 k.p.c.).
Gdyby jednak reformę można było podsumować słowami "nic się nie zmieni" - nie byłoby wcale tak źle. Niestety zmieni się jednak sporo. Jak bowiem Ministerstwo Sprawiedliwości chce doprowadzić do przyspieszenia rozpatrywania spraw w sądach? Przede wszystkim poprzez podniesienie opłat. Teraz obywatel, który usłyszy wyrok, może poprosić o jego uzasadnienie. Tak, by wiedział, dlaczego przegrał. Napisanie tego to oczywiście wysiłek dla sędziego. Ale w wymierzaniu sprawiedliwości przecież chodzi także o walor edukacyjny i o to, by obywatel rozumiał, co zrobił źle, prawda? No to mądre głowy uradziły, że po wejściu w życie reformy uzasadnienie wyroku w swej sprawie nadal będzie można otrzymać, ale będzie trzeba za nie zapłacić. Dokładnie 100 zł.
Parę stówek zapłacą też ci, którzy chcieliby przyprowadzić do sądów rzeszę świadków. Od przyprowadzonego łebka - 100 zł. Skąd taki pomysł? Wyjaśnił to wczoraj na naszych łamach wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak. Jego zdaniem dla sądu wzywanie świadków oznacza dodatkowe koszty i wydłużenie postępowania. I najlepiej byłoby wszystkie dowody zgłaszać na piśmie. Sędzia bowiem szybciej czyta, niż słucha. Wychodząc z tego założenia, należałoby wprowadzić dodatkową opłatę: za przyprowadzenie jąkających się świadków - 200 zł.
Znacznie więcej niż dotychczas zapłacimy w sądzie także za wydanie poświadczonych odpisów i kopii dokumentów. Jak policzył adwokat Tomasz Waszczyński, podwyżki będą nawet dwudziestokrotne.
Ministerstwo Sprawiedliwości postanowiło wreszcie zadbać o politykę rodzinną. Niedawno słyszeliśmy z ust Zbigniewa Ziobry - gdy promował projekt, bardzo dobry zresztą, dotyczący ściągalności alimentów - że trzeba pomagać samotnym rodzicom. Teraz minister idzie dalej i chce, żeby rodzice nie byli samotni. Jak to zrobić? Wystarczy podnieść opłatę za pozew o rozwód z dotychczasowych 600 zł do 2000 zł.
Podniesienie opłat od niemal wszystkich czynności rzeczywiście może przyspieszyć rozstrzyganie sporów sądowych. Nie wydaje mi się jednak, by to był właściwy kierunek. Sąd powinien być miejscem, w którym żaden obywatel nie musi się zastanawiać, czy stać go na realizację konstytucyjnie mu przysługujących praw. Smutna to będzie sytuacja, gdy matka będzie się zastanawiała nad tym, czy wystąpić o uzasadnienie niekorzystnego dla niej wyroku, czy kupić dzieciakom buty na zimę. A trzeba powiedzieć wprost: do tego doprowadzi reforma. Na dodatek w wielu miejscach zupełnie nieprzemyślana.
Jedną z największych bolączek natury prawnej dla wielu Polaków są próby wyłudzania od nich pieniędzy przez różne firmy windykacyjne czy pseudotelekomunikacyjne. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów stara się walczyć z tą plagą, ale idzie mu jak po grudzie. Zapewne większość z nas ma w rodzinie kogoś, kto był gotów zapłacić kilkaset złotych firmie, której nic nie był winien. Dla świętego spokoju.
Nowelizacja procedury cywilnej niestety będzie korzystna dla oszustów, a zła dla prostych, nieznających się na prawie ludzi. Ministerstwo Sprawiedliwości uważa bowiem, że aby przyspieszyć działanie sądów, trzeba więcej do sądu pisać, a mniej mówić. Dlatego po wejściu w życie nowych przepisów każdy, kto zostanie pozwany, będzie musiał w krótkim czasie odpowiedzieć pisemnie na pozew. Obawiam się, że większość Polaków będzie miała problem z napisaniem pisma procesowego oraz wskazaniem dowodów potwierdzających ich racje. W efekcie część, która teraz się opierała przed płaceniem za święty spokój, również się złamie. Ludzie bez wiedzy prawnej oraz bojący się sądów będą woleli opłacić nieistniejący rachunek niżeli angażować się w proces. Propozycja ministerstwa byłaby rozsądna, gdyby wymóg odpowiedzi na pozew dotyczył wyłącznie profesjonalistów, np. przedsiębiorców. Objęcie nim jednak ogółu obywateli to poważny błąd.
