Psiakrew, nasi bliźni
S taram się oglądać udane filmy o polskich latach 80. tylko podczas Wielkiego Postu, w ramach kształtujących duszę umartwień. Nie cierpię tamtej epoki marazmu i klęski. Dziejowe starcie narodu swojskiego, jak z „Pana Tadeusza” (A. Mickiewicz), z państwem dziadowskim wygrało państwo dziadowskie (W. Jaruzelski). Długo wypierałem tę myśl, ale taka prawda: czerwona swołocz z Solidarnością wygrała. Podziemie, nielegalne druki i msze z papieżem pozwalały żyć w przeświadczeniu o nadchodzącym zwycięstwie, ale przyszło ono dopiero wtedy, kiedy Rosja kazała.
„Święty” Sebastiana Buttnego przenosi w tamten czas udatnie, o czym można się przekonać już po kilku pierwszych minutach. Jakoś to wszystko (PRL w 1986 r., nie film) ślamazarne, szare, niedorobione, chociaż przyznać trzeba, bo po co komu jałowe krytykanctwo, że dziewczyna – żona milicjanta – śliczna jak z obrazka. Zresztą inna żona innego milicjanta też piękna. Jak pamiętamy, najwięcej witaminy… Reszta Polski Ludowej, łącznie z remontowaną katedrą gnieźnieńską i śmierdzącymi nyskami, mniej więcej taka, jaką sam ją pamiętam. Umartwienie jak ta lala.
„Święty” jest filmem kryminalnym, zatem ukazuje świat śledczych z milicji. A także, bo i jak mogłoby być inaczej, Służby Bezpieczeństwa, świat potencjalnych i realnych tajnych współpracowników, skoro tylu tu księży. Intryga zazębia się, a złożoność relacji państwa z Kościołem, żony z mężem, milicji z ubecją, ubecji z narodem i narodu z Kościołem jest ukazana sprawnie, często za pomocą prostych scenek (esbek z Warszawy: „Towarzyszu, to pana śledztwo”).
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.