Tak samo jak wprowadzenie regulacji przewidującej, że świadkowie będą składali zeznania na piśmie. To całkowicie wypaczy jakąkolwiek wiarygodność takich zeznań. Siłą przesłuchania jest to, że przed sądem staje człowiek z krwi i kości. Każdy z pełnomocników zna przypadki, gdy zadanie jednego na pozór niewinnego pytania świadkowi zmieniało obraz sprawy i szanse na wygraną o 180 stopni. A pisemne zeznania? Czy nie będzie tak, że za osoby mające gruby portfel będą je przygotowywali adwokaci i radcowie prawni, którzy w pierwszej kolejności będą patrzyli na interes swego klienta, a dopiero w drugiej na prawdę?
Wisienką na torcie w kategorii przepisów głupich jest projektowany art. 386 par. 5. Ma on stanowić, że w przypadku uchylenia wyroku i przekazania sprawy do ponownego rozpoznania sąd rozpozna ją w tym samym składzie. Czyli jeśli sędzia Kowalski z sądu rejonowego coś orzeknie, a sędzia Nowak z sądu okręgowego uzna, że Kowalski wydał zły wyrok, sprawa będzie mogła trafić ponownie do Kowalskiego. Ministerstwo uważa, że to przyspieszy procedowanie, gdyż już tenże Kowalski zna sprawę, więc nie będzie musiał się z nią zapoznawać jeszcze raz. Ale czy strona, która przegrała za pierwszym razem, będzie miała zagwarantowane poczucie sprawiedliwości? Wątpię.
Nie wątpię za to, że Ministerstwo Sprawiedliwości chce dobrze. Zbigniew Ziobro i jego ludzie przeszli od fazy słów do czynów, co u polityków nie jest zjawiskiem powszechnym. Rzecz w tym, że ich propozycja w obecnym kształcie przyniesie Polakom znacznie więcej szkody niż pożytku. Bo nawet gdyby po niektórych zmianach rozpoznawanie spraw przez sądy miało być szybsze, to warto pamiętać, że szybkość wymiaru sprawiedliwości nie jest wartością samą w sobie. Jeśli szukamy rozwiązania problemu przewlekłości postępowań, to zdaje się, że jest ono gdzie indziej. Przede wszystkim pilnie potrzebna jest ustawa o biegłych sądowych. Obecnie wiele spraw się dłuży nie dlatego, że strony się wykłócają bądź sędzia jest ślamazarny. Powodem są niekiedy kilkumiesięczne poszukiwania biegłego, który może sporządzić opinię, a następnie kolejne wiele tygodni oczekiwania na rezultat pracy eksperta.
Druga rzecz to ograniczenie kognicji, czyli spowodowanie, by mniej spraw trafiało do sądów. To wymagałoby szerokiej debaty społecznej. Ale może warto w imię usprawnienia działalności sądów uznać, że w sprawach o wartości przedmiotu sporu do np. 1 tys. zł nie przysługuje apelacja? Albo drobne konflikty sąsiedzkie są rozstrzygane przez obywatelską komisję powołaną przy wójcie, a nie przez wyszkolonego sędziego?
Ten polityk, który nada impetu polskiemu sądownictwu, ale bez pokrzywdzenia obywateli, zapisze się złotymi zgłoskami w polskiej historii najnowszej. Pytanie brzmi, czy w tym przypadku zamiast polityka nie trzeba jednak cudotwórcy. ⒸⓅ
@RY1@i02/2017/233/i02.2017.233.000001800.801.jpg@RY2@
Patryk Słowik
dziennikarz DGP, laureat Nagrody im. W. Grabskiego w kategorii "Finanse osobiste i edukacja ekonomiczna"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu